niedziela, 25 kwietnia 2021

 



 

 Eugeniusz Rychlicki

Kontrasty

 
Brak pracy i niedostatek to chleb powszedni na ziemskim uroczysku.
Ten „żywioł” wciąż wędruje, z jednego miejsca na drugie,
a są kraje, skąd się nie rusza ani na krok i człowiek wobec
niego wydaje się być bezsilny. Takie perspektywy odnawiają się
co pewien okres czasu, także w miejscach dostatku, gdzie świadomość
zasypia. Po wojnach zwykle wzrasta nadzieja, że teraz
będzie lepiej… Mniejsza liczba ludności wywołuje brak rąk do
pracy, zatem roboty starczy dla każdego, a nawet jest jej nadmiar.
Po II wojnie pojawiły się więc nakazy pracy. To była nowość.
Młodzież znów kierowano na front – na najważniejsze
odcinki odnowy czegokolwiek, tam gdzie występowały najpilniejsze
potrzeby. Sterowanie kadrami w zależności od zapotrzebowania,
było nadzieją na rozwiązanie braków. Bezrobocie
i umożliwienie pozostania dłużej na tym padole rozkoszy, to
sprzeczność, która nieustannie upomina przyzwoitych, a martwi
zachłannych.
W zasadzie minęły już lata nadmiernego wylewania się na
zewnątrz i co z tego wynikło? Zabrakło ciała do obrony dusz.
Zmiana ustroju to zarazem wyczystka. Jakby usuwano żużel
i popiół… Zostawmy aluzje bez konkluzji.
Seweryn Baryka opowiadał synowi o szklanych domach
w ojczyźnie. Cezary uwierzył i wrócił do Polski, a wielu z obecnych
wciąż pozostaje na obczyźnie, gdzie często się rozczarowuje.
A obecnie imigranci masowo wybierają Europę.
Ewald ma w sobie zwyczajny dom z cegły marglowej i nie
narzeka. Takie domy budowali na ogół ubodzy wieśniacy. Cezary
nie spotkał domów ze szklanych tafli, przeglądających się w sobie
i wysyłających refleksy świetlne. Współcześnie jest więcej
możliwości stawiania tego rodzaju klocków, ale one nie zatrzy357
mują w sobie ciepła i to jest problem, który ludzkość oziębia.
Dom, o którym myśli Ewald, ten niezbyt ceniony, dla ludzi cieszących
się każdym lokalem, dającym wolność, powstał po wojnie.
Początek był dziwny… W lesie na niewielkim wzgórzu
w Kurzegrzędach stał inny biały dom z cegły marglowej, w którym
mieszkała Katarzyna Pruska z rodziną. Trzysta metrów dalej
współistniał czworak dla rodzin pracujących w majątku Kurzegrzędy.
Gdy dzieci poszły w świat, mąż zmarł, Katarzyna została
sama, jak pies i lew. Co z tego, że widziała lwa, jak on był
w klatce. Nic z tego nie wynika. Widziała też psa, bo miała i on
jej nie ścigał, żeby ugryźć, a Ewald został pogryziony przez całkiem
sympatyczne zwierzę przy ulicy 3 Maja i musiał brać bolesne
zastrzyki. Pies oberwał, ale Ewald go nie pogryzł i chociaż
był wściekły, to on nie musiał być szczepiony przeciwko Ewaldowi.
Czy w ten sposób grzechy mogą zostać odpuszczone? Nikt
o to nie pyta. Ten dom, gdy Katarzyna Pruska przestała chodzić
po lasach i polach i przepowiadać nieszczęścia, a także nieświadomie
pogodę (gdy mieszkańcy okolicznych domów widzieli
Katarzynę na polach, jak zbiera zioła i krzyczy, że Pan Bóg zrobi
porządek na tym świecie i nie zostanie kamień na kamieniu, to
ludzie mówili, że będzie deszcz, a gdy nie słyszeli Kasi, czekali
na dobrą aurę), długo stał samotnie, już zapomniany, aż pewnego
dnia razem z ojcem i sąsiadem Ewald miał robotę murarską
– przystąpili do jego rozbiórki – całe i połówki wyczyszczonych
z zaprawy cegieł ustawiali w pryzmy, by później mogły posłużyć
do wykonania następnego budynku, tym razem chlewa. To była
już kolejna praca fizyczna Ewalda.
Początek lat pięćdziesiątych XX w. Ustrój rzekomej sprawiedliwości
społecznej już na ogół dobrze się zasiedlił i tylko nieliczni
desperaci dokonywali pojedynczych, już bez sensu napadów
i mordów na nowo powołanych stróżach porządku publicznego,
walcząc o utopijną prawdziwą wolność, a zdarzało się, że złe
czyny popełniali i na ludziach nie sprzeciwiających się milicji,
ale nie noszących w sobie żadnej winy.
Często zdanie przeciwne posiadali ludzie zdrowego rozsądku,
którzy szczerze nienawidzili służb bezpieczeństwa i tych za358
kamuflowanych wschodnich przyjaciół, wrogich religii, w wielu
przypadkach angażujących się w usuwanie ludzi o podejrzanych
zamiarach i posądzanych o wrogość do nowych porządków. Ci
prawi obywatele nie popierali także śmierci za służb w nowym
ustroju. W tym stanie porządku już nic się nie dało zrobić dla
trudno wyobrażalnej całkowitej wolności i należało zamknąć
gębę, czekać na lepsze czasy, gdy pojawi się jakaś inna okazja do
pokazania swojego sprzeciwu. Ludzie byli spragnieni pokoju
i poprawy warunków życia. Obiecywano im wiele, lecz także
trud, a oni tak łatwo nie dali się nabierać, wierzyli jednak, że
wiele zależy od nich samych. Należało robić coś więcej, niż tylko
po prostu żyć. Marzyli o zapewnieniu dzieciom stabilnej przyszłości,
zatem przede wszystkim o zapewnieniu pracy, której
przed wojną było za mało, za to obfitowała nędza i marzyli
o mieszkaniu z prostym komfortem, aby nie trzeba było wychodzić
do wychodka za stodołę.
We wsi Jaskółki, położonej nieco z boku między Trzemesznem
a Żninem, prawie w stu procentach pod strzechą, tylko paru
gospodarzy miało maszyny rolnicze ułatwiające obróbkę ziemi
i uprawę roślin, natomiast pozostali mieszkańcy w zdecydowanej
większości orali pługami z napędem konnym, siali ręcznie
zboże, kosili kosami, młócili cepami, pielili haczkami, wybierali
ziemniaki motykami palczastymi, pędzili krowy do lasu na wypas,
doili ręcznie krowy i kozy, odstawiali mleko do zlewni,
karmili świnie, wieczorem zapalali lampy naftowe i jedli kolację,
potem szli spać, a w niedzielę pieszo lub rowerem przemieszczali
się cztery kilometry do kościoła, obowiązkowo w czarnym lub
granatowym ubraniu, w białej koszuli pod krawatem i w czapce
na głowie. Po zdjęciu nakryć głowy w kościele, w niektóre niedziele
nawet nie trzeba było zapalać świec, a mimo to było jasno,
bo świeciły nieopalone łysiny. Kobiety też ubierały się w ciemne
suknie i chusty na głowach.
Nieufnym wydawało się, że mimo dążeń i zamiarów, tak już
będzie zawsze. Na ogół jednak chłopi są uparci i nie zapominali
o lepszej przyszłości. Każdy z nich miał swoje plany, i takie, że
ich dzieci nie będą biednymi, zapomnianymi chłopami. Dużo
mówiono o nowej gospodarce rolnej i uprzemysłowieniu kraju.
Powstały pegeery i zaczęto tworzyć spółdzielnie produkcyjne.
Państwowe gospodarstwa chłopów nie obchodziły, natomiast
359
przekazywanie ziemi do wspólnego użytkowania wywoływało
już sprzeciw. Nie chcieli, by każdy rządził każdym. Na tym tle
powstawały więc spory i zaczęli bywać we wsi nie tylko agitatorzy,
lecz także milicja. Druga przyczyna niechęci do władzy, to
obowiązkowe dostawy, z których trudno było się wywiązać. Kilku
chłopów, posiadających większe gospodarstwa, poznało smak
aresztu.
Gdy wojna się skończyła Hieronim Górka przestał być parobkiem
u niemieckiego bauera i miał już szesnaście lat. Do szkoły
powszechnej, zaraz potem podstawowej, już nie poszedł, bo był
za stary. Trzy skończone przedwojenne klasy powszechniaka
uznał za wystarczające. Najpierw pracował w domu na małej
działce ziemi, ale wkrótce poszukał innego zajęcia. Jesienią podjął
pracę w cukrowni w Janikowie. Tam poznał kilku chłopaków
w podobnym wieku. Oni mieli w głowie różne pomysły, także
ten, by postarać się o broń i coś z nią zrobić…
Ewald Rusek, któremu urzędnik po wojnie zmienił nazwisko
na Rusecki, bo tamto nie pasowało do powojennej sytuacji,
był od Hieronima o cztery lata młodszy. Znali się obaj, bo przecież
pochodzili z jednej wsi. Ewaldowi momentami Hieronim
imponował. Opowiadał mu o partyzantach, o tym, że ma pistolet,
głęboko ukryty, że kiedyś postrzelają sobie albo upolują sarnę,
że jego ciotka Pelagia ze Żnina, powiedziała mu, że ich rodzina
pochodzi ze starego rodu Górków z Wielenia nad Notecią.
Ewald nawet mu uwierzył, bo Hirek opowiadał też, że Górkowie
popierali w szesnastym wieku reformację i przyczyniali się do
tworzenia różnych odłamów reformacji i sekt religijnych. To
mogło być prawdopodobne, bo skąd by wiedział o Górkach
z Wielenia. Może więc pochodził z tych Górków…
Ewald z opóźnieniem, ale skończył szkołę podstawową
i uczył się w technikum rolniczym w Bielicach koło Mogilna.
Chciał być mechanizatorem rolnictwa i wreszcie poprawić warunki
pracy na wsi. Mechanizować rolnictwo, by chłopom pracowało
się lżej. Już powstawały ośrodki maszynowe i tam czekały
miejsca pracy, fachowcy byli poszukiwani. W tamtych latach,
jak mówiliśmy, obowiązywały nakazy pracy i Ewald został skierowany
do ośrodka maszynowego w Krukowie. Kończąc szkołę,
myślał, że jest kimś. Technik to brzmiało dumnie. Po wakacjach
360
zgłosił się z dokumentami w biurze ośrodka. Starsza pani przyjęła
go nawet uprzejmie, ale gdy spotkał się z brygadzistą, to powoli
zaczął trzeźwieć. Maciej Słoma oprowadził go po terenie
ośrodka. Najpierw pokazał mu ciągnik na gąsienicach, który
przetrwał wojnę, a którym jego ojciec jeszcze w czasie okupacji
ciągnął skibowiec na polach majątku i orał, a potem to już szło…
Jeden traktor na stalowych kołach, dwie grabiarki do zgarniania
siana i luzu zboża po koszeniu, jedna kosiarka do trawy, dwie
kosiarki do zboża, pięć kremrów czyli kultywatorów, dziesięć
pługów, dwadzieścia kos, dwadzieścia wideł dwu- i trójpalcowych,
dwie młockarnie napędzane silnikami diesla, dwa młynki
czyli wialnie, maneż, stajnię i cztery konie, stos ręcznych grabi…
W jego wyobrażonym ośrodku były nowe traktory, żniwiarki
i nowoczesne młockarnie, maszyny do usuwania i rozrzucania
obornika, w ogóle nie było grabi i wideł. Był tak rozczarowany,
że stracił apetyt. A na drugi dzień Maciej zlecił mu naprawę pługa,
na trzeci dzień posłał go z kosą do nakoszenia trawy koniom…
Tym razem powiedział mu: – Na wsi wszyscy robią
wszystko. To ci się przyda.
W tym czasie, gdy Ewald chodził do szkoły, a po nauce rozpoczął
pracę zawodową, Hieronim był już kimś innym.
Pewnego dnia wiosną 1951 roku, już po jesiennej wymianie
pieniędzy w 1950, gdy za sto złotych otrzymywało się trzy złote,
gdy Ewald szykował papiery do technikum, we wsi przekazywano
sobie wiadomość, że w Sokołowie jacyś bandyci na motorach
okradli kasę w czasie skupu trzody chlewnej. Było ich trzech na
motorach, zamaskowanych i z bronią w ręku. Nikomu nic się nie
stało. Nie było przy tym milicji, a żaden z chłopów nie zatrzymał
bandziorów i oni po prostu odjechali. – Trudno batem walczyć
z pistoletem – podsumował sołtys Sokołowa.
Przez pół roku było cicho. Nikt nie wiedział, kto to był, kto
napadł na skup. Nagle sensacja: wśród złodziei rozpoznano Hieronima.
Złapali też drugiego sprawcę, ale nie udało się schwytać
„Meteora”. Przepadł jak kamień w wodzie. Hirek powędrował na
dziesięć lat do Wronek. Świat biegł naprzód po swojemu, a on
odsiadywał karę i miał ustabilizowane życie.
W tym czasie Ewald skończył studia rolnicze w Poznaniu,
pomógł sporo swojej wsi, ale został wyklęty z dopiero co przy361
dzielonego stołka w 1956 roku, to było w czasie ruchów tektonicznych
w Poznaniu, jednak po pewnym czasie przyjęto go na
mniejszego szefa, aż uległ namowom żony, którą poznał w czasie
studiów, bo ona również studiowała w Poznaniu i przeprowadzili
się do rodzinnego miasta Tereni, do Chorzowa. Ukończył studia
podyplomowe, pracował kilka lat w szkole rolniczej poza
terenem Chorzowa, a później postarał się o prac w urzędzie wojewódzkim
w Katowicach, gdzie nadzorował szkoły rolnicze
w regionie.
Tak to życie ucieka, że pora na emeryturę. Każdy to wie. Nie
wyszło za dużo, ale ani Terenia, ani Ewald nie narzekali. Oboje
z żoną są zadowoleni, bo najważniejsze jest… Każdy dostaje
swoje.
W połowie lat dziewięćdziesiątych XX w., pewnego niedzielnego
popołudnia, ktoś energicznie nacisnął trzy razy na
przycisk dzwonka w korytarzu i odezwał się taki brzęk, że oboje
z żoną popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. Kto to może być? Nie
spodziewali się nikogo z rodziny, bo zawsze sobie mówią, kiedy
się odwiedzą. Drzwi otwarła Teresa. Zobaczyła trzy osoby: już
siwego mężczyznę, drugiego mężczyznę około trzydziestki i nastoletnią
dziewczynę. Ewald usłyszał, że ktoś pyta o niego. Teresa
zwróciła się w stronę pokoju i powiedziała głośno: – Ewald,
ktoś do ciebie.
Ewald wyszedł do przedpokoju. Popatrzył na twarze i nikogo
nie rozpoznał. Starszy mężczyzna się uśmiechnął i pierwszy
odezwał: – Nie poznałeś mnie. Ja ciebie od razu.
Podał Ewaldowi rękę: Hieronim… Górka z Jaskółek. Pamiętasz?
Pamiętasz. Co byś nie pamiętał.
Teraz Ewald rozpoznał starszego kolegę ze swojej wsi. Najpierw
ostrzeżony przez stres, pomyślał, że chyba to nie napadający…
Odwzajemnił się głupim, zakłopotanym uśmiechem
i rzekł niepewnie: – Bardzo proszę, wejdźcie do pokoju. Ale niespodzianka,
to wprost nieprawdopodobne, że ty mnie znalazłeś.
Niesamowite… Bardzo się cieszę.
Tak mu się powiedziało, ale nadal był zakłopotany. Zaczął
wyjaśniać żonie: – To mój kolega z Jaskółek.
Teraz się zastanawiał, co mógłby jeszcze powiedzieć. Do
szkoły razem nie uczęszczali. Hieronim rozglądał się już za
362
dziewczynami, a Ewald pasł jeszcze kozy, i to takie kozy, które
wchodziły na pochyłe brzozy i wierzby. Wprawdzie nie były to
kozy jak w Maroku, które lubiły gromadnie skrabać się (wchodzić
na wyżki) na drzewa arganowe, ale wiele razy dały mu
w kość. Przypomniał sobie, że obaj strzelali z procy o napędzie
gumowym… A może o tym jak ich goniły gajory (gąsiory) albo
o takiej jednej miągwie – dziewczynie, co wciąż płakała i postękiwała
z niczego niezadowolona, a Hieronim myślał, że to będzie
jego panna…
– Napijecie się panowie kawy? Dla panienki zrobię herbatę…
Mam też kołocz, to znaczy placek drożdżowy, jaki Ewald
lubi, bo jego mama taki piekła. Pan pewnie zna z Jaskółek?
Nikt nie zaprzeczył, że się nie napije i nie poczęstuje. Radecki
zauważył jak są ubrani. Świątecznie. Hieronim w szarym
ubraniu, niebieska koszula, krawat dopasowany kolorystycznie…
Jego syn Krzysztof w swetrze, bez krawata, jego córka
w obcisłej spódniczce i zielonej bluzce w kwiaty. No dobrze. To
mnie nie obchodzi, na to sobie Liwiusz. Terenia wniosła na tacy
kawę i herbatę, potem wyszła, przyniosła ciasto, podała cukier.
Hieronim podziękował. – O, jaki piękny placek. Pewnie też taki
smaczny… – Placek – powtórzyła Teresa. – Bardzo proszę…
– Jak mnie znalazłeś? – zapytał Ewald. – Nie widzieliśmy
się z czterdzieści lat.
– Byłem niedawno w Jaskółkach i rozmawiałem z twoją
siostrą Krysią. Gdy powiedziałem, że mieszkam na Śląsku, to
ona poinformowała mnie, że tam też mieszka jej brat Ewald.
Byłem zdziwiony, ale pomyślałem, że jak Krystyna tak mówi, to
na pewno tak jest.
– Ach, to ty mieszkasz Śląsku – zdziwił się Ewald. – A można
wiedzieć, gdzie?
– W Rudzie Śląskiej, nawet niedaleko od Chorzowa. Wystarczy
wsiąść w jedenastkę, przejechać przez Chebzie i Lipiny
i jest Chorzów.
– A tak, coś podobnego. Tyle lat i dopiero teraz się spotkaliśmy.
– No widzisz, takie są koleje ludzkiego losu. Nigdy nie wiadomo,
gdzie się spotkamy. A ty, jak się tu znalazłeś? – zapytał,
ale nie czekając na odpowiedź, zaczął mówić o sobie. – Wiesz, że
siedziałem? Wiesz, wszyscy wiedzieli, tylko nie wiedzieli do363
kładnie za co. Myśleli, że za ten napad w Sokołowie. I bardzo
dobrze, bo inaczej, to nie wiem…
– Ludzie mówili, że chciałeś kupić nowy motor, a nie miałeś
forsy.
– Tak mówili… Właściwie to tak, ale… spotkałem takiego
gościa, który powiedział, że nienawidzi komuny i on ma z nią na
pieńku. Ukrywa się na strychu gdzieś w powiecie żnińskim
i szuka ochotników. No i ja się zgodziłem… Znałem jeszcze
dwóch takich, poznałem w Janikowie… Ten jeden się wykruszył,
bo został sam i chciał się żenić. Byliśmy w trójkę. Ten, co się
ukrywał miał ksywą „Meteor” i powiedział, że jeżeli chcemy
działać, to musimy mieć pieniądze.
W tym czasie Ewald myślał: to łgarz, wszyscy mówili, że
chciał kupić sobie motor, a na robotę patrzył z boku.
– „Meteor” wziął kasę i przepadł. Jakby go buldożer zepchnął
w przepaść. Obiecał, że da nam znać, ale jak milicja zaczęła
badać sprawę, rozmawiać z ludźmi, to wkrótce nas dwóch
złapano. Akurat chcieliśmy się ukryć, na razie gdzieś w lesie, ale
oni wpadli do domu w Parszywku, gdzie nocowałem u brata, no
i koniec. Z tym kumplem obaj dostaliśmy po dziesiątce. Zawieźli
nas do Wronek, ale ja z nim nie miałem kontaktu. Wyobrażasz
sobie, najpiękniejsze lata w mamrze… Po pięciu latach powiedziano
mi, że mogę otrzymać warunkowe zwolnienie za dobre
sprawowanie, ale muszę podjąć robotę tam gdzie mi wskażą. No
to się zgodziłem. Myślałem sobie, że wszędzie będzie lepiej niż
w kiciu. Otrzymałem papiery i zgłosiłem się w koksowni kopalni
„Walenty-Wawel” w Rudzie Śląskiej. Dali mi lokum w hotelu
robotniczym i rozpocząłem robotę w gazowym smrodzie i wysokiej
temperaturze. Jak pierwszy raz zobaczyłem ścianę rozpalonego
koksu, gdy maszyna ją wyciągała na zewnątrz i się wysypywała
z objęć nagrzanej do białości konstrukcji, to myślałem,
że już trafiłem do piekła. Na pewno byłeś w koksowni, to wiesz.
Straszna robota. Ale nie miałem innego wyjścia… Warunki
mieszkalne prymitywne. Ci mieszkańcy hotelu przez tutejszych
nazywani byli wulcami. Do dzisiaj nie wiem dokładnie, dlaczego.
Pierwszy rok był katorżniczy. Nawet tęskniłem do tego, co niedawno
przeszedłem. Tak. Ale co wam będę głowę zawracał…
364
– Niech pan mówi. Warto poznać… usłyszeć… – odezwała
się Teresa – nie bardzo wiedząc, co jeszcze dodać. Pomyślała, że
każdy ma swoje troski.
– A wiesz, w więzieniu polubiłem książki. Przeczytałem
pewnie z dziesięć… Jedną na dwa miesiące. To mnie trochę
odmieniło. Chyba pierwszą była „Historia WKP(b)”… Wyobrażasz
sobie? Udawałem, że czytam, a klawisz nawet próbował
mnie przepytywać, ale pewnie sam jej nie czytał, a jak mu mówiłem
byle co, to mnie chwalił. Tak naprawdę to nie wiem, kto
kogo przechytrzył. Dopiero gdy zacząłem czytać „W pustyni
i puszczy”, potem był „Potop”, to poczułem się kimś ważniejszym.
Później jeszcze o Cezarym Baryce, nie pamiętam tytułu, to
jakbym był na nowo uczniem. Dowiedziałem się, co to jest
pozytywizm, nawet jakieś szklane domy mi się śniły. I polubiłem
robotę. Mówię prawdę. Do dzisiaj czytam.
Teresa weszła w temat: – My też czytamy. Zna pan „Wiatr
od morza” Żeromskiego?
– Nie znam, nie wiem nawet, że taka książka istnieje. Ale
czytałem „Popioły”. To jest powieść strasznie rozłożysta, wielowątkowa,
taka szeroka, jak Wisła, powiedziałbym.
– O, jakie to poetyckie – zauważyła Teresa.
– Przepraszam, ja tylko tak…
– Wie pan, a ja właśnie wczoraj kupiłam ten „Wiatr…”. To
nasza nadmorska legendarna historia.
– Jak zauważyłem, teraz mało ludzi czyta. Nie mają czasu.
U mnie w domu tylko wnuczka… No, ja czasem też. Już powstaje
coś nowego. Może ludzie przestaną również mówić, to
w dzisiejszych czasach jest możliwe. Owady nie mówią i sobie
radzą. Mózg można użyć do rzeczy wyższych… – zapędził się
w rozwijaniu kłębka.
– A można wiedzieć, z kim się ożeniłeś? – zapytał Ewald.
– Można, to żadna tajemnica. Kasia pochodziła z Sokołowa,
z tej samej wsi, gdzie zrobiliśmy ten skok. Nigdy nie musieliśmy
przeprowadzać remontu w naszym małżeństwie. Niestety, trzy
lata temu zmarła i wciąż nie potrafię się pozbierać...
– O… Przykro nam – powiedziała Teresa.
– Poznałem ją już wcześniej, przed tym wydarzeniem z kasą,
ale ona nie miała z tym nic wspólnego. Po prostu byliśmy
sobie wierni. Nie planowaliśmy jutra, ciekawi, co los nam przy365
niesie. W tych trudnych latach ważne było dzisiaj. Chciałem
przeżyć te dziesięć lat w dziesięć dni. Najpierw zamieszkaliśmy
w starym budownictwie, a potem otrzymałem przydział na nowe
na budowanym osiedlu, tu niedaleko skrzyżowania na Zabrze.
Może kiedyś mnie odwiedzicie…
Brzmiało to prawdopodobnie. Powoli Hieronim wrósł
w nich jak mniszek lekarski, który tak łatwo się rozmnaża. Hieronim
rozmnożony… No i rozmrożony. Wyglądało, że szczery.
– A teraz jestem na emeryturze. Lata w kiblu doliczono mi
do emerytury, mam dodatek kombatancki i jest fajnie. Poszukałem
świadków, którzy podpisali się pod moim „zeznaniem”, dołączyłem
parę dokumentów, a nawet ujawnił się „Meteor”, ale
już nie żyje… Napisałem do odpowiedniej instytucji w Poznaniu
i po pół roku otrzymałem pozytywną odpowiedź. Ty to pewnie
masz kominową emeryturę – dorzucił.
– Tak ci się zdaje? Nauczycielską, a właściwie urzędniczą,
bo ostatnio pracowałem w nadzorze pedagogicznym. A zaraz
potem złośliwie dodał: – Znasz Zosię Woźniak i Wacka Chlebowskiego?
Bardzo oddani sprawie (dobrze jest tak powiedzieć,
bo nie wiadomo, co się za tym kryje), Zosia należy do Solidarności.
Wacek zdaje się też…
Hieronim nie odpowiedział, czy zna tych dwoje, domyślił
się, że Ewald powiedział to na wiwat. Może chciał się usprawiedliwić?
– To musiałeś należeć do partii… – odciął się. – Ale ja to
rozumiem, tak było. Nawet mnie chcieli, jak się dobrze w robocie
sprawowałem.
Ewald postanowił to skończyć. Nie lubił takich rozmów.
Zwrócił się do syna Hieronima.
– A pan też pracuje… na kopalni?
– Tak, jestem sztygarem, już dziesięć lat. Jeszcze trochę i się
wyniesiemy gdzieś na wieś na Pojezierze Gnieźnieńskie, żeby
pooddychać świeżym powietrzem.
– Pewnie tak, bo sztygarzy bardzo dobrze zarabiają – wtrąciła
Teresa.
– A córka do jakiej szkoły chodzi?
– Do liceum…
– A nasz syn pracuje w biurze projektów. Skończył politechnikę
w Gliwicach – pochwaliła się Teresa.
366
Tego nikt z ich trojga nie zauważył. Jakby w tym czasie panowało
milczenie.
Co zatem, co w sumie otrzymaliśmy z tej rozmowy? Cisza
podpowiadała, że trzeba pewnie się podnieść i pójść na jedenastkę.
Ale tak pomyślał Ewald, a nie Hieronim.
Przypomniało mu się, że w domu mama robiła kładzione
z pokrywy na garnki ziemniaczane kluski. No to potrącił te kluski,
a Hieronim rzekł, że oni lubią kluski śląskie, takie okrągłe,
pyzowate i że polubił też wodzionkę. To przez żonę Krzysztofa,
która urodziła się w Halembie. Ewald zapytał Hieronima, czy on
w dzieciństwie obgryzał kurze nóżki? Hieronim się uśmiechnął,
a Krzysztof parsknął śmiechem. Przecież musisz pamiętać. Zaraz
po wojnie była taka bieda, że zjadało się wszystko, oprócz
pierza, a kości się rozdrabiało i karmiło nimi kury. Wyprawiało
się żołądek i kurze jelita, oparzało nogi, zrywało pazury, potem
dopinało się do nóżek pół żołądka, owijało jelitem, soliło i gotowało.
Teraz Hirek się przyznał. No tak, pamiętał, każda gospodyni
tak robiła. Teraz on dodał, że lubił polewkę. Od Galewskich
z Łomna przynosił maślankę, dodawało się mąkę, matka zagotowała,
wciepła łyżkę masła, jeśli było, do tego gotowane ziemniaki.
Po pół godzinie człowiek był głodny. A teraz to ludzie biegają
za parówkami i kiełbasą śląską, smażą słoninę na skwarki
i tyją, chociaż górnicy nie, nie, oni by się nie zmieścili pod niskim
pokładem.
Gdy już kończyli rozmowę, Hieronim powiedział do Ewalda,
że coś go ciągnęło do niego, chciał się z nim spotkać i odwrócić
zamierzchłą już niemal legendę o tym napadzie na kasę skupu
trzody chlewnej. Chciał mu powiedzieć, że to nie było tak, mieli
inny cel, wtedy myśleli, że popełniają bohaterski czyn, tymczasem
rozgłoszono zupełnie co innego. Jak było naprawdę… Hieronim
nie był pewien, czy Ewald mu uwierzył. Pomyślał, że może
on to doceni i zmieni o nim zdanie. Trudno powiedzieć, czy
tak się stało. Ludzie powinni się kochać i pokojowo rozwiązywać
waśnie i zaistniałe problemy, a tymczasem... Idziemy, bo ucieknie
nam jedenastka. Już kiedyś jechałem do Chebzia karawanem,
wystarczy. Zasadniczy brak współrzędnych, to żaden paralelizm.
– No to co… Wpadnij do mnie, pogadamy.
Pogadamy… Hieronim nie podał Ewaldowi swojego adresu.
367
Być może Górka chciał poprawić sobie samopoczucie. Gdyby
stwierdził, że Ewaldowi wiedzie się gorzej niż jemu, to może
by podał mu swój adres, ale w czasie tego spotkania nie doszedł
do takiego przekonania. Dlatego nie pytał nawet, czy Rusecki
ma auto. On widocznie nie miał, bo wlekli się tramwajem… To
wiele mówi. A jeśli przyszedł z odwiedzinami ze zwykłej ciekawości,
jak żyje się jego młodszemu koledze?
Jeden przeszedł Saharę, a drugi szwendał się po Dachu
Świata. Dwa rzędy pionowe okularów, a pod nimi napis:
Ulga dla nóg.


                                                                       2017

wtorek, 20 kwietnia 2021

Czajka

            
 
 
 

 
 
        Czajka

         Czubate myśli chce wozić z sobą,
       Lecz chybocząc się w locie mogłaby
       Wylać je na podmokłą łąkę.

       W porze lęgowej płaczliwym
       Głosem zwodzi intruzów i wciąż
       Oznajmia, że tylko do lipca na trawie

       Zabawi, a potem po cichu             
       Umknie na zachód Europy.

       Niech tylko z nakrapianych czterech
       Jaj wylęgną się młode i wydorośleją.                   
               












Nad Przedwieśnią

 

 


 

Nad Przedwieśnią  

 

Tuląc pęki marzeń nad jeziorem,

nurzałeś się w leśnych nastrojach.

Czarny dzięcioł w czerwonym

berecie sprawdzał dziuplę,

dzik buszował w kniejach,

nenufary wystawiały do słońca białe bukiety,

a grążel żółty pływał na skórzastym liściu.

Drobne fale wodnego lustra pieściły brzeg

i kołysały trzciny.

Siedziałeś na trawie

i znajdowałeś upojny spokój. 

Zapach lata odurzał. Dałeś się ukołysać

koronom sosen, a sen prowadził

cię po lustrzanej wodzie.

      

Gdy narastał gwar, przychodzili turyści,

którzy nawet nie znali nazwy jeziora,

zabierałeś urokliwość tego miejsca,

zostawiałeś nieznajomym

leśną polanę, już jakby nie tę samą

i płynąłeś na drugi brzeg pozdrawiając

kurki wodne i czubatego perkoza.

       

Woda pluskała, tafla rosła,

aż uczepiła się rogoży i trzcin.

Tu znowu wysypałeś

swoje marzenia, oddychałeś

nieskazitelnym powietrzem,

nasycałeś się ciszą

i stawałeś się władcą białych obłoków.

                                                   1993

 

 


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Wartość nadrzędna

 

 


 

 

Wartość nadrzędna

  Jeszcze nie zorientowali się dokładnie, w czym rzecz, a Franciszek
już rzekł: – Zobacz, kogo my tu mamy. Człowiek podnosi
swoją wartość jak handlarz cenę za niewolników.
Handlarz niewolników? Podnosi się poziom życia handlarzy,
upada morale, tworzą się błociska. Sprzedaje drogo i jest przez to
lepszy od innych. Trzęsą się zady i posady. Przyszedł tu, by kogoś
nabrać na kilka tysięcy złotych. Od razu donosi o tym wirtuozce
instrumentów dętych. Ale ona nie zatrąbi na alarm. – Czy to jest
muzyk? – pyta zdziwiona Konstancja.
– Nie. On udaje. Dodaje sumy i piskorze – śmiał się, jakby
widział biały ser. – Nic z muzyki. Z instrumentów muzycznych
najbardziej lubi bęben. Przepraszam, jeśli nie zrozumiałeś. Nie
będzie wyjaśnień.
Konstancja też zaczęła się przeprowadzać z wygodnej ławki
do abstrakcji i groteski:
– Wydał kogoś w drobnych? Jak zechce, to na co zechce wyda,
te wyłudzone pieniądze. Ale nie wydał? Jeśli się da, to może
się wydać… tych zwłaszcza, którzy niczego nie chcieli, bo ci zawsze
byli podejrzani. Nawet gdyby robili doktoraty. I on w końcu,
nie widząc dobrych efektów...
– Wabił sumy (w milionach) kwokaniem i mlaskaniem. I co
dziwne, przyjmuje podziękowania za zakup zachęty do połowu
ryb. Chociaż to bezskuteczna zachęta. Mówię ci.
– A kto mówi? I o czym?
– Nie udawaj. Nie staraj się omijać bolesnych faktów. Tak się
stało, że wzrost nerwowego napięcia spowodował wzrost natężenia
kłopotów w zamkniętym obwodzie ludzkich zmagań. Zaczęły
się przegrzewać przewody uczuciowej łączności między ludźmi.
Aż puściły hamulce rozsądku i sytuacja potoczyła się poślizgiem
po głowach roztrzęsionych. Nie rozpaczaj.
Reszta wymknęła się spod kontroli. Ten, o którego chodziło
(o którego?), nadal oszukiwał (ach tak), kradł (zawsze się dziwię
złodziejom), zarzynał (coś podobnego), gwałcił (o rany) i pachniał
niemiło (wstrętne), a tłumaczenie miał jakże fantastyczne (to
200
znaczy?) i ludzkie (popatrz). Powiedział, że w celach etycznych
(nie wierzę). Chce się przekonać, czy jest taką wielką ludzką bestią
czy tylko słabym człowiekiem, któremu należy pomóc.
Wymiar sprawiedliwości orzekł, że należy człowiekowi pomóc,
i wsadził człowieka na dwieście lat do pomieszczenia zbiorowego
osamotnienia. W związku z tym zebrała się grupa uczonych,
aby się zastanowić, w jaki sposób postępować i jakie powziąć
środki, aby on nie zmarł wcześniej, żeby odsiedział te dwieście
lat. Ale wówczas zmienność napięcia nerwowego spowodowała
zmienność nastrojów, narodził się bunt i gniew, wylany na
współmieszkańców, który jednak spotkał się z natychmiastową
ripostą, a facet się dziwił w zaniku przekonania, dlaczego nikt go
nie rozumie, tylko od razu robi wielki alarm. Na szczęście znaleźli
się tacy, którzy nienawiść potrafili rozpuścić w kwasie solnym,
akurat śmierdziało siarkowodorem (ciekawe), a dobrą stronę
życia dobrze jest impregnować żywicami epoksydowymi (dziwna
żywica). Postanowiono to uczynić. Całość wreszcie potoczyła się
dość gładko. Jak niezwykle (to więcej niż zwyczajnie).
Konstancja z przyjaciółmi nie starali się, aby to było ekoodosobnienie.
Chodzili nadal na spotkania w klubie, który się jeszcze
nie nazywał, ale miał zamiar pomagać ludziom. Niechby ludzie
wracali do człowieczeństwa. Konstancja miała powód do
zadowolenia, bo właściciel tego domu ze sklepem, który sprawiał
jej przykrości, został wyrzucony przez żonę, bo miał kochankę,
a żona zrobiła coś wręcz przeciwnego, jakby na złość byłemu.
Obniżyła czynsz i Konstancja była gotowa pocałować ją w rękę,
ale tego nie zrobiła, bo to by było zbyt poddańcze.
Później wyszło, że dopiero po latach między dwoma różnymi
biegunami politycznymi, gdy powstała partia zielonych ogórków,
pokrytych pyłem węglowym, przepłynął prąd ludzkiego zwarcia
i posypały się spięcia, i znów odżyła awersja.
Ten stan odebrał ludziom trzeźwość i wolę przetrwania.
A przecież o wszystkim decydują bakterie. Były przed człowiekiem
i będą po nim. Wysiedlić ich się nie da, nie powinno i człowiek
nie potrafi tego zrobić.
Opowiadano też, że to z tego powodu, iż pewien Arnold Hunt
pożyczył wdowie Alicji z Zielonej Kotliny pieniądze na chwilówkę
na sto procent i wdowa tych pieniędzy nie spłaciła, bo nie miała
z czego. Kwota zwrotu wkrótce urosła do wartości mieszkania.
201
Ten pożyczkodawca siedział w sąsiednim kraju, żył w luksusie
i wyginał prawo. Posiadał odpowiednie giętarki. Jak się nie dało
nagiąć, to je podgrzewał w kuźni. Prawo było już tak zmęczone, że
w końcu zasnęło, chociaż mogło się już połamać… Odebrał kobiecie
mieszkanie. On miał rację, a utwardzali go w tym adwokaci.
Takie sprawy nieznany z nazwy klub starał się załatwiać.
I pewnego dnia zdarzył się fakt, który można określić jako napad,
i ten, który wydzierał ludziom dobro z rąk, został ostro poturbowany,
ten pożyczkodawca, przez co i dlaczego, nie dało się ustalić,
ponieważ policja nie miała dowodów, ale to Hunta niczego nie
nauczyło i pewien jego wróg publiczny rzekł, że trzeba go jeszcze
inaczej potraktować. Przywiązał faceta do konstrukcji wiszącego
mostu w ten sposób, aby on żyjąc na moście musiał uciekać przed
pędzącymi autostradą samochodami i bronić się przed robakami
podążającymi do gagatka w celach konsumpcyjnych. Na szczęście
zielona jezdnia ruszyła w odwrotnym kierunku i to go uratowało.
Nie da się tak od razu wszystkiego załatwić: wszedł, zobaczył,
stanął, przekonał, podjął decyzję i się stało.
Wtedy ostatni bezstronny zapytał zebranych wokół niego, czy
oni są może ludźmi? Aleksander odparł, że cały czas kontrolują
swoje postępowanie i nie może być mowy o wypadku przy pracy.
Aleksander zawsze popierał Franciszka. Owijał bawełną, dążąc do
celu, zaczynając od tego, że pewnemu ogrodnikowi wykonano
ogrodowy zabieg chirurgiczny i na wyciętej części nieużytków oni
umieścili kalendarz prac ogrodowych. W ten sposób wyrazili swój
stosunek do ogrodnika, który po zawyżonych cenach sprzedawał
salceson z selerem… Ale dokładnie nie wiadomo, o co chodzi.
Zapewne znowu o forsę. Pewnie chcieli kogoś zdenerwować.
Obiad zjedli w pierogarni, a potem, nie chcąc płacić, niespodziewanie
znikli. Ludzie się dziwili chytrusom. Gdyby uciekli z banku
z kasą, a kasę wydali na biednych, to co innego. I jak tu pogodzić
dobro, o które walczyli, z dobrem, które wymuszali na gagatku,
który rozdawał pożyczki na sto procent, a gdy nie otrzymywał
spłat w terminie, tworzył z dłużników legię cudzoziemską.
Wprawdzie przyjaciele ich usprawiedliwiali, ale jeżeli oni chcieli
być tacy prawi, to dlaczego byli trochę lewi?


2005

Lawendowa Prowansja

Lawendowa Prowansja

 


Zaćmiewasz, plądrujesz, śnisz.

Wzniecasz pył pozornych zdarzeń.

Ulatujesz pulsując oddechem.

Dreszczowy dzień.

 

Ktoś mówi o stole na łyżwach, 

Fotelu na płozach i głowie na rolkach.

Doczepia jeszcze lodowisko. 

 

Myślisz że to sytuacja przenośnie

Nieznośna.   

Rozdrapać nie niszcząc,

Czy wciągać nie ssąc.

 

Prowansja – twoje wzloty i postój.

Zapach lawendy z rozległych pól

Bez możliwości podziwu.

Lawendowa noc, odległa kraina.

Szkoda użyteczna...

 

Masz tu dwa słodkie irysy.

Mówisz, że łatwiej ci do zorzy

Polarnej niż do Prowansji.

Pozostało zamyślenie.

 

O lawendzie porozmawiasz jutro,

Które widzisz w twoim wstecznym oku

– lusterku bocznym.

Tak byś wyskoczył z czasu...

                                                      2008    

 

 

 

niedziela, 11 kwietnia 2021

Szpila



 

Szpila

 

Nie wyglądam jak gwoźdź, 

Nie jestem szpilą, tak też nie wyglądam,

jak przez okno na ten dach z rojeń.

Myślę tylko strategicznie,

nawet nie pomrukuję,

nie opluwam niczego,

nie pluję na murawę,

bo nie gram w piłkę,

 

lecz chętnie szukam Atlantydy.

Za obliczalną liczbę lat mogę,

a będę chciał,

zanurzę się w głębię Bałtyku

i będę wypatrywał dawnego wybrzeża,

popłynę ulicami Gdańska.

Odkryję to miasto na nowo,

Bo przeczytam, że ono pięknie kwitło,

 

ale smog je rozpalił,

a potem zalała woda.

Nie ma już zwierząt,

na których człowiekowi tak

zależało ale wycinał jak las.

Nie ma żółwia i dromadera,

a czasem zimno jak cholera…

Płynąc ulicami miasta poszukam

naszej kawiarni…

 

 

 

 

 


Nauczycielski Klub Literacki

   

 

 


 

 Eugeniusz Rychlicki
NAUCZYCIELSKI KLUB LITERACKI
W KATOWICACH


Przeszłość i teraźniejszość

  I
Twórczość literacka i artystyczna - profesjonalna
i amatorska - wynika nie tylko z samorodnej kultury ludowej
oraz kontaktów ze światem zewnętrznym, ale także
z warunków, w których żyjemy, a najbardziej z potrzeby
duchowej. Obrazuje i wyraża wrażliwość społeczeństwa
na piękno natury i piękno tworzone przez człowieka. 

Nauczyciel nie tylko uczy i wychowuje, lecz tworzy także nowe
wartości. Tak jest już od zarania naszych dziejów. Świadczą
o tym chociażby malowidła w pieczarach, pochodzące
z najdawniejszych epok, a także rzeźby i obrazy, wybitne
utwory literackie powstałe na przestrzeni tysięcy lat
w różnych rejonach świata.
    A skupiając się na południowej części kraju, to należy
powiedzieć, że już w okresie międzywojennym w poszczególnych
regionach: bielskim, częstochowskim, cieszyńskim,
beskidzkim, śląskim i zagłębiowskim działali nauczyciele
- literaci i plastycy oraz inni artyści - córki i synowie
tkaczy, górników, hutników i chłopów. Jerzy Sikora
w szkicu literackim przypomniał literatów i plastyków
jako twórców kultury na Śląsku i w Zagłębiu, na ziemi
bielskiej i częstochowskiej.
    Byli to ludzie urodzeni w tych stronach lub połączeni
z nimi poprzez pracę lub związki rodzinne. Każdy z tych
    2
twórców miał swój znaczący dorobek: (wymieńmy przynajmniej
niektórych z nich):
    Jan Kubisz, ur. w 1848 w Końskiej koło Trzyńca;
Walenty Krząszcz, ur. w 1886 w Górkach Wielkich koło
Skoczowa;
    Karol Berger, ur. w 1894 w Łazach, powiat Frysztat, syn
górnika;
    Emanuel Imiela (pseud. Karol Dym), ur. w 1888 w Lipinach,
syn hutnika;
    Ludwik Kobiela, ur. w 1897 w Zarzeczu koło Strumienia
na Śląsku Cieszyńskim;
    Gustaw Morcinek - najbardziej znany, ur. w 1891
w Karwinie w rodzinie górniczej, sam był górnikiem;
    Helena Moskwianka-Fikowa ur. w 1903;
    Ignacy Fik, ur. w 1904 w Przeciszowie powiat Wadowice…
    Wielu w czasie II wojny zostało uwięzionych i straconych
albo niczego nie wiadomo.
    Po 1945 roku dokonała się głęboka przemiana w zakresie
kultury i literatury. Starano się pokazać klarowność
tych zmian, powiązano je z zasadami ustrojowymi. Ukierunkowano,
co oznaczało zarazem ograniczenie swobody
tworzenia. Ale wzrastał ruch kulturalny.
    Pojawiła się różnorodna twórczość literacka.
Rozwijała się w różnym stopniu w różnych regionach,
w tym na terenie Śląska i Zagłębia, na ziemi bielskiej
i częstochowskiej. W szkołach powoływano koła miłośników
języka polskiego. Zaczęto wydawać almanachy z poezją
i prozą.
    W 1952/53 Zarząd Okręgu ZNP utworzył Dom Kultury
Nauczyciela w Katowicach, który działał cztery lata.
Działał tu Klub Literacki im. A. Mickiewicza, skupiający
uczących i literatów. W 1955/56 Dom Kultury Nauczycieli
wydawał biuletyn społeczno-kulturalny „Nauczyciel”. Po
jego zlikwidowaniu nauczyciele zaczęli tworzyć kluby literackie
i plastyczne w regionach.
    3
Znane były Rybnickie Dni Literatury. Działały pisma
literackie i kulturalne: „Po prostu”, „Poglądy”, „Współczesność”,
„Nadodrze”, „Odra”, powstała jednodniówka
„Kontrasty”, której współzałożycielką była nauczycielka
Janina Podlodowska.
    Na konferencji kulturalno-oświatowej Okręgu w Cieszynie
w 1967 roku utworzono Nauczycielski Klub Literacki,
do którego należało 45 nauczycieli z całego województwa:
Jan Broda, Jan Bukowski, Katarzyna Chyt, Anna Cichla-
Czarniawska, Michał Dejas, Włodzimierz Doroszewski,
Bronisława Dymara, Stanisław Feruga, Kazimierz Gołębiowski,
Antoni Grajpel, Adam Janicki, Mieczysław Janicki,
Michał Juroszek, Helena Kudłaciak, Franciszek
Klon, Józef Korzeniowski, Jan Łączewski, Janina Łunarzewska,
Józef Maryniok, Bogusław Mazurkiewicz, Olga
Mieszańcowa, Leon Miękinia, Romualda Młodkowska,
Jadwiga Mroczek, Józef Nesteruk, Jan Nowak, Władysław
Pabijan, Janina Pieńkowska, Jan Pluta, Augustyn Pałłasz,
Władysław Pochmara, Edmund Rosner, Tadeusz Rostkowski,
Lech Szaraniec, Jan Szczepański, Karol Simecek,
Jerzy Sikora, Jadwiga Smalcowa, Janusz Szmidla, Zdzisław
Tor, Marian Wojciechowski, Józefa Wojnarowa, Leszek
Pobóg-Wierzchowski, Franciszek Zahradnik i Maria
Żmijowa.
    Chodziło o skupienie pedagogów piszących w jednym
klubie - NKL w Katowicach, z podziałem na kluby lokalne.
Pierwszym przewodniczącym Nauczycielskiego Klubu
Literackiego w Katowicach został Edmund Rosner z Cieszyna,
a po jego rychłym ustąpieniu Jerzy Sikora z Katowic.
    Podczas ponownych wyborów w Wiśle w 1972 roku
wybrano nowy zarząd NKL w składzie: prezes Jerzy Sikora,
zastępca Tadeusz Biskup z Częstochowy, sekretarz
Włodzimierz Doroszewski i sekretarz Marian Wojciechowski.
Klub Literacki i Klub Plastyków podejmowały
wówczas wspólne zadania i postanowili wydawać wspól-
nie czasopismo. Prezes ówczesnego Zarządu Okręgu ZNP
Włodzimierz Łętek zaaprobował ten projekt i przyrzekł
pomoc w realizacji.
    Janina Podlodowska w 1973 i 1974 roku podjęła próbę
reaktywowania Klubu Literackiego ZNP, nawiązując
do tradycji. To była sekcja literacka w Rybniku i należeli
do niej m. in. Józef Korzeniowski, Janina Łunarzewska
i Wiesław Sienkiewicz. Zaczęło się ukazywać wydawnictwo
w formie biuletynu „Słowem i Barwą”. Powstał zbiór
książkowy (w czterech tomach) z lat 1973, 1974, 1976
i 1979.
    Dzięki Wiesławowi Sienkiewiczowi, który zachował
jeden z egzemplarzy, możliwe było opracowanie dziejów
Klubu Literackiego.
    Po zmianach Klub rozpoczął działalność na szerszą
skalę w województwach katowickim, bielskim i częstochowskim.
Początkowo spotkania odbywały się raz w tygodniu.
Zapraszano ciekawych ludzi, zwłaszcza twórców
w zakresie literatury, urządzano wieczory literackie
z przedstawianiem utworów poetyckich własnych i znanych
autorów.
    Nauczyciele pracę zawodową łączyli z działalnością na
rzecz Klubu, poświęcając wolny czas na twórczość literacką.
Z tego okresu w materiałach literackich zarejestrowano
25 autorów - poetów i prozaików.
    W kolegium redakcyjnym biuletynu zasiadali: Tadeusz
Biskup - przewodniczący, Bronisława Dymara - sekretarka,
Jerzy Sikora, Eugenia Sipayłło, Maria Żmijowa,
Helena Kudłaciak i Stanisław Łyszczarz. Redakcją pierwszego
numeru zajął się Kazimierz Sosna.
    Biuletyn Literacko-Plastyczny Okręgu Katowickiego
ZNP z 1973 roku „Słowem i Barwą” zawiera 18 autorów.
Pisany był na maszynie i powielany.
NKL w 1973 roku ujął w programie także uczczenie
200-lecia powstania Komisji Edukacji Narodowej oraz
500-lecia urodzin genialnego rodaka Mikołaja Kopernika.
    4
W biuletynach „Słowem i Barwą” zamieszczano grafiki,
powstawały obrazy malarskie, wydawano wiersze,
fraszki, sentencje, impresje, refleksje, opowiadania, szkice
literackie, recenzje.
    Wydawanie utworów literackich w formie tomików
było możliwe dzięki Ośrodkowi Usług Pedagogicznych
i Socjalnych ZNP w Katowicach, przy czym podawano, że
Międzywojewódzki Nauczycielski Klub Literacki działa
przy tym Ośrodku i obejmuje województwa katowickie,
bielskie i częstochowskie. Międzywojewódzki Nauczycielski
Klub Literacki nazwano „Kagankiem”.
W 1980 roku działalność MKL zawieszono.
W czasie stanu wojennego pracę Klubu wstrzymano
na czas nieokreślony.
    W latach 80. po kolejnym wznowieniu prac Klubu
przez pewien czas przewodniczył Klubowi Alojzy Podleśny.
Później wskutek pogarszającego się stanu zdrowia
zrezygnował. Częściowo zmienił się skład członkowski
MNKL.
    Po reformie województw usunięto z nazwy „Międzywojewódzki”.
    Reaktywacja NKL w Katowicach miała miejsce
w 1995 roku. Inicjatorką pierwszego spotkania była Czesława
Przybyłowa, która z ramienia Zarządu Okręgu Śląskiego
ZNP opiekowała się emerytowanymi nauczycielami.
Na tym zebraniu byli m. in. Alojzy Podleśny z Chorzowa,
Grzegorz Słobodnik z Katowic, Wanda Gizicka
z Raciborza, Wiesław Sienkiewicz z Rybnika, Adam Janicki
i Marek Judycki z Rudy Śląskiej, Maria Płatek z Łaz,
Stefan Kudełko z Krupskiego Młyna, któremu powierzono
pisanie Kroniki Klubu (prowadził ją przez okres około 20
lat, zawsze bardzo starannie i w sposób ciekawy), oraz
Maria z Zobolewiczów - Wojtczak, która zaproponowała
Grzegorza Słobodnika na przewodniczącego NKL. Został
wybrany jednomyślnie i przewodniczył Nauczycielskiemu
Klubowi Literackiemu ponad 20 lat.
    5
Do 2000 roku skupieni w Klubie autorzy wydali następujące
tomiki poetyckie:
Baruś Anna Zwierciadło czasu 1990
Dobrucka Halina Wiersze do śpiewania i nie tylko 1988
Dziekańska Barbara Dialogi z codziennością 1990
Jurek Antonina W kręgu słowa 1989
Kudłaciak Helena Kantata wichrów (mała proza) 2000
Pasjans ze słońcem 1985
Poza otwartym oknem (proza) 1985
Rytualne medytacje 1988
Podleśny Alojzy Butik z wierszami 1990
Moje porządkowanie świata 1988
Podlodowska Janina Akwarele 1990
Pióro na wietrze 1983
Płonący gościniec 1990
Zderzenia 1988
Żeby była miłość 1984
Rywacka-Szafran Anna Azyl moich rozterek 2000
Sienkiewicz Wiesław Zalewanie
Myśli spod wiechy 1991
Majowa opowieść 1994
Braterska krew 1996
Słobodnik Grzegorz Strome brzegi 1990
Wiersze 1995
Tytko Jan Mikołajki 1990
Witraż 1990
Wojtczak Maria Bolący niepokój 1998
Słowem napinam strunę 1996
    Do pierwszych lat XXI w. członkiem NKL w Katowicach
był także Kazimierz Kluczewski, który w tych latach
wydał tomiki utworów poetyckich m. in. „Mój Sławków”,
„Satyry” i „Czar przyrody”.
    Klub nadal skupiał twórców z dawnych województw
bielskiego, częstochowskiego i katowickiego. Jego członkowie
pochodzili m. in. z Bielska-Białej, Częstochowy,
Cieszyna, Myszkowa, Ustronia, Sosnowca, Będzina i Za-
wiercia, Raciborza i Rybnika, Chorzowa i Krupskiego
Młyna, z Katowic i innych miast, w sumie ponad 50
członków. Na przestrzeni lat ich liczba się zmieniała. Początkowo
na spotkania przyjeżdżało około 30 osób, a swoje
utwory poetyckie i prozę umieszczało w antologiach
około 40 poetów.
    Zarząd Okręgu Śląskiego ZNP w Katowicach z prezesami
Włodzimierzem Łętkiem,
Jerzym Surmanem,
Kazimierzem Piekarzem,
Jadwigą Aleksandrą Rezler
życzliwie wspierał i wspiera działalność Nauczycielskiego
Klubu Literackiego w Katowicach.
    Dzięki temu od 1998 roku zostało wydanych 12 antologii
twórczości literackiej członków Klubu, w tym 11 antologii
pod przewodnictwem Grzegorza Słobodnika, który
organizacji i przygotowaniu wydawnictw do druku poświęcił
wiele godzin pracy, angażując także do współpracy
koleżanki i kolegów.
    Są to następujące pozycje książkowe (w nawiasie
podano liczbę autorów publikujących swoje utwory w danej
antologii):
„Chcę Ci jeszcze powiedzieć”, 1998 r. (12)
„Krajobrazy wewnętrzne”, 2000 r. (43)
„Nie tylko nadzieja”, 2002 r. (33)
„Ważne drobiazgi”, 2004 r. (32)
„Słowa potrzebne”, 2005 r. (53)
„Myśli serdeczne”, 2006 r. (45)
„Szukanie brzegów”, 2007 r. (49)
„Tematy najbliższe”, 2009 r. (45)
„Poetyckie odwiedziny”, 2012 r. (35)
„Wiersze o zimie i Bożym Narodzeniu”, 2012 r. (36)
„Zewsząd. Zdziwienia, aluzje”, 2014 r. (34)
„Codzienność niezwykła”, 2017 r. (32)
Na przestrzeni kolejnych lat liczba członków Klubu
ulegała zmianie i wahała się od kilkunastu do 55. Biorąc
   6
pod uwagę wydawane antologie oraz tomiki indywidualne
najaktywniejszym okresem działalności Klubu były lata
2005 do 2012. W kolejnych latach liczba członków uległa
zmniejszeniu z przyczyn naturalnych.
W 2018 roku członkami Nauczycielskiego Klubu Literackiego
ZNP w Katowicach były następujące osoby:
1. Beliczyńska Barbara z Bielska Białej
2. Biskup Krystyna z Częstochowy
3. Cencek Zofia z Sosnowca
4. Chwastek Teresa z Ustronia
5. Ćwiklińska Maria z Sosnowca
6. Georg Magdalena z Bielska Białej
7. Gola Elżbieta z Częstochowy
8. Imiołek Irena z Dąbrowy Górniczej
9. Janicki Adam z Rudy Śląskiej
10. Judycki Marek Wacław z Rudy Śląskiej
11. Kalińska Beata z Cieszyna
12 Korzonek Urszula Stefania ze Skoczowa
13. Kudełko Stefan z Krupskiego Młyna
14. Kula Krystyna z Raciborza
15. Grabska-Martyniak Weronika z Bielska Białej
16. Mazurek Jerzy z Rudy śląskiej
17. Merta Andrzej z Zawiercia
18. Moryś Helena z Sosnowca
19. Nieznanowska-Gawlik Dorota z Sosnowca
20. Trzepióra-Noga Zofia z Kłobucka
21. Noszczyk Prakseda z Myszkowa
22. Owczarek Wiesława z Częstochowy
23. Pacan Danuta z Rudy Śląskiej
24. Płatek Maria z Łaz
25. Rudlicki Maciej z Częstochowy
26. Rychlicki Eugeniusz z Chorzowa
27. Sienkiewicz Wiesław z Rybnika
28. Słobodnik Grzegorz z Sosnowca
29. Skóra Jolanta z Górek Wielkich, Cieszyn
30. Waszut Teresa z Cisowic, Cieszyn
    7
31. Woroniec-Simlat Mira z Częstochowy
32. Wosik Maria z Myszkowa
Od 15.02.2017 roku Klubowi przewodniczy Eugeniusz
Rychlicki z Chorzowa, a w skład zarządu wchodzą: Elżbieta
Gola z Częstochowy, Jerzy Mazurek z Rudy Śląskiej,
Grzegorz Słobodnik z Katowic, Dorota Nieznanowska-
Gawlik z Sosnowca (prowadzi Kronikę NKL)
Z ramienia ZOŚ ZNP Klubem opiekowała się wiceprezes
Barbara Redkowska z Bielska Białej.
Od około dziesięciu lat spotkania członków NKL odbywały
się cztery razy w roku. Omawiano na nich własną
twórczość literacką, rozmawiano o bieżących problemach
związanych z wydawaniem tomików i rozbudzaniem zainteresowania
literaturą.
    W listopadzie 2018 roku urządzono poetycki wieczór,
poświęcony 100-leciu odzyskania przez Polskę
Niepodległości, na którym członkowie Klubu recytowali
własne utwory.
    II
W 1987 roku OUPiS Filia 4 ZG ZNP, wydał 23-stronicowy
tomik poetycki o małym formacie „Spotkanie na szlaku
słowa”, zawierający 21 utworów:
Janina Podlodowska Moja retoryka
Impas
Unisław Górski Do mojej dziewczyny
Halina Dobrucka Wyznanie
Zmysły
Ulica Kopernika
Anna Baruś Miejsce na ziemi
Władysława Brzezinowa U progu 1986 roku
Maria Wojtczak Liryk
Józef Korzeniowski Najmłodszemu
powstańcowi Warszawy
Janina Łunarzewska Dziecko
    8
Szukałam
Antonina Jurek Pusty obraz
Barbara Biłko Odjazd
Stanisława Kopaczka Moja ulica
Wiesław Sienkiewicz Święto Pracy
Józefa Zyta Saraman-Wojnar Epitafium
Alojzy Podleśny Pecunia non olet
Grzegorz Słobodnik List o deszczu
Janina Podlodowska
w wierszu MOJA RETORYKA
mówi, że jasno wyraża swoje myśli i upewnia nas, że gdy
dzieje się źle,
Ktoś musi krzyczeć gdy umiera drzewo
i ryby już nie śpiewają nawet
w Ukajali (…)
Słowa nadal bardzo aktualne i wiele mówiące: (…)
gdybym mogła zawołać takim słowem
które budzi (…)
I wciąż szukamy takich słów, bo obserwujemy
nieustanne poniżanie natury, która zapewnia nam życie.
Józef Korzeniowski
poświęcił wzruszający wiersz Małemu Powstańcowi, którego
pomnik stoi pod czerwonym murem na Starym Mieście
w Warszawie. To dzieło, które ma już swoją historię
i legendę.
NAJMŁODSZEMU POWSTAŃCOWI
WARSZAWY
(…) a buty i hełm taty
Automat do piersi przyciskasz (…)
Samotnej bronisz reduty
    9
Gdzie Oni?
Przecież mieli rozkaz tu tkwić (…)
Wiesław Sienkiewicz
w swoim utworze mówi o Święcie Pracy. To już ostatnie
lata PRL i wielu z nas odnosiło się do aktualnego stanu
z niedbałością, z dozą ironii, ale i rozczarowania.
ŚWIĘTO PRACY
Z entuzjazmem poszedłem na pochód.
(…) Poprzez rozgwar
nikt nie słyszał premiera
ani nawet hymnu (…)
Po manifestacji -
rzucone przez „przyszłość narodu”
na brudny asfalt -
leżały podeptane chorągiewki (…)
Wróciłem do domu
wstrząśnięty.
To wiersz prospołeczny. Człowiek popada w skrajności
i nie chce tego zauważać. Cóż winne jest święto, które
podkreśla ważność ludzkiego działania i słuszność upominania
się o godziwe traktowanie ludzkiego wysiłku?
Autor dostrzegł te szybko następujące przemiany w naszej
mentalności, uszkodzonej, nie tylko przez poprzedni
ustrój.
Autor szczególnie polubił fraszki, które w sposób
skondensowany zawierają ważne treści, a zarazem są
dowcipne i doskonale puentują sytuację. Stał się już mistrzem
w ich tworzeniu.
    10
STRUMYK I JA
Ja strumyk rozumiem:
Też czasami szumię…
NA POCZĄTEK ROKU SZKOLNEGO
Znowu się zaczęła
- Oceńcie to sami! -
Nieprzyjemna przerwa
Między wakacjami.
O WŁADZY
Ma mądrości jądro
To nowe przysłowie:
Z władzą - jak z wodą.
Zachłyśniesz się - toniesz.
Nie tylko zacytowane fraszki same się puentują. Pozostałe
także i Wiesław Sienkiewicz może spać spokojnie,
o właściwej godzinie obudzą nas puenty.
Alojzy Podleśny
w niedużym tekście PECUNIA NON OLET w konkluzji
stwierdza:
Uczeni koledzy, pisząc doktoraty o przenikaniu kultu
Pecunii do życia codziennego branż i narodów, ulegali
także przemożnym wpływom tego bóstwa. (…)
Dzisiaj co najmniej na śmieszność narazi się każdy, kto
ośmieliłby się nie doceniać bractwa Pecunii albo okazywać
mu pogardę. (…)
Czyli wciąż światem rządzi pieniądz, bez względu na
to, jak został zdobyty.
    11
Grzegorz Słobodnik
już w latach pięćdziesiątych XX w. był członkiem grupy
poetyckiej „Reduta 57” w Sosnowcu. Jest to okres pierwszego
poetyckiego fermentu; rodziła się nadzieja na swobodny
rozwój literatury. To sprzyjało kształtowaniu się
nie tylko poetyckiego widzenia świata. W tym czasie działało
wielu już znanych twórców, poetów i prozaików: Tadeusz
Różewicz, Wisława Szymborksa, Zbigniew Herbert,
Tadeusz Kijonka, Wilhelm Szewczyk, Czesław Miłosz,
Marek Hłasko, Maciej Patkowski… Nie sposób wymienić
wszystkich.
Grzegorz Słobodnik stał się uznanym poetą, drążącym
nowe ścieżki i dukty w poezji.
W zeszyciku „Spotkanie na szlaku słowa” czytamy
jego utwór LIST O DESZCZU. Deszcz ma w sobie wiele
poetyckich odniesień, także może wzbudzać w nas wiosnę
i nastrój potrzeby wyrażenia swoich uczuć w liście. Jeszcze
niedawno nie był nam obcy korespondencyjny sposób
dzielenia się informacjami i osobistymi przeżyciami.
Na listy się czekało i to był stan dodatni naszych odczuć.
LIST O DESZCZU
Błyszczące trotuary
zatrzymują ślady
głośnych kroków
nie dotrze tu
plusk zamglonego
nieba
jaskółki wyruszyły
znowu
na podbój wiosny (…)
widocznie są jeszcze
listy o deszczu
potrzebne
dlatego piszę do Ciebie (…)
    12
Obcasy damskich butów głuchną w deszczu, oczekiwanie
unosi się pod chmury, wyłania się z nich tęsknota,
widzi jaskółki budzące wiosnę i ukazuje się pragnienie
napisania listu do drogiej osoby. Jesteśmy wciąż z tego
świata, bo jeszcze czasem piszemy do siebie i to jest promienne,
a niepokój objawia się wtedy, gdy myślimy, że
obecnie listy są przeżytkiem. W latach, gdy miliardy informacji
umieszcza się w chmurach serwerów, zastanawiamy
się, dokąd ten świat zmierza.
CZAS NIE PRZEKROCZONY
I nagle
przede mną ten korowód
mroczny
jasny wspomnień
które są dzieciństwem
te same ulice
domy dzisiaj inne
i mowa ludzi
podobna do tamtej
coś przeszło
i coś się zatrzymało
i już nie wróci (…)
Utwór doskonale nawiązuje do listów, które odeszły.
Łączy się z wczoraj i wchodzi w dzisiaj.
Tomik „Wiersze” składa się z pięciu części i zawiera
sto utworów poetyckich, obejmujących dość długi okres
tworzenia, od 1988 do 1995 roku. Poeta pracował nad
każdym, wierszem nie tylko czekając na sposobną chwilę
pojawienia się weny twórczej, ale potem także nad ich
konstrukcją i pointą. Jest to bardzo dojrzała twórczość
poetycka.
    13
PORTRET NA KRAWĘDZI
zamyka tomik. Poeta patrzy na barwny drzeworyt, a jego
umysł przetwarza wrażenia i podpowiada impresje.
Jestem przypadkowo
człowiekiem
mogłem zostać
psem
kotem
mrówką
(…)
ale jeszcze nie nadeszła
moja kolej
(…)
mój świat ucieka
i przybliża się do
brzegu
na którym rosną
kolorowe kamienie (…)
Widzę to w ten sposób: mogło tak być, lecz człowiek
miał szczęście. Zawsze czeka na lepszą przyszłość i do niej
podąża, podejmując dzieło budowania piękniejszego obrazu
rzeczywistości. To by oznaczało, że ucieczka świata
nam nie zaszkodzi. Może potrafimy jeszcze więcej…
Pierwsze tomiki poetyckie twórców skupionych
w klubach oddziałów ZNP były skromne objętościowo,
a ich format mniejszy od A5. Wynikało to głównie z możliwości
technicznych i finansowych klubu oddziałowego,
jak i samego autora.
W 1989 roku w tomiku-zeszyciku „Zwierciadło czasu”
29 wierszy wydała Anna Baruś z Klubu ZNP w Bielsku
Białej. W tym czasie również poeci nieprofesjonalni pisali
już głównie białe wiersze, jak czynili to znani twórcy: Tadeusz
Różewicz, Zbigniew Herbert...
    14
W pierwszym krótkim utworze JAK BŁYSKAWICA
poetka przypomina, że myśl leci szybko, a wyrażając ją
słowami, może opisać świat, pokonać milczenie i wzniecić
światło. To pobudzające.
Jak błyskawica
piorunem biegnie myśl
podejmując walkę z milczeniem
zamienia żywe słowa
w sens bytu i treść
wypełnia ciemną dolinę
światłem i czynem
Ta liryka wyciska z nas zadumanie nad życiem,
uwzniośla nasze uczucia i pozwala widzieć szerzej i więcej
ludzi. Nutka zamyślenia jest jakby przypomnieniem, że
trwamy tu chwilę… ale młodzież patrzy odmiennie na
świat i my o tym pamiętamy.
MŁODZI
Młodzi widzą życie inaczej
jasno głoszą pieśń radości
śmiało wypełniają swój dzień
tylko marzenia dalekie
od rzeczywistości
Widzieć rzeczywistość tak, byśmy wciąż mogli z radością
czekać na świt, spodziewać się, że burza nas ominie,
ale zdajemy sobie sprawę z niemożliwości osiągnięcia tego
stanu naszego życia. Mimo to zawsze ważna jest nadzieja.
ŚWIT
Na horyzoncie świata dnieje
z głębokiej nocy powstaje świt
opamiętanie - pojednanie
    15
serca topnieją
człowiek wyciąga rękę do bliźniego (…)
Jednak nie zawsze i to burzy nasz spokój, a oczekiwanie
cierpi i się przezbraja.
W okresie lat po stanie wojennym wydawali swoje
tomiki poetyckie także inni członkowie Klubu: Adam Janicki
z Rudy Śląskiej, Stefan Kudełko z Krupskiego Młyna,
Sławomir Przybyłowski z Chorzowa, Alojzy Podleśny
z Chorzowa i inni.
Adam Janicki
to poeta, który debiutował już w 1964 roku i jego pierwszego
poznałem, jeszcze przed spotkaniem w NKL w Katowicach.
Jego wiersze w sposób bliski mieszkańcom tej
ziemi obrazują życie i troski społeczności, a także mówią
o osobistym doświadczeniu autora. Jest w nich patos górniczego
trudu, związki z przeszłością i głęboka liryka, zamyślenie
i umiłowanie małej ojczyzny. Te wiersze wzruszają
i pobudzają do refleksji.
Pod koniec 1981 roku, zanim stan wojenny uniemożliwił
dalsze funkcjonowanie instytucji wydawniczych, wydał
on tomik z 37 wierszami pod tytułem „Drążenie ziemi”.
BAŚŃ
(…)
Nieodwracalność czasu dźwigam na grzbiecie
z pyłem się równam co mnie uosabiał,
z węgielnym pyłem, z miałem naniesionym
po ludzkie zagrody wśród róż zroszonych obłokiem.
(…)
URODA ŻYCIA
Od spodu wydzierając tajemnicę życia,
zaglądając pod podszewkę kształtu i zapachu
    16
przyzwyczajam się do ciepła i chłodu
łaskawą parę oczu.
I tak przez 37 poetyków, krocząc i odczuwając ich zapach,
smakujemy zawartość i odtwarzamy w wyobraźni
kształt tamtej rzeczywistości, aż do osiągnięcia stanu nasycenia
ducha.
Niestety, nie mam dostępu do pozostałych wydawnictw
z tamtych lat - poetów Nauczycielskiego Klubu Literackiego
w Katowicach.
Obecnie NKL działa w okresie, gdy w jednym roku
ukazuje się w kraju ponad sto tytułów tomików poetyckich
indywidualnych lub w grupach poetyckich, których
nie kupimy w księgarniach, bo ich nakłady są niskie,
a księgarnie niechętnie zapełniają półki tomami poezji.
Od 2019 roku Klub posiada logo, zaprojektowane
przez Marka Judyckiego.
Członkowie Nauczycielskiego Klubu Literackiego
w Katowicach starają się powiększyć liczebnie klub, planują
wykonanie stałej planszy informacyjnej o działalności
Klubu i umieszczenie jej w sali spotkań, podejmują
starania o utworzenie podręcznej ogólnodostępnej biblioteki
oraz o powstanie kolejnej antologii twórczości literackiej.
Nadal prowadzona będzie Kronika.
Kończąc niniejszy szkic wyrażam nadzieję, że wkrótce
historię Klubu napisze ktoś, kto będzie miał chęci, czas
i dostęp do obszerniejszych materiałów źródłowych.
Bardzo dziękuję
kol. Markowi Judyckiemu za projekt logo NKL,
a kol. Marii Płatek i kol. Wiesławowi Sienkiewiczowi
za informacje i współpracę.


                                                        Katowice, 2018

Przewodniczący NKL w Katowicach   

                                   Eugeniusz Rychlicki

                                          

                      

Władysławowo, 2008


poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Wielkanoc 2000

 

 

 


 

 

Wielkanoc 2000

 
                            „Spodobało się Panu
                            Zmiażdżyć Go cierpieniem”.


Przed dniem ustanowienia
Eucharystii i kapłaństwa
wyruszyliśmy w podróż do
miejsca zwanego
Ogniskiem Rodzinnym
Wiodła nas nadchodząca Radość
Zmartwychwstałego Chrystusa
Unoszeni siłą pędu uczuć
w szczególnym stanie ducha
przygotowani do przyjęcia Eucharystii
brodziliśmy pośród młodej zieleni
i żółci pól wśród oaz bieli
ukwieconych ogrodów i parków
Śliwy obezwładniały szaleńczymi
zapachami a kaczeńce w wiosennych
wodach błyszczały w rowach
jak natchnione
Znieruchomiały szczupaki
ożyły bobrowe konstrukcje
Ptaki w nagich gałęziach
malowały wiosnę dziobkami
To laguny wiosennych upojeń
Oddychaliśmy powietrzem
buchającym tlenowym bukietem
Wizg powietrza wiercił w uszach
wzbudzając euforyczne nastroje
Taki jest cud narodzin życia
Zmartwychwstały Pan
przywraca nadzieję
282
Istnienie śmierci przesłonięte
zostało Bożą miłością
a radość przybrała postać
otwartych drzwi
Nawet gdyby
niebezpieczeństwo ujawniło
swoje oblicze nie uwierzylibyśmy
wdzięczni Zmartwychwstałemu Panu
za dar istnienia
Optymizm rozlał się
błękitem na progi rodzinnego losu


                       Wielki Piątek, 21. 04. 2000 r.

sobota, 3 kwietnia 2021

Chrystus Zmartwychwstał

 


 

 

Chrystus Zmartwychwstał

 

Ewangelista Jan napisał, że

Jezus umarł około szóstej w piątek,

być może 3 kwietnia 33 roku. 

Nie ma już pod krzyżem plam krwi,

płynącej jak urywana fala westchnień,

nie dźwięczy tamten szloch.

Kamień zsunął się z grobu siłą

zmartwychwstania,

a my nie możemy spodziewać się otulenia

ciepłą wiosną.

 

Wyposzczeni z radością zauważamy

Chrystusa,

i lżej nam, bo On powstał z grobu,

bo odrzucił kamień, który oznaczał rozpacz,

lecz nie chcemy być bezradni

wobec siebie i obojętni wobec bliźnich.

Tak życie ze śmiercią się połączyło,

że czas stracił orientację i nie ma

znaczenia, czy róże mają kolce.


Więc jeszcze wołamy:

Znamy Twój krzyż Panie,

lecz Panie, prosimy

o siły do usunięcia przyczyny naszego

cierpienia, wywołanego zarazą.

Daj nam moc byśmy potrafili

wnet ją pokonać.

W ostatnich dwóch latach

nasza codzienność wciąż

jest kaleczona a radość oddalana

na nieoznaczoną odległość...

                 Wielka Sobota 3.04.2021