wtorek, 20 października 2026

 

Kwiaty dyni też jadane | Moja Toskania

 

 

Jesień pomarańczowa

 

Ziarno dyni przekazane ziemi,

Wysyła na wiosenny świat

Pomarańczowe i żółte dzwonki –

kwiaty pełne słońca.

 

Czekać na owoc czy zjeść kwiaty?

 

Gdzie rosną polskie pomarańcze?

Znajduję w ogrodzie botanicznym.

 

Ach, już atrakcyjna jesień...

Taka krajowa potęga. Różowieje,

Pomarańcze na myśl przywodzi –

pod koniec lata wyrosła urodna dynia,

głowa przy głowie na ziemi czeka.

Taka smakowita jesienna ozdoba –

pole dorodnych globusów.

 

Jeszcze chłonie ciepło niektórych

Słonecznych dni września,

Nie narzeka na zimne noce.

Dynia nie tęskni do lata.

Ma wewnętrzną miękkość

I pełnię włóknistych szlaków,

I ziaren w ciemnym wnętrzu.

 

Nie obawia się mgieł,

Ma twardą i gładką skorupę,

Wydaje się pełną złota. 

   

Może leżeć w mieszkaniu i słuchać

Opowieści a potem na finał

Wybałuszać oczy w Halloween   

 – dynia na głowie

Ciarek mrowie.

Tykwą grzechotanie,

I wesołe granie.

 

 

 

  

 

 

poniedziałek, 5 października 2026

 

                                                              Wilga na gnieździe

Ptasi chór

Ten świergot i trele i terkot, klangor

I plegot, ten gwizd i bulgot na winie,

To taniec nasz, taniec na cienkiej linie.

 

Lecz jest też w nas taki świat, w którym

śpiewa wielki, nie tylko ptasi chór, wcale nie

kakofoniczny, lecz harmonijnie uporządkowany,

występują soliści i cały nieboskłon jest śpiewem

z perkusją a gwiazdy tańczą poloneza.

 

Ćwierkają wróble, gwiżdżą muzom gile

i kosy im wtórują. Słychać piękne, fletowe gwizdy

i szorstkie zawołania wilgi.

Drozd śpiewa melodyjne piosenki z powtarzanymi frazami.

A prześwistuje kulik, zimową porą dołącza

do chóru i skwierczy jemiołuszka.

 

Skrzeczy sroka i żołna, plegocze-trajkoce kawka.

A kwiczoł piska i trzeszczy „czak czak czak”…,

kwili jastrząb i sokół, wypatrują spłoszonego obiadu.

 

Drży zmrok i budzi się ranek, gdy słowik lamentuje i kląska,

i dzwoni jak sanie z napędem konnym.

 

W górze słychać klangor żurawi lecących

na zimowiska: dzwonią, trąbią, krzyczą

„grru-grru" któż jeszcze z nami zaczeka do wiosny…

 

Wznosi się wysoko i przepióruje i dziędzieje

skowronek. Kuropatwa… ukryta w łanach zboża

cięgoce, oznajmia, ostrzega,

a głuszec, ten to wyprawia:

klapie, treluje, korkuje, szlifuje i klekce.

Cietrzew… bełkocze, bulgoce, czuszyka.

 

Gołąb się nie smuci – grucha, synogarlica gorli,

derkacz gra, las się śmieje.

Szyja pałąkiem się staje, gdy klekocze bocian. 

Strzyka chruściel, przepiórka cmoka „pit pi-lit…

Chrapie, poświstuje słonka, psycha czyż,

ksyka drop – tak mało nas, czyżby niż?

 

A gęga gęś, ksyka gąsior – nie udaje dropa,

huka sowa, skoli puszczyk i krzyczy struś,

pewnie dyrektor.

Wrzeszczy paw opozycjonista,

kuka kukułka – bawi się w chowanego.

Paszkot terkocze, a królowa łąk czajka ma

głos dwusylabowo- nosowy i kwili –

to piskliwe wołanie „chi-wit chi- wit”...

 

Mewa. Mewa krzyczy, jej krewna śmieszka

głośno się śmieje.

Dzięcioły wśród drzew: zielony chichoce,

Czarny woła głośno „kjur-kjur-kjur”

i „krry-krry-krry”!

Lecz dzięcioł przede wszystkim

jest młotem pneumatycznym

i stuka i drąży otwory, że cichnie

szyderczy śmiech wiatru.

 

Kraczą kruk i wrona „kraa kraa kraa”…,

gdacze kura, kwacze kaczka,

kogut kury pieje „kukurykuuuu”!

i kogut bażanta pieje...

 

Bo jest w wyobraźni takie miejsce   

dla wielkiego chóru –

cudowne takie...

 

Zza krzewu kwitnącej magnolii wychodzi

AI1)’ka i treluje i kląska:

- Jakie to prześwietne, że tylu braci mniejszych

nauczyłam mowy i pięknego śpiewu.

Powinnam zostać papieżem albo dostać Nobla.

 

1)Artificial (sztuczna/sztuczny) …


Drozd obrożny

wiosna 2026









 


środa, 30 września 2026

 


2

Str. 7

Nad Łomnem

 Na Pojezierzu Gnieźnieńskim lato zwykle bywa zbyt suche, by narzekać na nadmiar wody. Były jednak lata w historii tej ziemi, że między Gnieznem a Trzemesznem istniały potężne bagna, które utrudniały kontakt między ówczesnymi siedzibami. Na przestrzeni wieków wyschło dziesiątki jezior, ale dzięki wciąż dużej liczbie polodowcowych zbiorników wodnych nie odczuwało się zbytnio nadmiaru suszy, a gdy nadeszła pora deszczy, rolnicy mieli nadzieje na lepsze plony.

            Nad Łomnem lato ma swój specjalny urok i klimat i jakby się pojawiało tylko dlatego, aby sprawić przyjemność Małgorzacie i obudzić w niej drzemiące piękno, jak mówił Przemysław. Ta pora roku jest powtarzalna i jest ozdobą codzienności, chociaż jej piękno jest kapryśne. Ma ramiona wypełnione słońcem, a jego przerywnikami są burze, które dawniej na polnych drogach pozostawiały po sobie liczne kałuże, czasem też woda zalewała łąki wokół jeziora i zmartwione czajki krążyły nad rozlewiskami płacząc i skarżąc się na niesprawiedliwość natury.

            Dla dzieci to była podeszczowa atrakcja. Gdy tylko promienie słońca zaczęły zaglądać w ich oczy przez szyby wiejskich chałup wybiegały z domów na polną drogę, by nurzać dziecięce stopy w deszczowej wodzie i z piskiem biegać pryskając jedno na drugie. Po krótkiej zabawie wszystkie były mokre, chociaż nie zmokły w czasie deszczu.

            Tak też było i tym razem. Tego lipcowego wieczoru po krwawym zachodzie słońca spodziewano się pogodnego następnego dnia. Tymczasem nastąpiła awaria układu elektronicznego sterowania w naturze i przewidywania się nie sprawdziły. Na drugie dzień od zachodu pojawiła się burza wewnątrz masowa.  Było już głębokie popołudnie, gdy niebo zaczęło sinieć, posmutniało, a powietrze zrobiło się duszne z powodu zalegania mas ciepła, które stopniowo unosiło się pod niebo i gromadziło wilgoć, ładunki elektryczne zaczęły skakać jak oszalałe i zbroić armaty. Skondensowana para czekała na sygnał. Powstał cumulonimbus, w drobiny wilgoci rzucony został zaczyn i rozpoczęła się burza - błyskawice i grzmot, ulewa i ucieczki chłopstwa z pól. Szczęśliwie bez szkód. Tylko w jednej kopie siana doszło do gorszącej sytuacji, bo Felek z Irką się kochali, a kiedy niedaleko gruchnął piorun, oni się przestraszyli i musieli wracać do domu... ona przodem, a on tyłem, a po chwili odwrotnie. Felek Irce wypominał: – Jak byś mnie posłuchała, to teraz byśmy szli do domu gęsiego, ale ty chciałaś postawić na swoim i teraz co...

            Po godzinie burza powędrowała gdzieś za Mogilno, na zachodzie niebo się wypogodziło, nad Łomnem pojawiła się piękna tęcza, która jedną stroną zanurzyła się w jeziorze, a drugie ramię sięgało do Trzemeszna, być może, jak mówili obserwatorzy, tęcza piła wodę również z jeziora Popielewskiego. Zakochani nie zwracali uwagi na zjawisko, mieli ważniejszą sprawę na głowie, ale ochłonęli z emocji i ich stan "burzowy" wrócił do normy, mogli pokazać się ludziom.

            Helena Parlińska miała dobry nastrój i do syna Aleksa powiedziała: – No zobacz, co ona wyprawia, ta tęcza, wypije nam całe jezioro i gdzie będziesz poił krowy? Aleks się uśmiechnął i nic nie powiedział, ale po chwili poszedł nad jezioro, popatrzeć, czy deszcz nie zalał łąki. Gdy tęcza się rozpłynęła i wrócił do domu, rzekł do mamy: Wody nie ubyło, a nawet jest więcej...  Ona nie wypiła nawet tego, co napadało.

            W niedzielę, gdy Aleksander przypędził krowy do domu z łąki nad Łomnem, przywiązał je w oborze do wyznaczonych stanowisk, ale wcześniej, gdy one spacerowały po podwórku i zostawiały placki dla gospodarzy, żeby mieli robotę, naniósł słomy do obory, rozścielił, by krowy stały na suchej słomie i się nie brudziły, umył się zjadł kolację, włączył radio na baterię ciężką jak jasny gwint - żarzenie lamp zasilane z akumulatora, i słuchał muzyki. Śpiewała Marta Mirska, to była piosenka „Pierwszy siwy włos”, i popatrzył na rodziców, czy mają siwe włosy. Ani Władysława ani Władysław nie posiadali jeszcze takiej własności, nawet pierwszego siwego włosa. Aleksander gdzieś w głębi serca się ucieszył, i może z tej radości zapytał ojca: – Jak miał na imię ojciec mojego drugiego dziadka Adama, pamiętasz, tata?

            Tata poczuł się doceniony. – No jasne, czemu nie miałbym pamiętać, Przemysław.

            – A jak miał na imię ojciec Przemysława?

            – Bronisław... Też pamiętam inne imiona, z kroniki rodzinnej, jest na strychu, trzeba się tedy zastanowić... Jest tam Strzeżysław, a jego ojciec miał na imię Twardosław, a jego ojciec miał na imię Zdziegrod, a Zdziegrod miał ojca Wielisława, a Wielisław miał ojca Sambora, a Sambor miał ojca Dalmierza, a Dalmierz miał ojca Gościrada, a on miał ojca Radomira, a Radomir miał ojca Bożywoja, a on miał ojca Boguchwała, a on miał ojca Drogodara, a Drogodar słuchał ojca Cichosza, a on Gromisz  Małosza, a Małosz Lubiesza, a on miał ojca golibrodę, a ten miał ojca stajennego, a stajenny powołał na świat rymarza, a rymarz miał ojca myśliwego z łukiem, i był pachołkiem u nieznanego króla Izydora I, który występował pod pseudonimem, a Izydor miał nieprawego syna halabardnika, a halabardnik pochodził ze straży bocznej króla, i za bohaterstwo w obronie władcy otrzymał dwa łany ziemi na własność... miał syna Bogusława, on miał syna Józefa, a Józef Fabiana i to był twój dziadek z mojej strony, to wiesz i nie przejmuj się ostatnim cesarzem Rzymu. Trochę fantazji nie zaszkodzi, chociaż mówią, że pewien Domicjan był ostatnim  cesarzem zachodu i miał syna Latona, a on miał syna jako ostatniego faraona... gdzie tam faraon... – Władysław zamilkł. – Już chciałem ci przerwać – odezwał się Aleksander. – Mam nadzieję, że kilku pradziadków jest prawdziwych. Tych słowiańskich, prawda?

            – Na pewno. Nikt tak daleko wstecz nie sięga. Tylko nasza kronika i wyobraźnia. Co nie znaczy, że nie chciałbym znać imion naszych wszystkich przodków

            – A matki? Co z matkami? – mama Władysława poczuła się pominięta i dodała. – Może to tylko mężczyźni rodzili, co? Nie jestem feministką, ale mam tu coś do powiedzenia. I powiem... Ja też czytałem tę kronikę. Wypadałoby powiedzieć, że to byli dziadkowie z mojej strony, a potem taty, a tata powinien coś wyjaśnić, ale na tym nam nie zależy, nieprawda? Zawołaj Mieczysława, niech i on posłucha   zwróciła się do Aleksandra.

            – Mieczek poszedł do Małgorzaty, pewnie ma randkę, a powiedział, że po książkę. A wczoraj chciał się umówić z Bronisławą, ale ona nie chciała.

            – Oj... podsłuchujesz?

            – Wcale nie, on mnie do niej posłał...

            – No to trudno. Nie będę tak daleko sięgać.

Jak pamiętam, to nasza pra-pra... miała na imię Złotosława i pochodziła z wolnych chłopów. Ale chyba nie zupełnie, bo szlachcic zatrudniał rodzinę, nie za darmo, ale trudno było sobie poradzić z robotą w majątku. Jej córką była Wiścisława, a Wiścisława miała sześcioro dzieci, a jej córka Kunegunda miała córkę Małgorzatę, a Małgorzata zakochała się w Eustachym i mieli córkę Witosławę, potem była Zdzisława, a dalej Tertulia, uśmiechnięta Prakseda, egzotyczna Gordana, piękna Bibiana, zaskakująca Anuncjata, bliska Maria, szlachetna Magdalena, kochająca kwiaty Zofia i ja... Teraz sobie dopasuj, która z babć była żoną którego dziadka. Masz robotę na dwa dni.

            – Te imiona są fantastyczne – rzekł Aleksander. Jak już się zorientowałem, spotkamy się jeszcze z setką innych i one nas zadziwią, nieprawda?

            – Prawda – przytaknął ojciec, a matka dodała: – Na dzisiaj wystarczy.

            – Poczułem się jak na lekcji literatury średniowiecza. Profesor Wacław Derdzikowski i profesor Bolesław Pękala mówili nam o czasach sprzed chrześcijaństwa, o twórczości przekazywanej ustnie w pieśniach, a potem na piśmie po łacinie, utwory pisane ręcznie, aż do pierwszego utworu świeckiego, to mnie najbardziej zainteresowało...

            – I co? Przeczytał wam ten utwór pan profesor? – zaciekawiła się matka. – Nie mówiłeś o tym.

         – Nie mówiłem... ale pamiętam, to był XIV-XV wiek i nadawano mężczyznom imiona takie, jak Chocimir, Będzimir albo Nawoj, mam to zapisane... Krzesław, Świecław i Przecław Słota z Gosławic, który był szlachcicem herbu Jelita z ziemi łęczyckiej, podstarości poznański i nigdy się nie dowiedział, że napisał pierwszy świecki utwór literacki, wiersz O chlebowym stole, określonym jako tekst o Zachowaniu się przy stole. Nikt nic z tego nie rozumiał i zapoznaliśmy się tylko pewnie z połową utworu, bo nie starczyło czasu, profesor musiał nam dużo wyjaśniać. W każdym razie to jest fajne bo dziewczyny i chłopaki w różnych sytuacjach nawzajem pouczają się żartobliwie i złośliwie: Nie bierz do ust całej bułki, nie wypluwaj pestek na chodnik, nie mów jak masz w ustach kromkę chleba, ale się obżerasz, siedź na dupie, jak jesz, umyj palce przed jedzeniem, wycieraj usta, ale nie w obrus, baw koleżankę, co się gapisz, podaj jej to piękne jabłko, a ty weź to robaczywe...  Burgrabia byłby zadowolony jakby nas słyszał, no nie. Zaraz wam powiem kiedy on żył... Aleksander zagląda do zeszytu:  urodzony około 1375, zmarł w. 1419). Oczywiście, czytam: Kopię sporządzono w 1415, utwór liczy 114 wersów, a w nim połowa to ośmiozgłoskowce. To tematyka dotycząca dworu a nie nas, ale wtedy tylko szlachta miała głos. Trudno to tak zwyczajnie odrzucić. Już wówczas oddziaływał na nas Zachód i tak już zostało. Kultura biesiadna i dzisiaj jest aktualna, ale ludowa to zupełnie inna materia... Jak my z chłopakami urządzimy ognisko, to możemy się pośmiać...

        – Nigdy żeś się przed nami tak nie przedstawiał – podsumował ojciec. Przynajmniej wiemy czego cię w tej szkole uczą. Ale czy to jest potrzebne? Ty masz się zmieścić w dzisiejszych czasach.

          – Na pewno się zmieszczę. Musiałem w domu przeczytać i przeczytałem. Starożytny poeta Horacy napisał: Nie wszystek umrę, a sentencja łacińska mówi:

Verba volant, scripta manent - słowa ulatują, pismo pozostaje.

 Teraz czekam aż poeta satyryk Marian Załucki napisze:

Poetycznieje coraz bardziej Rzeczpospolita

Już więcej ludzi wiersze pisze aniżeli czyta

            – Nas do tego nie mieszaj, my nie tacy – zażartował ojciec. – Synu, czy to jesteś jeszcze ty... Wygląda na to, że chciałbyś być ptakiem, który jest tu, a za chwilę tam... Bo jak powiadasz, chcemy być wszędzie, lecz najczęściej nigdzie nas nie ma, oprócz tego tu skrawka ziemi. Powiem więcej... Teraz jesteś z nami, a za moment jesteś w starożytnym Egipcie... To odwieczne marzenie ludzkości, znamy je, bo ono budzi się w wielu z nas, tylko jest ogromnie odległe, zapewne sięga nieskończoności. Ma kosmiczne wymiary, a mimo to sięgamy po nie i próbujemy manipulować...

       – Tato, dopóki będziemy istnieć, to na pewno ludzkość będzie miała wciąż nowe pragnienia i ideały, zamiary dokonania czegoś na miarę epoki i bardzo wiele się jej nie uda zrealizować, ale ja tak lubię...

      - My też...       

                                                                                                                  2024 



            – My z mamą też...