poniedziałek, 27 lipca 2026

 

Wydawnictwa autorstwa E. R.

Po gałązkach na ścianie ścieka solanka. E. R. 

Ściany i strop w grocie solnej. E. R.


 

Grota solna

1

Na początku były wzniesienia,

a za wzniesieniami hotel.

Na początku napiliśmy się wody

ze zdroju w Pawilonie Zdrojowym.

 

Uspokojeni borowiną i nasyceni łagodną

muzyką z ukrycia, chociaż to nie

muzyka Burta Bacharacha,

mogliśmy sobie sprawić ciąg dalszy.

Jesteśmy w grocie solnej.

Ściany solne jak rozgrzane bryłki koksu

w palenisku kuźni. Przednia ściana ze ściekami

solanki, szemrze i się wzrusza.

Nad nami sztuczne pofałdowane niebo, 

a brodzimy w piasku solankowym,

jak uśmiech słonecznych dźwięków,

jak sączenie zdrowia ze źródła.

 

2

 

W grocie rozbrojona, nastrojowa muzyka –   

uspokaja, pobudza do przeniesień.

I już zielone rzepaki, oziminy, żołędzie,

kasztany, szyszki z modrzewi, odleciały bociany.

I już zbiór jabłek, dyni i po oliwkach,

a potem od początku –

wiosenne dzwonki skowronków,

wierzby w nowych włosach,

malwy na wysokości a po lecie astry,

i znowu marzenia o wiosennej modzie.

 

Szaleją improwizacje słowne i muzyczne.

Impresje niby sianokosy,  

dostojnieją twarze, ale dlaczego słowa

wypowiedziane w ciemnościach błądzą  

i zgrzytają aż do pierwszej pory dnia,

lecz fajnie, gdy perlą się dźwięki fortepianowe,

przyprawione ginem a perły u jubilera

wyzywają ocean, udają, że głaszczą 

fale morskie pod włos.

Puszcza wiosenne pąki uśmiech seniora.

W grocie solnej ubiera się portki

ze splotu okoliczności.

I już na scenie William Shakespeare

ze „Snem nocy letniej” – zabawa w spór

między faktami a fantazją.

Czy ktoś doznał słowowzięcia?

Co jeszcze może się zdarzyć w takim miejscu?

Tu, gdyby gniew zderzył się z ogniem,

to ogień by oniemiał.

Jakbyśmy się grzali przy kominku

wyświetlanym na ekranie telewizora.

Płyniemy na leżakach wtapiając się

w świat, którego nie ma, a po wyjściu drink,

gdzie artysta wysokoszklankowy gra

kostkach lodu.

Siedemnastoletni Robert Podański ze Snu

czyta „Poetyckie Plantacje”.

 

Gdy absurd puszcza korzenie,

to świat niekoniecznie się śmieje.

 

                                            2025

                                                                                                    

 

                                     Kominek na ekranie telewizora


             Eugeniusz Rychlicki przy figurze woskowej

                                             Williama Shakespeare w Muzeum Figur Woskowych

                                                                                        w Londynie. 04.05.1996 r.


     Williama Shakespeare w Muzeum Figur Woskowych

     w Londynie. 04.05.1996 r.

 

*

Żądanie Artysty

Minęła północ. Słyszę przez sen pukanie do drzwi. Mówię, proszę. Nikt nie wchodzi. Sen pierzcha w popłochu. Podchodzę do drzwi, otwieram i nagle widzę kratę. Za kratą Andrzej Wajda, za nim Tadeusz Janczar, Stanisław Mikulski, Teresa Iżewska, Wieńczysław Gliński, innych nie rozpoznaję. Doznaję szoku. Wajda mówi: Otwórz, przecież mnie znasz. Znam. Widzę grubą zakratowaną rurę, to kanał. „Kanał”, tak, film, na którym byłem jako mrówka, siedziałem w czwartym rzędzie w Sali Kolumnowej Pałacu Kultury. Pamiętam, była wiosna 1957 roku. Film pachniał jeszcze drukiem, przepraszam, taśmą celuloidową. Wtedy na razie nie wiedziałem, kto to jest Andrzej Wajda.         

            Reżyser powtórzył żądanie, a ja chwyciłem za łom (nie wiem skąd się tu wziął) i wyłamałem kratę. Myślałem, że wejdą do mnie, wykąpią się, wypiją gorącą herbatę, ale przecież oni wszyscy już odeszli, ale może jednak, tymczasem oni uwolnieni nagle znikli, a ja się przebudziłem nie wiedząc gdzie jestem. Leżałem w ciemnościach błądząc po świecie ze snu. Obrazy płynęły jak opary nad bagnami. Słyszałem słaby nocny szum ulicy. „Pokolenie” opuszczało ciemną epokę. Jakby sypał się popiół z naszej codzienności. Zbyszek Cybulski wypijał zawartość płonących kieliszków. Sypały się diamenty. Jest 1958 rok i film wędruje po kinach. „Popiół i Diament” zmusza mnie abym wstał i spojrzał na ulicę. Może w barze, teraz czynnym całą noc, jeszcze trwa ta scena…

            Wracam skołowany, nieco przede mną wspina się wspaniały koń. Rusza na wrogie hitlerowskie czołgi, co budzi we mnie grozę, ale przecież to nieprawda. Piękny rumak mógłby się rozpaść przy pierwszym wystrzale… Zaledwie dwa lata później pojawiają „Niewinni czarodzieje”. Nieznana nowa fala uciech i radości, tyleż znudzenia, co rozkoszy z jazzu Komedy, pokropionego alkoholem, swobodą i erotycznymi rozmowami. Młodość na biegunach szaleje. Zamyślony Tadeusz Łomnicki zbiera się do wypowiedzenia swojej kwestii, Cybulski jest rozgałęziony, Polański krystalizuje myśl, że będzie reżyserem, a reszta pyszni się jak dodatki do tortu, jako niezbędne i niesłychanie obrazowe sceny.

            Z zadumy wyrwały mnie „Popioły”, które obowiązkowo płynęły z nami, poprzez szkołę średnią i dalej... To była uczta aktorska Olbrychskiego. Wracałem do tego filmu kilka razy, dziwiąc się, co w nim jest takiego, że ja się plączę gdzieś po komnatach i polach bitewnych. Oczywiście, wiem, łatwo odgadnąć…

            Bezsenna noc płynęła razem z filmami, a ja świadom tego, że nie wszędzie byłem i będę, dałem się nosić obrazom raz cichym, a raz głośnym, przybranym kolorowymi myślami, przez „Wszystko na sprzedaż”, z nieujarzmionym żalem po odejściu Zbyszka; idę dalej, by znaleźć się w „Brzezinie”, wejść nieproszony na „Wesele” i zbić majątek w „Ziemi obiecanej”, a później rozmawiać rozciągliwie z „Pannami z Wilka”, opowiadając im o „Panu Tadeuszu” i wodząc poloneza Kilara, pochwalony niech będzie „Człowiek z marmuru” i włóczyć się w tataraku, chociaż „Tatarak” (to nie tartak) tak tragicznie się zakończył, odczuwając roślinne zapachy, lecz Marta już poczuła aromat śmierci, żeby przerazić się bestialstwami w „Katyniu” i wreszcie trafić  w „Powidoki”.

            A gdzie jeszcze byłem? Widziałem połowę dzieł najważniejszego reżysera. Przy nim startował Kazimierz Kutz, sławę zyskała cała plejada aktorów. A ja wtopiony duszą w jego filmy gnałem na Lotnej do walki. Do jakiej walki? Przecież nie ma wojny. Zygmunt Krasiński mówi: W świecie ducha nie ma pożegnania, więc nie żegnam Cię Wielki Artysto. Jeszcze nie raz obejrzę Twoje filmy. A kiedy się uspokoiłem Andrzej pozwolił mi zasnąć.

Zbyszek się uśmiechnął i powiedział: - Dobranoc…


Zbyszek Cybulski

Źródło: Internet


                                                                       Andrzej Wajda

Źródło: Internet





  

 

Andrzej Wajda

Źródło: Internet

czwartek, 23 lipca 2026

 



Człowiek, który potrafi

        Kochajmy człowieka. Naprawdę kochajmy. Nic innego nie jest warte zachodu słońca.

       Manszet znalazł inną drogę poszukiwania kamienia życia, wiedząc, że miłość nie rodzi się na kamieniu, ale może się roztrzaskać na diamencie.

     Pewnego wieczoru postanowił nikomu nie przeszkadzać, nie narzucać się i poszedł do pewnego miejsca, gdzie można nalewać i wylewać.

     Tak postępował od lat, jednak tym razem miało być inaczej.

    "...wszędzie być nie otwierając drzwi” – marzył. Zjawiać się nagle, niespodziewanie, nie proszony, ale też niewidoczny, gdyby się udało... a ponieważ po pewnym czasie wysiadywania wydawało mu się, że jest blisko urzeczywistnienia genialnego projektu, żeby posiąść, jak uważał tego wieczoru, dar przenikania przez szparę i wnikania  w sedno problemu przez ścianę, chociaż był już w wieku dojrzałym, nie był więc oseskiem ani osłem i rozum rozwinął mu się w piękny kwiat więcej niż kalafiorowy, czuł, że zbliża się ważny moment w jego życiu. Będzie mógł czynić dobro, owijając je w niespodzianki i zaskoczenia. Pojawiając się tu, czy tam, będzie mógł stawać w środku sprawy - był tego pewien - i nie wtrącając się słowem, czy gestem swoich ludzkich członków, będzie wpływał na bieg wydarzeń. Mógłby... chciałby, będzie mógł.

     Tej niesamowitej zdolności Manszet był pewien i potwierdził jej odkrycie, gdy wrócił do wulcowni przy ulicy Stabika 5/7 późno w nocy i zastał drzwi do pokoju zamknięte od wewnątrz. Jego koledzy już spali i to tak mocno, że tylko wysadzenie drzwi w powietrze mogłoby je otworzyć, a nie jakiekolwiek walenie w nie i majstrowanie kluczem w zamkowej dziurce od klucza. Zaczął prawidłowo, bo od wezwania portiera, tak na wszelki wypadek. Ten jednak popatrzył w zatkaną dziurkę, zapukał w podrapane deski, wzruszył ramionami i odszedł. Po drugiej stronie tkwił klucz w zamku. 

     Wtedy Manszet Płynny, jak siebie nazywał, zupełnie spokojnie palcem wypchnął tamten otwieracz na drugą stronę do pokoju i wpychając palec coraz głębiej, zauważył, że przeszedł mu nie tylko palec, ale wnet w pokoju była cała ręka. Mimo trafnych przewidywań, zdumiony swoimi możliwościami, nie zatrzymywał się w przesączaniu przez dziurkę od klucza, płynął dalej na drugą stronę. Cały czas jego świadomość była przyhamowana, jakby nie umiał sobie w pełni zdawać sprawy z tego, co się dzieje, jaki proces zachodzi w nim, zapomniał nawet, że o tym myślał, gdy raczył się czystą z czerwoną kartką a potem sięgnął po złocisty napój, że jego ciało staje się masą plastyczną, następnie półpłynną, rozciągliwą, mogącą wystąpić w postaci na przykład niesamowicie długiego szpagatu, jeśli by taki był potrzebny.

     Wadą tego procesu wchodzenia do izby mieszkalnej w domu górnika była konieczność przylegania do drzwi przez dłuższy czas, co wymagało cierpliwości i szczęścia, żeby nikt nie zobaczył tego dziwactwa, bo na przykład, gdyby ktoś przechodził obok... Co by się wtedy działo. Z tego Manszet nie był zadowolony. Właśnie portier Maciej Kolec przyszedł z zapasowym kluczem i nie domyślając się niczego, powiedział, aby Manszet Płynny spróbował tym... Zauważył tylko: - Coś pon tak przywar do tych drzwiyrzy, jakbyś się pon przykleił. Ale nie zawracał sobie gitary takim głupstwem, mianowicie, że Manszet prawie w połowie jest już po tamtej stronie, a zaraz potem przeszedł już ponad połowę i właśnie miał zabrać się do procesu przeciskania głowy.

     Zatem przesączanie nie ustawało. Z pewną trwogą Manszet myślał, co będzie, gdy nastąpi przepływ głowy. Świadomość raz mu się świeciła jasnym blaskiem a raz stawała ciemną plamą. W następnej chwili zdał sobie po części sprawę z tego, że zjawiska transportacji nie da się zatrzymać. Czynna część świadomości zaczęła go jednak straszyć różnymi konsekwencjami i skutkami... Próbował z tego powodu przyspieszyć zachodzenie zjawiska. Mógł tylko pozytywnie o nim myśleć, nic innego nie dało się zrobić.

        Miał z tym kłopot ale się starał. Płynął z dużą prędkością, aż słychać było szum, mimo to proces musiał trwać dłuższą chwilę. „Chyba nie do rana” - myślał. Gdy był po drugiej stronie i wystawały mu na korytarz nogi i kwał tyłka, usłyszał kroki, a potem ktoś się odezwał: - Co ty robisz? Dlaczego zrobiłeś dziurę w drzwiach? - zapytał nieznajomy, nocny delikwent.

       Manszet odparł głośno z wnętrza: - Wchodzę do pokoju.

    Wtedy nieznany z nazwiska mieszkaniec wulcowni zauważył, że  dzieje się tu coś dziwnego, mianowicie on widzi tylko pół człowieka, a drzwi są całe. Zaryczał niby kastrowany lew i pobiegł na portiernię. Portier Kolec, który zdążył już zasnąć na kozetce, spadł z niej przestraszony rykiem króla zwierząt. - Panie Macieju! Widziałem tylko pół człowieka! Niech pan szybko przyjdzie! - wołał przerażony maruder.

    - Pieronie, co tak wrzeszczysz. Przez ciebie spodł żech z kanapy.

    - Panie, tam stoi pół człowieka!

    - Kaj, tam? - pytał Kolec.- Chyba ci się we łbie zaćmiło.

    - Kaj mieszko Manszet, widziałem jak babcię drypcię.

   - To on jeszcze stoi pod tymi drzwiami? Przeca dołech mu klucz. Dej mi pokój, ida se legnąć. Nie poznajesz Manszeta Płynnego?

   - To on? To go zamordowali, bo jest go tylko połowa.

   - Chopie, za dużo gorzoły wyduldołeś, że widzis tylko połowe... Albo za mało, bo powinieneś widzieć podwójnie - próbował żartować Kolec.

     W końcu jednak Maciej Kolec wciągnął na siebie galoty i jakla i poszoł z nieznajomym z imienia mieszkańcem wulcowni, czyli gorolem, żeby stwierdzić naocznie, co się dzieje przy tych drzwiach, za którymi mieszkają sztygarzy zmianowi.

      Zanim doszli Manszet zdołał się przecisnąć do pokoju cały i zdrowy, w pełni świadomy i zdziwiony jakby zobaczył Adama i Ewę. Osiągnął cudowny sukces. Nie do wiary! Udało mu się, co może zrewolucjonizować... Nie umiał myśleć. Zbyt fantastyczne.

    - No i co? Kaj jest te pół chopa, o którym była godka? - zapytał portier już na miejscu.

   - To niemożliwe, nie jestem pijany, widziałem przy tych drzwiach dupę na nogach, mogę przysiąc.

    Portier Maciej Kolec zaśmiał się: - Som jesteś rzić bez gowy. Idź się wyspać... Maciej Kolec wszystkim mówił przez „ty”, bo miał tyle lat, że uważał, że mu się to należy i nikt nie miał o takie głupstwo do niego pretensji. Nieznajomy z imienia i nazwiska oddalił się krokiem marszowym, cały niepocieszony i szemrzący na cały świat. Portier Maciej Kolec z zadowoleniem położył się na swój wysłużony prykol. Zdziwiony, że ludzie mają takie zwidy, że coś widzą czego nie ma. Jemu się jeszcze to nie zdarzyło.

     Manszet tymczasem rozebrał się bezszelestnie, odsunął pościel na łóżku i starał się ułożyć tak, żeby nie zaskrzypiało metalowe łóżko z siatką sprężynową.

      Mimo wysiłku w tym kierunku, łóżko jakby na złość, wydzierało się, że na korytarzu było słychać. Koledzy jednak spali jak zabici i Manszet Płynny mógł nabrać porządnie powietrza do płuc i wypuścić, aż mu się zrobiło lżej.

     Zaczął się zastanawiać nad tym, co się właściwie stało i czy w ogóle coś się stało? No tak, pamięta przecież każdy szczegół. Uszczypnął się chcąc sprawdzić czy nie śni, albo co... Nie chciało mu się spać. Targały nim różne uczucia, ze strachem i złością włącznie. „Stan ducha mam do niczego” - myślał. Okno pokoju znajdowało się po stronie wschodniej, w kierunku wielkiej, księżycowej hałdy, usypanej a właściwie ulanej przez hutników huty o imieniu znanego z podręczników bohatera narodowego, który na Krakowskim Rynku przysięgę składał. Wpatrzony w sufit widział jak ledwo widoczne cienie i słabe blaski czerwonego światła kładą się wzdłuż i w poprzek białego stropu, malując fantastyczne stwory, ganiające za sobą, harcujące i jakby zeskakujące z wysokości na podłogę. Właśnie wjechała na szczyt kolejka ze szlaką, której lokomotywka przestała sapać i dyszeć. Odezwały się stuki, pierdnięcia i nagle niebo pokryło się pomarańczową łuną. Słychać było szum wylewanej lawy na zbocze hałdy, jakby wulkan został zraniony i polała się jego gęsta krew. Część łuny, nie lawy, wlała się do pokoju rozjaśniając go na pół czerwono, malując wszystkie sprzęty w kolorze brudnej pomarańczy. Manszet pomyślał, że taka jest też jego wyobraźnia. „Na pewno wszystko, co mi się rzekomo przytrafiło, było jej dziełem”. To pragnienie, żeby tak się stało, oddaliło się. Jednak nie mógł zasnąć. „A może to wszystko prawda... I jutro będę potrafił wyjść z tego pokoju nie otwierając drzwi. Dobrze by było, tylko za długo trwa ta czynność wchodzenia, i wychodzenia na pewno też. Gdybym mógł przesączać się przez dziurkę od klucza lub przez inną szparę,  z prędkością wdmuchiwanego dymu z papierosa, wdmuchiwanego, o, to moja przypadłość byłaby przydatna. Na razie mogę tylko wywoływać sensację albo strach. Może większą będę miał szansę przy dalszej dewaluacji życia, tak, bo życie się dewaluuje, widać to... Tylko czy potrafię się przecisnąć przez każdą dziurkę, czy tylko przez tę w naszych drzwiach?

      Wciskam uszy do gabinetu dyrektora i wszystko wiem. A dyrcio widząc w dziurce uszy, krzyczy do sekretarki, co to za uszy mnie podsłuchują! Proszę je natychmiast wyrwać z korzeniami! Albo podglądanie... Wkładam część głowy i widzę, co robią sąsiedzi, ludzie     w sytuacjach intymnych, co dzieje się u kochanków, gdzie trzymają pieniądze... co mówią o mnie... jak się czuje mój wróg... A oni widząc cudze gały w drzwiach spadają z krzeseł i łóżek, wylewają na siebie czarną kawę zbożową i krzyczą: Jakieś oczy nas podglądają! Ratunku! Weźcie te ślepia, bo oszaleję! - woła głowa domu. - Bo oszaleję! Niech woła - marzy Manszet i wreszcie przewraca się na drugi bok, ten od dobrego snu. - Muszę popracować nad strategią znikania, żebym potrafił stać się niewidoczny, gdy będą wymagały tego okoliczności”.         

   Wcześnie rano, kiedy Manszet wychodził do pracy, zastał pod jego drzwiami nieznajomego z nazwiska mieszkańca wulcowni, który się przyglądał drzwiom, a gdy zobaczył Manszeta, odetchnął z ulgą i się oddalił nic nie mówiąc.

     Manszet nie miał czasu zastanawiać się nad tym, co było wczoraj. Spieszył się do roboty. Portier natomiast wybierał się do domu, jego szychta się skończyła. Widząc Manszeta, uśmiechnął się i rzekł: - Aleście obaj byli zaloni. Niech to licho. Nawet żech nie myśloł, że można tak mocno. Portier Maciej Kolec miał na myśli Manszeta i górnika, którego nazwiska nie znał.

    - Panie Macieju, ja wczoraj nie wypiłem nawet pół kieliszka gorzoły – wyparł się tradycyjnie Manszet Płynny.

     - Nie musis nicego sie wypiyrać, przeca jo wiym jak to jest, jak czowiek sobie popije gorzoły .

    - Wypiłem tylko trzy piwa i...

    - Ja. Trzy piwa...  To mosz pieronym słabo łeb...

                                                                                                       1957

                                                                              Wydawnictwo 2006

                                                             *

"Zielone i Czarne" to interesujący zbiór opowiadań. Pisarz dosyć dokładnie przedstawia nam topografię miasta. Mamy przed oczami pocztówkę z przeszłości. Działającą jeszcze rzeźnię, która dziś jest niszczejącym zabytkiem; hutnicze kominy, które zostały już zburzone; dziś pozostało tylko wspomnienie dawnego klimatu targowiska, z ulic zniknęli także charakterystycznie „umalowani” górnicy itd. Przemysł upadł zmieniając charakter i atmosferę miasta - nieodwracalnie. Zbiór opowiadań Rychlickiego jest więc zapisem podróży w przeszłość, przepełnionej tęsknotą, nostalgią za miastem, którego już nie ma. Autor wskrzesza dla nas, na kartach książki, jego zapomniany obraz także górniczego trudu. W zbiorze odnajdziemy również inny relikt – erratę/korektę. Stara szkoła i ukłon w stronę czytelnika.

 Autor nie nadużywa w tekście gwary. Jednak, gdy już z niej korzysta, robi to o niebo lepiej niż Lewandowski (Śląskie dziękczynienie), który mógłby się od Rychlickiego nauczyć kilku zasad pisowni. Język opowiadań jest prosty, nienarzucający się. Pisarz biegle posługuje się ironią – gorzką - zgrabnie wciąga czytelnika w grę słowną. Fragmenty tekstów, momentami, nasycone są poetyckością, metaforyczną finezją. Na szczęście pozbawione są wulgaryzmów, co podkreśla ich ton i klimat, który nie jest wolny od belferskości. Nasycone polityką, historią, to jakby konspekty lekcji przetworzone w opowiadania. Stworzone jakby po to, by ciekawiej przekazywać wiedzę i łatwiej ją przyswajać.

Słowa Alicji w Krainie Słów


 

O  ZIELONYM  I  CZARNYM  EUGENIUSZA  RYCHLICKIEGO

  Śląskość tej prozy jest niepodważalna, choć ujawnia się subtelnie. Nie wymaga wsparcia nadużywaniem języka gwarowego; bohaterowie opowiadań Rychlickiego żyją w topografii miasta, które na przestrzeni półwiecza przeobraziło się, wszak to samo miejsce nigdy nie pozostaje miejscem takim samym. Ta proza implikuje dla chorzowian lekturę nostalgiczną, nie mogło być inaczej, skoro lwią część swojej książki autor napisał przed pięćdziesięciu laty; teksty są powtórnie datowane współcześnie, ale nie noszą śladów wysilonego uwspółcześnienia. Rychlicki raczej wskrzesza byty i obrazy składające się na Śląsk, którego już nie ma, do  którego nasza pamięć się odwołuje, po którym się poruszamy w snach genero­wanych  przez umysł tęskniący za  wszystkim, co minione.

    Frapujące jest to przyglądanie się autora także sobie samemu sprzed lat, ta próba ponownego oswajania młodzieńczej werwy literackiej i dodawania jej dojrzałego spojrzenia – w  efekcie dostajemy kawał solidnej roboty pisarskiej, tworzonej jak gdyby przez dwóch autorów, mieszczących się przecież w jednym podmiocie.

 

                                                                                                 Wojciech  KUCZOK

                                                                                                                                                           2006






 - Trzy piwa? To mosz  pieronym słabo łeb.      

                                                                            1957, 

niedziela, 19 lipca 2026

 

 


                                                                      Jaskry  

 

Styl krajoznawczy

 

Płynę sobie stylem krajoznawczym  

ale krajobraz zasłaniają mi ściany basenu,

zatem muszę się uskrzydlić… Lecę.

 

Łąka ozdobiona lampkami trucizny

– jaskrami, motyle wznoszą toasty.

Można opowiadać co się chce.

Przyszedł kosiarz i zbezcześcił trawę na

terytorium łąki. Motyle płaczą.

Zwiewne ozdoby łąk planują zemstę.

A on poczuł się porażony

i obiecał nowy trawnik.

Może będzie pączkowanie…

 

A między nami,

już nie płynie błękitna krew arystokracji

ale niebieska krew pająków, owszem –

co zostało a co jest legendą?

Pani M. Sz. tak dokumentnie  

przedstawia magnaterię, że ach...

Pająki ukryły się w knowiu trawy.

Dać się prawdzie pogubić w świadomości.

Tego na mojej ulicy nie ma.

 

Płynę sobie stylem motylkowym

a dostojka latonia siada mi na głowie.

Szepcze do ucha:

Mój lot jest szybki i prosty, a ty…

nie umiesz pływać, przyznaj się,

chlapiesz jak bałwan.


                                                                Dostojka latonia
                                                                Źródło: Internet

 

 

Dostojka latonia

wtorek, 16 czerwca 2026

 

Chorzów, czerwiec 2025


Apetyt na poziomki

 

Diana poszła na poziomki do lasu na polanę,

Ale one jeszcze niedojrzałe, były bielą zalane.

No to rozebrała się do swej kształtnej białości,

A poziomki zawstydzone zaczerwieniły się,

Jak tego oczekiwała, do pełnej wspaniałości.

 

Uradowana nazbierała owoców spory koszyczek 

I wyszła z lasu, z onieśmieleniem o prztyczek –

że gdy się ubierze one wrócą do swej bieli.

Na myśl o tym postanowiła zaczekać do niedzieli,

 

Ale ukryła się w białej pościeli naguśka.   

Przyjaciel pomyślał, że to nie na żarty

stąpanie po marzeniach i ta jej buźka

I nie zauważył koszyczka, pogubili się

W poziomkach i szukali do rana,

Wyfrunęli w kielichu tulipana.

Rys. Katarzyna Zalepa,„Angora” Nr 25, czerwiec 2026



 

 
Eugeniusz Rychlicki

Ciepły piec

 

Oparty o ciepły piec kaflowy wyrywkowo

chłodnej wiosny, unoszę się faliście do stron

wydartych z kalendarzy, wytartych gumką myszką,

z kilku łzami na igliwiu sosny.

 

Zaglądam do dzieży wspomnień, do ostów

i powojów, z czarcim żebrem i komosą,

próbuję gorzkiego piołunu

i podziwiam podbiały w podkoszulkach.

Brodzę w złotych zbożach niby

w piaskach pustyni w lipcowym słońcu,

tęsknię do tamtej ciszy gładzącej policzki lasu.

Schylam się i wącham aksamitki, podziwiam

białe i czerwone pąki koniczyny na czapie

zagonu między włosami darni.

Spadam w kałuże na polnych drogach,

gubię tęsknotę w kurzu za bryczką.

 

Gdy Euterpe odejmuje od ust aulos

słyszę zapomnianą piosenkę o łubinie

żółtym jak żółtko i pszczoły grające

w gorczycy ukrywającej subtelności musztardy.

Zauważam i seradelę, zjadaną wieczorem

przez sarny. Błądzę w zagajniku kukurydzy

osłaniającej słoneczniki niby słońca wielu słońc. 

Potykam się i o kępy zapomnianych zdarzeń.

Wykąpany w słodkich wodach 

czuję zapach skwierczących na patelni plendzów.

 

Wracam tam, gdzie moje korzenie.

Śnię teraźniejszość przyjazną życiu,

z dotacją i premią, bez domieszki NO2 z diesla.

Taką mniej doskonałą,

niż posąg młodości,

ale przezroczystą, która potrafi

barwnie się wstydzić.

Barcin, kujawsko-pomorskie.
Źródło: Internet


 

 

 

 


W ławce szkolnej, tak było… Ławka była dodatkiem

do nagrody literackiej ZO ZNP w Chorzowie. Wyk. EuRy

 

O egzaminie

 

Zdawali z tego przedmiotu,

Który całkuje całusy, różniczkuje róże

I wchodzi w zmowę z logarytmem.

W pewnym momencie ciszy komisja

Usłyszała trzepot skrzydeł.

Przez uchylone okna wleciały

Pterodaktyle z późnej jury.

Czas biegnie do tyłu?

A jeśli to drony wielkości trzmiela?

Czyżby ktoś chciał ściągać?

Może skarpety…

Czy one są efektem rozwiązań

Równań kwadratowych?

 

Może być tak, że trudniej zepsuć niż naprawić.

Coś w tym jest. Chcieliby, żeby nauczyciel

Karmił się światłem, może wtedy

Czytaliby jego myśli.

Czy o to chodzi, gdy stan nerwowości

Wyzwala burzę.

Trzeba wrócić do milczenia.

Warunek konieczny

Do skupienia się na tym, co najważniejsze.

Zjeżdżajcie pterodaktyle, możecie windą.

 

Nam potrzebna cisza.

Ściągi wsadzimy do pociągu.

Sens i rozsądek posadzimy

Przy stolikach szkolnych.

 

Zadbamy o to, by nie wbito

W ten trud żadnej drzazgi.

Koniec niech nie czepia się początku,

Lecz schowa się w arkuszu.

 

Mówi się, namyśl się dobrze

I zrób na odwrót.

To nie jest sine qua non1) 

I proszę tego nie robić.

 

1)               warunek konieczny i niezbędne działanie.

 

październik 2025.

 

Wiersz nagrodzony w Konkursie Literackim

O Złotą Wieżę Piastowską w Cieszynie,

grudzień 2025



Pterodaktyl. Źródło: Internet

 

Fot. E.R.