środa, 30 września 2026

 


2

Str. 7

Nad Łomnem

 Na Pojezierzu Gnieźnieńskim lato zwykle bywa zbyt suche, by narzekać na nadmiar wody. Były jednak lata w historii tej ziemi, że między Gnieznem a Trzemesznem istniały potężne bagna, które utrudniały kontakt między ówczesnymi siedzibami. Na przestrzeni wieków wyschło dziesiątki jezior, ale dzięki wciąż dużej liczbie polodowcowych zbiorników wodnych nie odczuwało się zbytnio nadmiaru suszy, a gdy nadeszła pora deszczy, rolnicy mieli nadzieje na lepsze plony.

            Nad Łomnem lato ma swój specjalny urok i klimat i jakby się pojawiało tylko dlatego, aby sprawić przyjemność Małgorzacie i obudzić w niej drzemiące piękno, jak mówił Przemysław. Ta pora roku jest powtarzalna i jest ozdobą codzienności, chociaż jej piękno jest kapryśne. Ma ramiona wypełnione słońcem, a jego przerywnikami są burze, które dawniej na polnych drogach pozostawiały po sobie liczne kałuże, czasem też woda zalewała łąki wokół jeziora i zmartwione czajki krążyły nad rozlewiskami płacząc i skarżąc się na niesprawiedliwość natury.

            Dla dzieci to była podeszczowa atrakcja. Gdy tylko promienie słońca zaczęły zaglądać w ich oczy przez szyby wiejskich chałup wybiegały z domów na polną drogę, by nurzać dziecięce stopy w deszczowej wodzie i z piskiem biegać pryskając jedno na drugie. Po krótkiej zabawie wszystkie były mokre, chociaż nie zmokły w czasie deszczu.

            Tak też było i tym razem. Tego lipcowego wieczoru po krwawym zachodzie słońca spodziewano się pogodnego następnego dnia. Tymczasem nastąpiła awaria układu elektronicznego sterowania w naturze i przewidywania się nie sprawdziły. Na drugie dzień od zachodu pojawiła się burza wewnątrz masowa.  Było już głębokie popołudnie, gdy niebo zaczęło sinieć, posmutniało, a powietrze zrobiło się duszne z powodu zalegania mas ciepła, które stopniowo unosiło się pod niebo i gromadziło wilgoć, ładunki elektryczne zaczęły skakać jak oszalałe i zbroić armaty. Skondensowana para czekała na sygnał. Powstał cumulonimbus, w drobiny wilgoci rzucony został zaczyn i rozpoczęła się burza - błyskawice i grzmot, ulewa i ucieczki chłopstwa z pól. Szczęśliwie bez szkód. Tylko w jednej kopie siana doszło do gorszącej sytuacji, bo Felek z Irką się kochali, a kiedy niedaleko gruchnął piorun, oni się przestraszyli i musieli wracać do domu... ona przodem, a on tyłem, a po chwili odwrotnie. Felek Irce wypominał: – Jak byś mnie posłuchała, to teraz byśmy szli do domu gęsiego, ale ty chciałaś postawić na swoim i teraz co...

            Po godzinie burza powędrowała gdzieś za Mogilno, na zachodzie niebo się wypogodziło, nad Łomnem pojawiła się piękna tęcza, która jedną stroną zanurzyła się w jeziorze, a drugie ramię sięgało do Trzemeszna, być może, jak mówili obserwatorzy, tęcza piła wodę również z jeziora Popielewskiego. Zakochani nie zwracali uwagi na zjawisko, mieli ważniejszą sprawę na głowie, ale ochłonęli z emocji i ich stan "burzowy" wrócił do normy, mogli pokazać się ludziom.

            Helena Parlińska miała dobry nastrój i do syna Aleksa powiedziała: – No zobacz, co ona wyprawia, ta tęcza, wypije nam całe jezioro i gdzie będziesz poił krowy? Aleks się uśmiechnął i nic nie powiedział, ale po chwili poszedł nad jezioro, popatrzeć, czy deszcz nie zalał łąki. Gdy tęcza się rozpłynęła i wrócił do domu, rzekł do mamy: Wody nie ubyło, a nawet jest więcej...  Ona nie wypiła nawet tego, co napadało.

            W niedzielę, gdy Aleksander przypędził krowy do domu z łąki nad Łomnem, przywiązał je w oborze do wyznaczonych stanowisk, ale wcześniej, gdy one spacerowały po podwórku i zostawiały placki dla gospodarzy, żeby mieli robotę, naniósł słomy do obory, rozścielił, by krowy stały na suchej słomie i się nie brudziły, umył się zjadł kolację, włączył radio na baterię ciężką jak jasny gwint - żarzenie lamp zasilane z akumulatora, i słuchał muzyki. Śpiewała Marta Mirska, to była piosenka „Pierwszy siwy włos”, i popatrzył na rodziców, czy mają siwe włosy. Ani Władysława ani Władysław nie posiadali jeszcze takiej własności, nawet pierwszego siwego włosa. Aleksander gdzieś w głębi serca się ucieszył, i może z tej radości zapytał ojca: – Jak miał na imię ojciec mojego drugiego dziadka Adama, pamiętasz, tata?

            Tata poczuł się doceniony. – No jasne, czemu nie miałbym pamiętać, Przemysław.

            – A jak miał na imię ojciec Przemysława?

            – Bronisław... Też pamiętam inne imiona, z kroniki rodzinnej, jest na strychu, trzeba się tedy zastanowić... Jest tam Strzeżysław, a jego ojciec miał na imię Twardosław, a jego ojciec miał na imię Zdziegrod, a Zdziegrod miał ojca Wielisława, a Wielisław miał ojca Sambora, a Sambor miał ojca Dalmierza, a Dalmierz miał ojca Gościrada, a on miał ojca Radomira, a Radomir miał ojca Bożywoja, a on miał ojca Boguchwała, a on miał ojca Drogodara, a Drogodar słuchał ojca Cichosza, a on Gromisz  Małosza, a Małosz Lubiesza, a on miał ojca golibrodę, a ten miał ojca stajennego, a stajenny powołał na świat rymarza, a rymarz miał ojca myśliwego z łukiem, i był pachołkiem u nieznanego króla Izydora I, który występował pod pseudonimem, a Izydor miał nieprawego syna halabardnika, a halabardnik pochodził ze straży bocznej króla, i za bohaterstwo w obronie władcy otrzymał dwa łany ziemi na własność... miał syna Bogusława, on miał syna Józefa, a Józef Fabiana i to był twój dziadek z mojej strony, to wiesz i nie przejmuj się ostatnim cesarzem Rzymu. Trochę fantazji nie zaszkodzi, chociaż mówią, że pewien Domicjan był ostatnim  cesarzem zachodu i miał syna Latona, a on miał syna jako ostatniego faraona... gdzie tam faraon... – Władysław zamilkł. – Już chciałem ci przerwać – odezwał się Aleksander. – Mam nadzieję, że kilku pradziadków jest prawdziwych. Tych słowiańskich, prawda?

            – Na pewno. Nikt tak daleko wstecz nie sięga. Tylko nasza kronika i wyobraźnia. Co nie znaczy, że nie chciałbym znać imion naszych wszystkich przodków

            – A matki? Co z matkami? – mama Władysława poczuła się pominięta i dodała. – Może to tylko mężczyźni rodzili, co? Nie jestem feministką, ale mam tu coś do powiedzenia. I powiem... Ja też czytałem tę kronikę. Wypadałoby powiedzieć, że to byli dziadkowie z mojej strony, a potem taty, a tata powinien coś wyjaśnić, ale na tym nam nie zależy, nieprawda? Zawołaj Mieczysława, niech i on posłucha   zwróciła się do Aleksandra.

            – Mieczek poszedł do Małgorzaty, pewnie ma randkę, a powiedział, że po książkę. A wczoraj chciał się umówić z Bronisławą, ale ona nie chciała.

            – Oj... podsłuchujesz?

            – Wcale nie, on mnie do niej posłał...

            – No to trudno. Nie będę tak daleko sięgać.

Jak pamiętam, to nasza pra-pra... miała na imię Złotosława i pochodziła z wolnych chłopów. Ale chyba nie zupełnie, bo szlachcic zatrudniał rodzinę, nie za darmo, ale trudno było sobie poradzić z robotą w majątku. Jej córką była Wiścisława, a Wiścisława miała sześcioro dzieci, a jej córka Kunegunda miała córkę Małgorzatę, a Małgorzata zakochała się w Eustachym i mieli córkę Witosławę, potem była Zdzisława, a dalej Tertulia, uśmiechnięta Prakseda, egzotyczna Gordana, piękna Bibiana, zaskakująca Anuncjata, bliska Maria, szlachetna Magdalena, kochająca kwiaty Zofia i ja... Teraz sobie dopasuj, która z babć była żoną którego dziadka. Masz robotę na dwa dni.

            – Te imiona są fantastyczne – rzekł Aleksander. Jak już się zorientowałem, spotkamy się jeszcze z setką innych i one nas zadziwią, nieprawda?

            – Prawda – przytaknął ojciec, a matka dodała: – Na dzisiaj wystarczy.

            – Poczułem się jak na lekcji literatury średniowiecza. Profesor Wacław Derdzikowski i profesor Bolesław Pękala mówili nam o czasach sprzed chrześcijaństwa, o twórczości przekazywanej ustnie w pieśniach, a potem na piśmie po łacinie, utwory pisane ręcznie, aż do pierwszego utworu świeckiego, to mnie najbardziej zainteresowało...

            – I co? Przeczytał wam ten utwór pan profesor? – zaciekawiła się matka. – Nie mówiłeś o tym.

         – Nie mówiłem... ale pamiętam, to był XIV-XV wiek i nadawano mężczyznom imiona takie, jak Chocimir, Będzimir albo Nawoj, mam to zapisane... Krzesław, Świecław i Przecław Słota z Gosławic, który był szlachcicem herbu Jelita z ziemi łęczyckiej, podstarości poznański i nigdy się nie dowiedział, że napisał pierwszy świecki utwór literacki, wiersz O chlebowym stole, określonym jako tekst o Zachowaniu się przy stole. Nikt nic z tego nie rozumiał i zapoznaliśmy się tylko pewnie z połową utworu, bo nie starczyło czasu, profesor musiał nam dużo wyjaśniać. W każdym razie to jest fajne bo dziewczyny i chłopaki w różnych sytuacjach nawzajem pouczają się żartobliwie i złośliwie: Nie bierz do ust całej bułki, nie wypluwaj pestek na chodnik, nie mów jak masz w ustach kromkę chleba, ale się obżerasz, siedź na dupie, jak jesz, umyj palce przed jedzeniem, wycieraj usta, ale nie w obrus, baw koleżankę, co się gapisz, podaj jej to piękne jabłko, a ty weź to robaczywe...  Burgrabia byłby zadowolony jakby nas słyszał, no nie. Zaraz wam powiem kiedy on żył... Aleksander zagląda do zeszytu:  urodzony około 1375, zmarł w. 1419). Oczywiście, czytam: Kopię sporządzono w 1415, utwór liczy 114 wersów, a w nim połowa to ośmiozgłoskowce. To tematyka dotycząca dworu a nie nas, ale wtedy tylko szlachta miała głos. Trudno to tak zwyczajnie odrzucić. Już wówczas oddziaływał na nas Zachód i tak już zostało. Kultura biesiadna i dzisiaj jest aktualna, ale ludowa to zupełnie inna materia... Jak my z chłopakami urządzimy ognisko, to możemy się pośmiać...

        – Nigdy żeś się przed nami tak nie przedstawiał – podsumował ojciec. Przynajmniej wiemy czego cię w tej szkole uczą. Ale czy to jest potrzebne? Ty masz się zmieścić w dzisiejszych czasach.

          – Na pewno się zmieszczę. Musiałem w domu przeczytać i przeczytałem. Starożytny poeta Horacy napisał: Nie wszystek umrę, a sentencja łacińska mówi:

Verba volant, scripta manent - słowa ulatują, pismo pozostaje.

 Teraz czekam aż poeta satyryk Marian Załucki napisze:

Poetycznieje coraz bardziej Rzeczpospolita

Już więcej ludzi wiersze pisze aniżeli czyta

            – Nas do tego nie mieszaj, my nie tacy – zażartował ojciec. – Synu, czy to jesteś jeszcze ty... Wygląda na to, że chciałbyś być ptakiem, który jest tu, a za chwilę tam... Bo jak powiadasz, chcemy być wszędzie, lecz najczęściej nigdzie nas nie ma, oprócz tego tu skrawka ziemi. Powiem więcej... Teraz jesteś z nami, a za moment jesteś w starożytnym Egipcie... To odwieczne marzenie ludzkości, znamy je, bo ono budzi się w wielu z nas, tylko jest ogromnie odległe, zapewne sięga nieskończoności. Ma kosmiczne wymiary, a mimo to sięgamy po nie i próbujemy manipulować...

       – Tato, dopóki będziemy istnieć, to na pewno ludzkość będzie miała wciąż nowe pragnienia i ideały, zamiary dokonania czegoś na miarę epoki i bardzo wiele się jej nie uda zrealizować, ale ja tak lubię...

      - My też...       

                                                                                                                  2024 



            – My z mamą też...

środa, 23 września 2026

 


Dom... słowo o wielkiej pojemności. Dla bezdomnych to każde miejsce, w którym chcą przebywać. To ognisko, ojczyzna... Dla wszystkich... to miejsce w powietrzu, na ziemi i w wodzie...  W koronie samotnego świerka. Wierzę, że również wśród gwiazd.

                                    Bezbronna jak motyl

      (...) Próbowałem opisać dzieje czteropiętrowego domu, wybudowanego na początku XX w, biorąc pod uwagę jego mieszkańców od pokoleń. Nigdy nie pomyślałem, że w czasie mojego zainteresowania jego dziejami dojdzie do takiego zdarzenia. To nie był zanik samodzielnego rozumowania – niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony sztucznej inteligencji, bo wówczas nikt jeszcze nie znał nawet tego pojęcia.

        Zmieniają się obyczaje i technika, mody i sposoby budowania i odczuwania radości. Arianna z tego domu nie mieściła się w schemacie wspólnotowym, nakreślonym automatycznie w chwili zawarcia związku małżeńskiego. Miała dobrą pracę w sklepie odzieżowym, więc nowe gniazdo nie było najważniejsze. Zawsze pragnęła czegoś więcej, ale nie wiedziała dokładnie, czego. Sklep był jej ucieczką. Ciągnęło ją do rzeczy dziwnych, pełnych uczuciowości, fantazji, ekstazy. Jeśli dotąd lustro mówiło jej prawdę albo kłamało, a ona przeżywała lęki, jeśli jadąc swoim samochodem widziała w lusterku wstecznym natrętne obrazy bliskiej przeszłości i była przekonana, że tak musi być, to teraz planując ten nieuporządkowany ruch zgodnie z ciążeniem, zamazywała swój rysunek na szkle, zgadzając się podświadomie na to co może nadejść.

             Dojeżdżała do pracy dziesięć kilometrów. Było kilkanaście miesięcy bardzo dobrych, w których właściciel osiągał spory zysk i Arianna dobrze zarabiała. Z mężem szaleli w sobie, jak to w młodym małżeństwie. Po urodzeniu dwojga dzieci nadal była piękną kobietą i jak mówiono, szef spoglądał na Ariannę bardziej pożądliwie, niż na pozostałe sprzedawczynie. Jak każda kobieta, dobrze się czuła, zauważana przez mężczyzn. Odwzajemniała się uśmiechem. Tak zaczął się rodzić kłopot. W jej domu po pewnym czasie atmosfera napięła się jak batut. Pewnego razu, gdy mąż Norbert Rybicki wrócił z delegacji, poczuł od żony alkohol, nie alkohol... Powiedziała szczerze, że została poczęstowana, jak inne pracownice. Wtedy zaczęły się schody. Mąż zareagował nerwowo, wysyłając w jej stronę kilka obrzydliwych epitetów. Jej pełne, kształtne usta ułożyły się w półksiężyc. Epitety odesłała z premią. 

     Odtąd Norbert wpadał do domu niespodziewanie. Jego podejrzenia się sprawdziły. Znowu miała radosny nastrój jakby podrinkowy. Zdenerwowany czuł się sponiewierany, uderzył żonę. Jeden raz, drugi... Dagmara z sąsiedztwa opowiada, że często zdarzały się krzyki. Dzieci na ogół nie było w tym czasie, przebywały u matki Arianny. Ojciec czasem je odbierał i przyprowadzał do domu. W trakcie nieporozumień między małżonkami w obecności dzieci, słychać było płacz. Norbert odpowiedzialność za niszczenie rodziny zwalił na żonę, nie bardzo zastanawiając się nad rolą, jaką on tu odgrywa.

       W ostatnie miesiące letnie okazało się, że szef zwolnił Ariannę. Kobieta się załamała, ale nie zrezygnowała z drobnych radości... Wkrótce wyszło na jaw, że splajtował. Tak się złożyło, że przez pewien czas potem w piękne letnie dni można było spotkać pojedynczych mężczyzn, którzy szli na drugie piętro i po paru godzinach schodzili na parter. Ale był też jeden taki, który mógł zostać na noc. Plotek nie powinno się powtarzać. Ariannę znało kilku mężczyzn.

      Kiedy pani Machura, akurat będąc w domu, zapytała, dlaczego do niej przychodzą ci mężczyźni, usłyszała w odpowiedzi, że to są bezdomni i ona im pomaga. Machurowa, zaskoczona odpowiedzią, rzekła:

             – Oni nie wyglądają na bezdomnych.

Wtedy Arianna odparła:

           – A czy ja wyglądam na bezrobotną? A poza tym jestem chora i chcę mieć spokój. To zdanie zupełnie zdezorientowało panią Machurową.

             W Ariannie nadal działy się dziwne rzeczy. Walczyła z zespołem uczuć, które oszukiwały ją i czyniły świat pełen namiętności, a zarazem wciągały w taki, pełen pułapek, który jest skonstruowany z detali niszczących człowieka. Wciąż dążyła do zaspokajania niezbyt dokładnie określonych potrzeb, które zmuszały jej ciało do posłuszeństwa bodźcom. Miała w sobie radość motyla spijającego nektar                    z aksamitek i melancholię rozsiewaną przez chryzantemy.

             Sprawdzałem akurat poczynione notatki i kiedy czytałem napisaną w kilku zdaniach główną myśl dziejów zacnej kamienicy, nagle, co trwało jak mgnienie oka, przepłynął przeze mnie gwałtowny niepokój.

        Usłyszałem lekki jak puch szum i jęk. Po nim odezwał się stłumiony, płytki, o stępionych ostrzach chrzęst. Po sekundzie, dwóch, w oknach pojawiła się błyskawica, usłyszałem trzask, głuche uderzenie i kolejny jęk. Zgasło światło. Komputer został wyłączony. Zdziwiony i zaskoczony sytuacją przez kilka sekund nie ruszyłem się z miejsca. Jakby wszystko zamarło, a potem odezwały się głosy i warkot. Podszedłem do okna i przez otwarte okno zobaczyłem po przekątnej w odległości około sześciu metrów leżącego człowieka na chodniku, równolegle do jezdni, skąpo odzianego, i klęczącego przy nim mężczyznę, wykonującego sztuczne oddychanie usta-usta i naciskającego na klatkę piersiową. Nad moją głową zwisały do chodnika dwa zerwane grube przewody elektryczne. Najpierw człowiek upadł na przewody, które się zerwały, a potem spadł na chodnik. Ogarnęło mnie przerażenie. Rozejrzałem się wokół w szarościach kończącego się dnia. Kilka osób stało opodal, ale trzy z nich telefonowały z aparatów komórkowych. Na wszelki wypadek zadzwoniłem na pogotowie ratunkowe i do zakładu energetycznego. Oczywiście, oni już wiedzieli... Zapaliłem świecę wstawiając ją do słoika, aby nie powstało niebezpieczeństwo pożaru, wziąłem latarkę elektryczną i zszedłem na dół.

         To była kobieta w bluzce w kolorowe paski i w granatowej części dolnej bielizny. Ktoś akurat przykrywał ją płaszczem. Mężczyzna nadal wykonywał czynności ratunkowe, przy nim klęczała inna kobieta. Otwarty samochód                    z migającymi światłami stał obok na jezdni. Trwał ruch samochodowy. Po minucie nadjechała straż pożarna. Otoczyła miejsce wypadku taśmą biało-czerwoną. Teraz straż przejęła, aż do przyjazdu pogotowia, funkcję ratowania kobiety. Po kilku ruchach przestali wykonywać te czynności, bo strażacy ratownicy wiedzieli, że w ten sposób można w tej sytuacji jeszcze pogorszyć jej stan. Przecież ona mogła być połamana, rozbita wewnątrz, miała głęboko zranioną głowę...

        Na chodniku kałuża krwi. Strażak zasypał ją ceglanym pyłem i zmiótł, ale plama pozostała. Przybywało osób. Jeszcze nikt nie wiedział, kto to jest.

   Pewne było jedynie, że wyskoczyła z okna zna drugim piętrze, a może to było trzecie... . W przestrzeń wieczoru patrzyło otwarte na całą szerokość okno, taka czarna prostokątna otchłań.

           Po straży pożarnej przyjechał wóz naprawczy z energetyki. I dopiero po długiej chwili pogotowie ratunkowe. W międzyczasie nadjechała policja. Ratownicy a może i lekarz obejrzeli nieprzytomną i po wykonaniu pewnych czynności zabiegowych, wzięli na nosze i odjechali, ale nie na sygnale. Kobieta nie odzyskała przytomności. 

       Elektrycy zabezpieczyli przewody i zabrali się do ich naprawy: dołączyli do zerwanych odcinki nowych i zamocowali na izolatorach. Po godzinie było światło. Wróciłem do mieszkania. Włączyłem komputer. Został wyłączony                                o godzinie 17.38.19.  

      Nikt nie szlochał. Nie było rozpaczających. Każdy, kto był w tym miejscu chociaż przez chwilę, cząstkę tego przerażenia, współczucia i bólu zabrał ze sobą. Nie było komu tego przekazać.

      Pogotowie odjechało. Straż pożarna jeszcze długo razem z policją i prokuratorem badali miejsce wypadku i lustrowali mieszkanie, pytali i opisywali wypadek. Poszli do mieszkania kobiety, która wypadła z... piętra.

        Na podstawie rozmów z kilku osobami i z domu i z ulicy, powstał obraz, który zupełnie wypaczył to, co było wiadomo. Oczywiście, policja zadawała tylko pytania i nie udzielała żadnych informacji. Czy uda się ją uratować?

 Zygmunt Bojczyk, który posiadał ciotkę w Ligocie i w ostatnią niedzielę po południu przywiózł od niej meble kuchenne i pokojowe, już rozebrane na deski i płyty z przeznaczeniem na opał, ponieważ ciotka kilka dni temu zmarła, powiedział, że to Arianna... tego... że tak powiem.

Weszła na krzesło, potem na parapet. – Kto to jest Arianna? Aha... Wiem, spotkałem kilka razy na klatce schodowej.

      – Ta pani – skinął głową w stronę kobiety oddalonej od nas o kilka metrów – widziała jak Arianna siedząc na parapecie okna, telefonowała.

Może wzywała pomocy a może żegnała się z kimś. W każdym razie w pokoju było ciemno. Ale czy ktoś za nią stał? Jej mąż Norbert wyjechał za pracą do Poznania. Podobno tam właśnie obiecywano mu robotę na zimę. Już wie o wypadku i wraca, to potrwa z pięć godzin. Biedne dzieci... Kontynuował:

      – Norbert opowiadał, że ona wyszła kilka dni temu ze szpitala i tam też źle się czuła, a mimo to wypisali ją do domu. Żyła w napięciu psychicznym. Bojczyk się zamyślił:

      – Wciąż szokuje mnie kruchość ludzkiego istnienia. Bezbronna jak motyl... i nie potrafiła latać.

      Latarnie świeciły jak przedtem, tylko ta plama po wytartej krwi  zaświadczała o tym, co tu się zdarzyło. Przechodnie nic nie wiedzący o wypadku, przechodzili tędy, deptali to miejsce. Szli do swoich spraw.

       Na drugi dzień około południa, pod ścianą, dokładnie naprzeciw tej plamy, paliły się znicze i leżały wiązanki sztucznych i naturalnych kwiatów. A jednak nie udało się uratować motyla.

      Trwała sucha jesień. Policja i prokurator szukali przyczyny wypadku. Po trzech tygodniach wydano decyzję o pogrzebie. Wtedy można było zwłoki zmarłej spopielić i pochować. I jeszcze po pogrzebie ślad na chodniku nie zniknął. Dopiero po kilku deszczach, gdy znicze usunięto, rzeczywistość zmazała dowód tragedii. Pozostały obrazy z życia Arianny w pamięci bliskich i znajomych.

       Norbert jej mąż w rozmowie podkreślał, że dla niego ta tragedia nie jest do końca zrozumiała.

      – Żona zawsze zamykała drzwi zewnętrzne. Zawsze. Dlaczego więc te drzwi były otwarte, gdy policja po wypadku weszła do środka?

   Szczególnie, że w tym wielkim mieszkaniu w ogóle nikogo nie było, bo pani Machurowa przebywa u wnuczki. Czy oprócz żony był tam jeszcze ktoś i potem wyszedł?

        Zimny obserwator, który nie dopuszcza do siebie osobistych przeżyć, lub celowo spóźnia się z nimi, przesunięty względem nich o kąt obojętności, może pisać o tragedii chłodno i rzeczowo.  

W tym przypadku, gdy bierze się prawie bezpośredni udział w obserwacji zdarzenia, trudno wyciszyć uczucia, stłumić, zapominając, gdzie się mieszka. A więc nie może być suchej relacji. Zbyt mocno pobudzone zostały zmysły, uruchamiając pokłady psychiki, które budują grozę, konstruują w wyobraźni przebieg zdarzenia i każą się zastanawiać nad ludzkim losem. Bo życie ludzkie, gdy weźmie się pod uwagę czas i jego kosmiczną wielkość, podobne jest do życia motyla.

      Jest również tak, że w pewnym wieku posiada się sporo wewnętrznego spokoju i opanowania. Emocje udaje się przyhamować i świadomie nad nimi panować. Wtedy psychiczne tajfuny nie czynią zbyt wielkich szkód. Wtedy też łatwiej zrozumieć człowieka zdesperowanego, reagującego nawet na drobne negatywne i pozytywne impulsy. Zdarza się, że udaje się wykorzystać doświadczenie takich osób. Ale czy da się uporządkować zdewastowaną psychikę do końca? Jeszcze do niedawna potępiano takiego człowieka albo robiono z wypadku sensację, dziś zastanawiamy się, dlaczego nie pomogliśmy tej sobie, gdzie popełniliśmy błąd?

        Pół życia miasta w jednym domu, a ile domów liczy miasto? I gdzie te ludzkie losy się podziały? Tyle przygód, radości, rozterek, dramatów i nikogo to ani nie ziębi, ani nie parzy. Taka zaniedbana głębia. Ani srebra głosu, ani złota słów. Może fuga, niech będzie to etiuda... w bezimienny odlot bez warunków wstępnych, w czas bez granic. Z emanacji życia do jedności w duchu.


Dom bliski... Marianny i Roberta 1956

 

 

 

 

Dom bliski...

piątek, 18 września 2026

 

 


 

Piękna pokerzystka

 

Każdy ma swój szczyt możliwości

Videtta jest hazardzistką z talentem

I potrafi pokonać szulera z tupetem

Porusza się jak skoczek narciarski

A kiedy trzeba jest namiętnością

 

Zanim przystąpi do gry

Oddziela zamiar od talentu

Zadba o wizerunek zewnętrzny

Nałoży na twarz 

Demobilizujący makijaż

Ubierze na siebie rzeczy które

Podkreślają jej powab i wdzięk

 

Ukryje spryt i odwróci

Uwagę przeciwnika 

Pamięta że kobieta jest stworzona 

Do kart – zaufa instynktowi

Rzuci wyzwanie całą sobą  

 

Będzie emanować pewnością siebie

I demonstrować bogactwo min

Uczyni niezbędne zamieszanie

W obiorze taktyki w praktyce

Ostrożnie wyjdzie z serwisem

 

Będzie filmować reakcje na ruchy kart

Zapamięta grę rąk przeciwnika

Poudaje silne lub słabe ręce

Zaskoczy i zada cios

Rozwaga i psychologia gry

A nie oszustwo złamią gracza

 

Ona zdobędzie całą pulę

Stołu – górę żetonów

Droga do góry żetonów




Droga do góry żetonów

poniedziałek, 14 września 2026

 

„Dziewczyna z dzbanem” Zbigniewa Januszewskiego

Oryginał w Parku Śląskim, 2007 r. Fot. E. R.

 

Czerwiec 2007 w Parku Śląski z Danusią i Sławkiem  Przybyłowskimi…

                                                           💁

  „Dziewczyna z dzbanem” Zbigniewa Januszewskiego – rzeźba ufundowana przez browar tyski w 2006 r, skradziona przed 14.04.2016 r.

Chciwość złodziei rozgniewała odwiedzających Park Śląski w Chorzowie. Prawdopodobnie rzeźba została sprzedana w punkcie skupu złomu.

Piękne dzieło rzeźbiarza podobało się zwiedzającym i chętnie wykonywali zdjęcia. Było główną częścią fontanny przy promenadzie J. Ziętka, naprzeciw dużego stawu i po drugiej stronie kręgu tanecznego.

W czerwcu 2007 r, gdy spotkaliśmy się z Danutą i Sławomirem Przybyłowskimi w Parku, rzeźba jeszcze nas witała…

  Przed 2018 r na zlecenie rzeźbiarza dzieła wykonano replikę i ustawiono w Debrznie na Pomorzu, odległym od Człuchowa około 20 km. Gdy skradziono oryginał w Chorzowie, w 2020 r na podstawie tej kopii z Debrzna wykonano trzecią kopię pięknej rzeźby i ustawiono na pierwotnym miejscu w Parku Śląskim w Chorzowie.

        Zbigniew Januszewski z Człuchowa to znany i bardzo ceniony artysta rzeźbiarz i malarz. Zmarł w czwartek 1.03.2018 r, miał 68 lat.

 

Dziewczyna z dzbanem

 Odwiedzający park uśmiechem witali

odważną pannę i podziwiali dzieło rzeźbiarza.

Czasem opowiadali jej swoje historie,

grali w szachy na kamiennych stolikach,

utrwalali „Dziewczynę z dzbanem” na zdjęciach,

zapraszali do swych albumów,

zostawiali w pamięci komputera

i zapominali... a ona na ich głowy

wylewała wodę z dzbana.

 

Do pewnego mężczyzny piękna panna

mówiła: Jesteś dla mnie ważny, kochany.

Skromnie spuszczała wzrok i czekała

na jego słowa. A może to tylko parkowe echo.

Człowiek, którego kochała został tam...

 

Przeszłość spacerowała alejkami

 i promenadą, oglądała mecze

na Stadionie Śląskim,

siadała z „Dziewczyną...”

przy kawiarnianym stoliku, 

tańczyły wspomnienia na dużym kręgu.

Pływała też kajakami z chłopcami i dziewczętami.

Pluskały wiosła, woda spryskiwała błękit nieba.

I sunie nadal kolejka linowa

i ZOO ma głos w swoich sprawach.

 

Gdy park spał zjawiały się złudzenia –

„Dziewczyna...” wsiadała do kolejki linowej

i mówiła: Jedźmy.

Odwiedzała Planetarium,

patrzyła w głąb kosmicznego chaosu

szukając drugiej Ziemi

a potem wsiadała do wielkiej karuzeli,

i świat jej wirował…

 

Mogło zatem i tak się zdarzyć:

W jedną z nocy złodzieje nie zastali pięknej panny

w fontannie i przerazili się, że już ją uprowadzili,

nie rozumiejąc jak to się stało...

Chciwość stała na czatach


i stało się – rzeźbę skradziono.

Nie odnaleziono jedynaczki.

Odwiedzający wylewali suche łzy.

Poetycka misja artysty zamieniła się w gniew.

 

Wcześniej zadziałała intuicja rzeźbiarza, 

wykonał kopię chorzowskiej panny z dzbanem  

i umieścił w Debrznie.

Mieszkańcy miasteczka z dumą podziwiali

córkę pięknej mamy, a gdy matka zaginęła

z Debrzna do Parku Śląskiego w Chorzowie

przyjechała jej kopia - wnuczka i zamieszkała

w tym samym miejscu co babcia

i tak ma już być i być…

  

Może być zdjęciem przedstawiającym pomnik

Źródło: Internet



Źródło: Internet

środa, 9 września 2026

 

                                             To nie AI wykreowała takiego Honore de B.

                                         Może byłby nim, gdyby nie broda,                                                                                             zadarty nos i ten kapelusz. „Komedia ludzka” ...


                    Dostęp do morza

1

Rodzą się coraz to nowe dążenia,          

szalone orkiestry grają w szachy –

rozpycha się wirtualna rzeczywistość.

Przegrzewa matematyczne treści.

Pali się zapał i sztuczne ognie.

Tańczy krzem z germanem,

przyprawiony metalami ziem rzadkich.

Uczeń już nie zobaczy rosłego tranzystora

i tyrystora, ani diody i ich pomocników –

rezystorów z kondensatorami…

 

W skondensowanym świecie to zbiór duchów.

Są jak mikroby, tworzą swoją przestrzeń,

szybsze niż surferski łyżwiarz z latawcem.

Dobrze im służy ludzki umysł.

Sztuczna przyszłość – sekwojowa baza

w masowej pamięci, nie musi się promować

 – to nic takiego, to już sztuczna inteligencja.

Nie urodziła się sama z siebie, powstała

ze źródła mądrości programistów.

 

Chce służyć człowiekowi i go przedrzeźnia.

Tu rozwiąże problem, w rajskim ogrodzie

wpuści człowieka w maliny,

rozbierze do kąpieli…

Jeszcze nie jest zadufana w sobie.

Nikt nie wie, co się dzieje w niej w środku.

2

 

Niezależni oglądacze koszą patotreści,

inni uzależniają się od obrazków

i czują się jak pokrzywy w pokrzywach. 

Młodość łakomie korzysta z dostępu

do morza danych

a AI się odwzajemnia.

Brodzi pośród chwastów, karmi się 

słowami i obrazami, nie obce są jej dźwięki.


Młodość nie zawsze biegnie 

do swojej przyszłości.

Nauczyciel jest wskazówką i hamulcem

przed kolizją. Uśmiecha się i myśli:

jeszcze dzisiaj i jutro

będziesz tak biegł za swoim szczęściem

i przestaniesz się gubić a florysta

wręczy ci bukiet frezji.

Rząd I od góry: Kolejno 2 prostowniki

selenowe; II: rezystory; III: 2 potencjometry,

i 2 kondensatorki, IV: tranzystory, 

V: dioda, dioda, przekaźnik magnetyczny,

2 tyrystory.









 

 

i ten kapelusz. „Komedia ludzka” ...