Człowiek, który potrafi
Kochajmy człowieka. Naprawdę kochajmy. Nic innego nie jest warte zachodu słońca.
Manszet
znalazł inną drogę poszukiwania kamienia życia, wiedząc, że miłość nie rodzi
się na kamieniu, ale może się roztrzaskać na diamencie.
Pewnego
wieczoru postanowił nikomu nie przeszkadzać, nie narzucać się i poszedł do
pewnego miejsca, gdzie można nalewać i wylewać.
Tak postępował od lat, jednak tym razem miało być
inaczej.
"...wszędzie być nie otwierając drzwi” – marzył.
Zjawiać się nagle, niespodziewanie, nie proszony, ale też niewidoczny, gdyby
się udało... a ponieważ po pewnym czasie wysiadywania wydawało mu się, że jest
blisko urzeczywistnienia genialnego projektu, żeby posiąść, jak uważał tego
wieczoru, dar przenikania przez szparę i wnikania w sedno problemu przez ścianę,
chociaż był już w wieku dojrzałym, nie był więc oseskiem ani osłem i rozum
rozwinął mu się w piękny kwiat więcej niż kalafiorowy, czuł, że zbliża się
ważny moment w jego życiu. Będzie mógł czynić dobro,
owijając je w niespodzianki i
zaskoczenia. Pojawiając się tu, czy tam, będzie mógł stawać w środku sprawy - był tego
pewien - i nie wtrącając się słowem, czy gestem swoich ludzkich członków,
będzie wpływał na bieg wydarzeń. Mógłby... chciałby, będzie mógł.
Tej
niesamowitej zdolności Manszet był pewien i potwierdził jej odkrycie, gdy
wrócił do wulcowni przy ulicy Stabika 5/7 późno w nocy i zastał drzwi do pokoju zamknięte od
wewnątrz. Jego koledzy już spali i to tak mocno, że tylko wysadzenie drzwi w
powietrze mogłoby je otworzyć, a nie jakiekolwiek walenie w nie i majstrowanie
kluczem w zamkowej dziurce od klucza. Zaczął prawidłowo, bo od wezwania
portiera, tak na wszelki wypadek. Ten jednak popatrzył w zatkaną dziurkę, zapukał w
podrapane deski, wzruszył ramionami i odszedł. Po drugiej stronie tkwił klucz w
zamku.
Wtedy
Manszet Płynny, jak siebie nazywał, zupełnie spokojnie palcem wypchnął tamten
otwieracz na drugą stronę do pokoju i wpychając palec coraz głębiej, zauważył,
że przeszedł mu nie tylko palec, ale wnet w pokoju była cała ręka. Mimo
trafnych przewidywań, zdumiony swoimi możliwościami, nie zatrzymywał się w
przesączaniu przez dziurkę od klucza, płynął dalej na drugą stronę. Cały czas
jego świadomość była przyhamowana, jakby nie umiał sobie w pełni zdawać sprawy
z tego, co się dzieje, jaki proces zachodzi w nim, zapomniał nawet, że o tym
myślał, gdy raczył się czystą z czerwoną kartką a potem sięgnął po złocisty
napój, że jego ciało staje się masą plastyczną, następnie półpłynną,
rozciągliwą, mogącą wystąpić w postaci na przykład niesamowicie długiego szpagatu, jeśli by taki był
potrzebny.
Wadą tego
procesu wchodzenia do izby mieszkalnej w domu górnika była konieczność przylegania
do drzwi przez dłuższy czas, co wymagało cierpliwości i szczęścia, żeby nikt
nie zobaczył tego dziwactwa, bo na przykład, gdyby ktoś przechodził obok... Co
by się wtedy działo. Z tego Manszet nie był zadowolony. Właśnie portier Maciej
Kolec przyszedł z zapasowym kluczem i nie domyślając się niczego, powiedział,
aby Manszet Płynny spróbował tym... Zauważył tylko: - Coś pon tak przywar do
tych drzwiyrzy, jakbyś się pon przykleił. Ale nie zawracał sobie gitary takim
głupstwem, mianowicie, że Manszet prawie w połowie jest już po tamtej stronie,
a zaraz potem przeszedł już ponad połowę i właśnie miał zabrać się do procesu
przeciskania głowy.
Zatem
przesączanie nie ustawało. Z pewną trwogą Manszet myślał, co będzie, gdy
nastąpi przepływ głowy. Świadomość raz mu się świeciła jasnym blaskiem a raz
stawała ciemną plamą. W następnej chwili zdał sobie po części sprawę z tego, że
zjawiska transportacji nie da się zatrzymać. Czynna część świadomości zaczęła
go jednak straszyć różnymi konsekwencjami i skutkami... Próbował z tego powodu
przyspieszyć zachodzenie zjawiska. Mógł tylko pozytywnie o nim myśleć, nic
innego nie dało się zrobić.
Miał z tym kłopot ale się starał. Płynął z dużą
prędkością, aż słychać było szum, mimo to proces musiał trwać dłuższą chwilę.
„Chyba nie do rana” - myślał. Gdy był po drugiej stronie i wystawały mu na
korytarz nogi i kwał tyłka, usłyszał kroki, a potem ktoś się odezwał:
- Co ty robisz? Dlaczego zrobiłeś dziurę w drzwiach? - zapytał nieznajomy,
nocny delikwent.
Manszet odparł głośno z wnętrza: - Wchodzę do
pokoju.
Wtedy nieznany z nazwiska mieszkaniec wulcowni
zauważył, że dzieje się tu coś dziwnego,
mianowicie on widzi tylko pół człowieka, a drzwi są całe. Zaryczał niby
kastrowany lew i pobiegł na portiernię. Portier Kolec, który zdążył już zasnąć
na kozetce, spadł z niej przestraszony rykiem króla zwierząt. - Panie Macieju!
Widziałem tylko pół człowieka! Niech pan szybko przyjdzie! - wołał przerażony
maruder.
-
Pieronie, co tak wrzeszczysz. Przez ciebie spodł żech z kanapy.
- Panie,
tam stoi pół człowieka!
- Kaj,
tam? - pytał Kolec.- Chyba ci się we łbie zaćmiło.
- Kaj
mieszko Manszet, widziałem jak babcię drypcię.
- To on
jeszcze stoi pod tymi drzwiami? Przeca dołech mu klucz. Dej mi pokój, ida se
legnąć. Nie poznajesz Manszeta Płynnego?
- To on? To
go zamordowali, bo jest go tylko połowa.
- Chopie,
za dużo gorzoły wyduldołeś, że widzis tylko połowe... Albo za mało, bo
powinieneś widzieć podwójnie - próbował żartować Kolec.
W końcu
jednak Maciej Kolec wciągnął na siebie galoty i jakla i poszoł z nieznajomym z imienia mieszkańcem
wulcowni, czyli gorolem, żeby stwierdzić naocznie, co się dzieje przy tych
drzwiach, za którymi mieszkają sztygarzy zmianowi.
Zanim
doszli Manszet zdołał się przecisnąć do pokoju cały i zdrowy, w pełni świadomy i zdziwiony jakby
zobaczył Adama i Ewę.
Osiągnął cudowny sukces. Nie do wiary! Udało mu się, co może
zrewolucjonizować... Nie umiał myśleć. Zbyt fantastyczne.
- No i co?
Kaj jest te pół chopa, o którym była godka? - zapytał portier już na miejscu.
- To
niemożliwe, nie jestem pijany, widziałem przy tych drzwiach dupę na nogach,
mogę przysiąc.
Portier Maciej Kolec zaśmiał się: - Som jesteś rzić
bez gowy. Idź się wyspać... Maciej Kolec wszystkim mówił przez „ty”, bo miał
tyle lat, że uważał, że mu się to należy i nikt nie miał o takie głupstwo do
niego pretensji. Nieznajomy z imienia i nazwiska oddalił się krokiem marszowym,
cały niepocieszony i szemrzący na cały świat. Portier Maciej Kolec z
zadowoleniem położył się na swój wysłużony prykol. Zdziwiony, że ludzie mają
takie zwidy, że coś widzą czego nie ma. Jemu się jeszcze to nie zdarzyło.
Manszet
tymczasem rozebrał się bezszelestnie, odsunął pościel na łóżku i starał się
ułożyć tak, żeby nie zaskrzypiało metalowe łóżko z siatką sprężynową.
Mimo wysiłku w tym kierunku, łóżko jakby na złość,
wydzierało się, że na korytarzu było słychać. Koledzy jednak spali jak zabici i
Manszet Płynny mógł nabrać porządnie powietrza do płuc i wypuścić, aż mu się
zrobiło lżej.
Zaczął
się zastanawiać nad tym, co się właściwie stało i czy w ogóle coś się stało? No tak, pamięta
przecież każdy szczegół. Uszczypnął się chcąc sprawdzić czy nie śni, albo co...
Nie chciało mu się spać. Targały nim różne uczucia, ze strachem i złością włącznie.
„Stan ducha mam do niczego” - myślał. Okno pokoju znajdowało się po stronie
wschodniej, w kierunku wielkiej, księżycowej hałdy, usypanej a właściwie ulanej
przez hutników huty o imieniu znanego z podręczników bohatera narodowego, który
na Krakowskim Rynku przysięgę składał. Wpatrzony w sufit widział jak ledwo
widoczne cienie i słabe blaski czerwonego światła kładą się wzdłuż i w poprzek
białego stropu, malując fantastyczne stwory, ganiające za sobą, harcujące i
jakby zeskakujące z wysokości na podłogę. Właśnie wjechała na szczyt kolejka ze
szlaką, której lokomotywka przestała sapać i dyszeć. Odezwały się stuki,
pierdnięcia i nagle niebo pokryło się pomarańczową łuną. Słychać było szum
wylewanej lawy na zbocze hałdy, jakby wulkan został zraniony i polała się jego
gęsta krew. Część łuny, nie lawy, wlała się do pokoju rozjaśniając go na pół
czerwono, malując wszystkie sprzęty w kolorze brudnej pomarańczy. Manszet
pomyślał, że taka jest też jego wyobraźnia. „Na pewno wszystko, co mi się
rzekomo przytrafiło, było jej dziełem”. To pragnienie, żeby tak się stało,
oddaliło się. Jednak nie mógł zasnąć. „A może to wszystko prawda... I jutro będę potrafił
wyjść z tego pokoju nie otwierając drzwi. Dobrze by było, tylko za długo trwa
ta czynność wchodzenia, i wychodzenia na pewno też. Gdybym mógł przesączać się
przez dziurkę od klucza lub przez inną szparę, z prędkością wdmuchiwanego dymu z papierosa,
wdmuchiwanego, o, to moja przypadłość byłaby przydatna. Na razie mogę tylko wywoływać
sensację albo strach. Może większą będę miał szansę przy dalszej dewaluacji
życia, tak, bo życie się dewaluuje, widać to... Tylko czy potrafię się przecisnąć
przez każdą dziurkę, czy tylko przez tę w naszych drzwiach?
Wciskam uszy do gabinetu dyrektora i wszystko wiem.
A dyrcio widząc w dziurce uszy, krzyczy do sekretarki, co to za uszy mnie
podsłuchują! Proszę je natychmiast wyrwać z korzeniami! Albo podglądanie...
Wkładam część głowy i widzę, co robią sąsiedzi, ludzie w
sytuacjach intymnych, co dzieje się u kochanków, gdzie trzymają pieniądze... co
mówią o mnie... jak się czuje mój wróg... A oni widząc cudze gały w drzwiach
spadają z krzeseł i łóżek, wylewają na siebie czarną kawę zbożową i krzyczą:
Jakieś oczy nas podglądają! Ratunku! Weźcie te ślepia, bo oszaleję! - woła
głowa domu. - Bo oszaleję! Niech woła - marzy Manszet i wreszcie przewraca się
na drugi bok, ten od dobrego snu. - Muszę popracować nad strategią znikania,
żebym potrafił stać się niewidoczny, gdy będą wymagały tego okoliczności”.
Wcześnie
rano, kiedy Manszet wychodził do pracy, zastał pod jego drzwiami nieznajomego z
nazwiska mieszkańca wulcowni, który się przyglądał drzwiom, a gdy zobaczył
Manszeta, odetchnął z ulgą i
się oddalił nic nie mówiąc.
Manszet
nie miał czasu zastanawiać się nad tym, co było wczoraj. Spieszył się do
roboty. Portier natomiast wybierał się do domu, jego szychta się skończyła.
Widząc Manszeta, uśmiechnął się i rzekł: - Aleście obaj byli zaloni. Niech to
licho. Nawet żech nie myśloł, że można tak mocno. Portier Maciej Kolec miał na
myśli Manszeta i górnika, którego nazwiska nie znał.
- Panie
Macieju, ja wczoraj nie wypiłem nawet pół kieliszka gorzoły – wyparł się
tradycyjnie Manszet Płynny.
- Nie musis
nicego sie wypiyrać, przeca jo wiym jak to jest, jak czowiek sobie popije
gorzoły .
- Wypiłem
tylko trzy piwa i...
- Ja. Trzy piwa... To mosz pieronym słabo łeb...
1957
Wydawnictwo 2006
*
"Zielone i Czarne" to interesujący zbiór opowiadań. Pisarz dosyć dokładnie przedstawia nam topografię miasta. Mamy przed oczami pocztówkę z przeszłości. Działającą jeszcze rzeźnię, która dziś jest niszczejącym zabytkiem; hutnicze kominy, które zostały już zburzone; dziś pozostało tylko wspomnienie dawnego klimatu targowiska, z ulic zniknęli także charakterystycznie „umalowani” górnicy itd. Przemysł upadł zmieniając charakter i atmosferę miasta - nieodwracalnie. Zbiór opowiadań Rychlickiego jest więc zapisem podróży w przeszłość, przepełnionej tęsknotą, nostalgią za miastem, którego już nie ma. Autor wskrzesza dla nas, na kartach książki, jego zapomniany obraz także górniczego trudu. W zbiorze odnajdziemy również inny relikt – erratę/korektę. Stara szkoła i ukłon w stronę czytelnika.
Autor nie nadużywa w tekście gwary. Jednak, gdy już z niej korzysta, robi to o niebo lepiej niż Lewandowski (Śląskie dziękczynienie), który mógłby się od Rychlickiego nauczyć kilku zasad pisowni. Język opowiadań jest prosty, nienarzucający się. Pisarz biegle posługuje się ironią – gorzką - zgrabnie wciąga czytelnika w grę słowną. Fragmenty tekstów, momentami, nasycone są poetyckością, metaforyczną finezją. Na szczęście pozbawione są wulgaryzmów, co podkreśla ich ton i klimat, który nie jest wolny od belferskości. Nasycone polityką, historią, to jakby konspekty lekcji przetworzone w opowiadania. Stworzone jakby po to, by ciekawiej przekazywać wiedzę i łatwiej ją przyswajać.
Słowa: Alicji w Krainie Słów
O
ZIELONYM I CZARNYM EUGENIUSZA RYCHLICKIEGO
Śląskość tej prozy jest niepodważalna, choć ujawnia się subtelnie. Nie wymaga wsparcia nadużywaniem języka gwarowego; bohaterowie opowiadań Rychlickiego żyją w topografii miasta, które na przestrzeni półwiecza przeobraziło się, wszak to samo miejsce nigdy nie pozostaje miejscem takim samym. Ta proza implikuje dla chorzowian lekturę nostalgiczną, nie mogło być inaczej, skoro lwią część swojej książki autor napisał przed pięćdziesięciu laty; teksty są powtórnie datowane współcześnie, ale nie noszą śladów wysilonego uwspółcześnienia. Rychlicki raczej wskrzesza byty i obrazy składające się na Śląsk, którego już nie ma, do którego nasza pamięć się odwołuje, po którym się poruszamy w snach generowanych przez umysł tęskniący za wszystkim, co minione.
Frapujące
jest to przyglądanie się autora także sobie samemu sprzed lat, ta próba ponownego oswajania młodzieńczej
werwy literackiej i dodawania jej dojrzałego spojrzenia – w efekcie dostajemy kawał solidnej roboty pisarskiej, tworzonej jak gdyby
przez dwóch autorów, mieszczących się przecież w jednym
podmiocie.
Wojciech KUCZOK
2006
- Trzy piwa?
To mosz pieronym słabo łeb.