środa, 25 marca 2026

 


                                 W ławce szkolnej, tak było… Ławka była dodatkiem do

                                nagrody literackiej ZO ZNP w Chorzowie. EuRy

Eugeniusz Rychlicki

O egzaminie

 

Zdawali z tego przedmiotu,

Który całkuje całusy, różniczkuje róże

I wchodzi w zmowę z logarytmem.

W pewnym momencie ciszy komisja

Usłyszała trzepot skrzydeł.

Przez uchylone okna wleciały

Pterodaktyle z późnej jury.

Czas biegnie do tyłu?

A jeśli to drony wielkości trzmiela?

Czyżby ktoś chciał ściągać?

Może skarpety…

Czy one są efektem rozwiązań

Równań kwadratowych?

 

Może być tak, że trudniej zepsuć niż naprawić.

Coś w tym jest. Chcieliby, żeby nauczyciel

Karmił się światłem, może wtedy

Czytaliby jego myśli.

Czy o to chodzi, gdy stan nerwowości

Wyzwala burzę.

Trzeba wrócić do milczenia.

Warunek konieczny

Do skupienia się na tym, co najważniejsze.

Zjeżdżajcie pterodaktyle, możecie windą.

 

Nam potrzebna cisza.

Ściągi wsadzimy do pociągu.

Sens i rozsądek posadzimy

Przy stolikach szkolnych.

 

Zadbamy o to, by nie wbito

W ten trud żadnej drzazgi.

Koniec niech nie czepia się początku,

Lecz schowa się w arkuszu.

 

Mówi się, namyśl się dobrze

I zrób na odwrót.

To nie jest sine qua non1) 

I proszę tego nie robić.

 

1)               warunek konieczny i niezbędne działanie.

 

                                             październik 2025


Wiersz nagrodzony w Konkursie Literackim

O Złotą Wieżę Piastowską w Cieszynie,

grudzień 2025



                          

 


 



 

 

wtorek, 13 stycznia 2026

 



                                29.6.2020: PAROWÓZ Pt47 - ELEGANCKA POLSKA DAMA W RUCHU POŚPIESZNYM                                         

                                 Parowóz Pt47 wykonany w Zakładach Mechanicznych 

                                 H. Cegielski w Poznaniu. Źródło: Internet.


Z Dziennika pospiesznego I

W Nowy Rok 2026 oboje z żoną jak co roku słuchaliśmy i oglądaliśmy koncert noworoczny z Wiednia. To piękna optymistyczna muzyka, nie tylko Straussów, ale i innych kompozytorów. Liwiusza zaciekawił utwór Hans’a Christian’a Lumbye:

Københavns Jernbane-Damp-Galop: 
Kopenhaska Kolej Parowa Galop
Niemal natychmiast przypomniał sobie część wiersza Juliana Tuwima 
„Lokomotywa”: Stoi na stacji lokomotywa, Ciężka, ogromna i pot z niej spływa: 
Tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha, Żar z rozgrzanego jej brzucha ... 
a potem zobaczył w wyobraźni podnoszone ramię semafora i zbliżający się 
od strony Mogilna do dworca w Trzemesznie parowóz z trzema reflektorami
 jak oczami, ciągnący wagony pasażerskie i usłyszał, jak pracuje parowóz, 
zatrzymuje na stacji i rusza na szlak: buch-ruch-ruch, jak pogwizduje, dymi, 
dyszy, dmucha parą…
Swoje wrażenia opisał w sposób swobodny  w pierwszym 
Dzienniku pospiesznym, jeszcze bez myśli o jego przyszłości. 
I chociaż już o tym pisał, wraca do tych wspomnień jeszcze raz i obciąża winą 
za ten powrót noworoczny koncert.
To ten fragment opisu wyjazdu ucznia na praktykę: 
        Rok 1953. Byłem uczniem technikum – mówi Liwiusz - i jechałem na wakacyjną 
praktykę do Fabryki Maszyn Elektrycznych we Wrocławiu. Konduktor peronowy 
dziurkował bilety i wpuszczał kandydatów na pasażerów na drugą stronę kryzy. 
Rozeszli się wzdłuż drugiego peronu. Przez megafon odezwał się niezbyt wyraźny głos: 
Pociąg osobowy z... do... wjedzie na tor przy pe... dwa i poczeka...Na peronie tłum 
oczekujących pasażerów i każdy z nich myślał o dobrym miejscu w wagonie, 
ale najważniejsze, aby w ogóle jechać… 
Wszystkie oczy były zwrócone w stronę trasy do Mogilna… Z daleka zobaczyli szary dym, 
potem czarną maskę przodu parowozu z trzema białymi oczami reflektorów. 
Tfu tfu fuu fuu szuuu szuuszu buch duch, morze much, co za ruch, uch brzęk lęk puf puf 
i puch... zatrzymałłł... sięęę pociąąąg -ciąg. 

          Gdy pociąg stanął, wtedy się zaczęło. Kandydaci na pasażerów ruszyli z miejsca 

i szykowali się do skoku na drzwi... Kilku zaczęło nawet wcześniej  biec naprzeciw lokomotywy, inni utworzyli ruchomy szpaler a każdy chciał mieć ludzi za plecami i stanąć naprzeciw drzwi wagonu. Doświadczeni wcześniejszymi zdarzeniami na peronach w Trzemesznie i na wielu peronach w kraju, wiedzieli, jak się ustawić. Pierwsi kandydaci frustraci zaatakowali... Kilka osób chciało wyjść, bo to była ich stacja końcowa. No to co, że ich. Niech jadą dalej. Mieli trudności i użyli łokci. Zaproponowano, że mają zamienić się w parę, wtedy z łatwością wyparują na peron. Niech biorą przykład z lokomotywy. Para buch i są na peronie. Pieronie. Co tam się dzieje, jacyś złodzieje. Kogut pieje.

     Drudzy zaatakowali od tyłu. Ci co byli już wewnątrz, wdzierali się do przedziałów. Korytarz zapełniał się gwałtownie i szybko. Każdy chciał jechać, i to wygodnie, z pośladkami na drewnianej ławce. Z przedziałów wypchnięto resztki tlenu. Fuuu fuuu szszszuuu... szuch, puch, zuch, zuch... Hau hau hau, co pan miał? Puścili korzenie, cyckali wrażenie... Coś tak jakby, weszli w dyby i jak nie zrobi się szybki zwrot w stronę Gniezna, to ja pana nie znam, o napiwek prosi Prot, i do Lecha na golonko, czy woli pan dzwonko? Ferdydurki jadą z górki, to dla pana panie Władku, jak pan wie, nie mam statku, tylko kajak ze skrzydłami i dwa pędzle, namaluję panu frędzle.

       Co za ruch, jaki szum, jakie bum, jakiś duch, gdzie mój brzuch, wszyscy ciach, to nie plaża ani piach, szyba brzęk, para w jęk, jakiś sęk? Co za tłok, zróbmy skok, nie za rok, do przedziału tylko krok, a to smok, wszedł mi  w bok, widzę kwiat. Jakem rada, a on rad? Ktoś się boczy i się tłoczy, moje oczy, a walizka? Taka śliska, taka bliska, ona krzyczy, że pożyczy, mnie uciska, no a ta ta... znowu lata, och ta morda, na dwóch morgach, o rety, ktoś mnie trzyma za mankiety, czy tu nie ma konduktora, tu jest miejsce już zajęte, zaraz przez to będę chora, ja usiądę na kolanach, nie wytrzymam tak do rana, proszę siadać, drzwi zamykać, zaraz pociąg zacznie zmykać, jak się zmieszczę, to popieszczę. Panie, to jest ławka nie ruchawka, weź pan zaraz swoje grabie, włóż pan je... swojej babie, znowu syczy, coś się tak nabzdyczył, ach to ten, co obok je ogórki, przejechany przez pagórki, ma dwie córki, na peronie jeszcze pary szum i chmura, a w portfelu pusto - dziura, bo tuż obok jedzie złodziej, ten ma łapy jak czarodziej, oni wiszą na wagonie, to na pewno jakieś konie, czas już jechać, przecież jedzie, może  z przodu ma dwa śledzie, co za stanie, a to dranie, powiem mamie, powiem mamie, może ruszy jak się wzruszy, ależ jedzie, zobaczcie za oknami, coś się dzieje z matołami, ktoś wybucha, to psiajucha, skąd u niego tyle kości, ach, on pości, pod żebrami u mnie gości, panie rzuć pan te gnaty i wracaj do chaty albo baty, pan żonaty, ino mi się pan nie rzucaj, bo możesz dostać biegunki, ale tu nikt nie biega, a skąd weźmiesz wycieraczki? Co za   cham, co za duszek, ja cię jeszcze wzruszę, nie przy ludziach ty poczwaro, ty koszaro, do choinki, jakie świnie, są po winie, ale w puszce, trzymam tyłek na poduszce, niech no mi się kto nasunie, najważniejsze, że się jedzie, ciasno trochę, to nie szkodzi, ze sto ludzi przedział będzie miał, przyjdzie siłacz to pomoże, jakby chciał, teraz jakby w oczach dym, czyżby zbliżał się już Rzym? A my z czym?  Z masą ciał, ciał bambino, ciał, lody pan miał... jeden szał, czy ktoś strzelał, kogut piał, bo on taki, ma dwa baki i się cieszy, on ptak pieszy, coś się chwieje, może tory tu są krzywe, może w kasie banknoty fałszywe, czuję jakiś dziwny swąd, może jest w pobliżu sąd, w takim tłoku jeszcze pali, chyba zgłupiał, świat się wali, weźcie tego tu palacza, bo o sufit go zahacza, moja torba, gdzie się skryła, czy ją szajka jakaś zmyła?

Ale ciasno i gorąco, chyba rozbiorę się do naga, to rozumiem, to odwaga, zaraz zrobię na stojąco... tych co wiszą, tych co stoją, tych co siedzą są setki, tych co dzwonią, tych co już się kiszą, są w podnietkach, niech się boją, jak zające, zaraz stracą resztę, a my wreszcie wyciszeni tak jedziemy, na szczęście nie do jesieni, poruszani przez parowóz, doświadczeniem nauczeni, że najlepiej siedzieć w chacie, może być to przy kominku, zarobimy na herbacie, dosypiemy babci kminku, my w pociągu do Wrocławia, spod Mogilna, z Ciechocinka, w sierocińcu na gościńcu... Taki ruch i pot, kto mnie drapie, a to kot. Jak to kot, zrób w tył zwrot i przez płot, do babeczki, na kolację, na kluseczki i tak dalej, i tak dalej, już nie szalej, lepiej nalej, by czas mijał, w kłębek zwijał... i kieszenie ponabijał, karty w grze, ktoś coś z siebie mocno prze, robi szlema i nikogo tutaj nie ma, bo to karty czarodziejskie, jajka wiejskie, kury miejskie, piękna laska. Co za lacha. Ale Laska. Laszka.

        Pasażerowie krzyczeli, przeklinali, milczeli, jeden drugiemu groził, ktoś kogoś po sądach
wodził, jeżeli się dało odbierał miejsce siedzące, ale też żartowali i po cichu się żegnali. 
Na pośrednich stacjach wchodzili do wagonów przez okna. I tak aż do Wrocławia.

I ten co stał, i ten co siedział, i ten co wisiał, i ten co puścił cugle i ten co popłoch siał. Jeszcze trochę cierpliwości, niech się pasażer rozgości.

 Pasażer za pasażerem, stawał się merem, pachnącym łubinem i dzikim ostem i tym przydomowym, tym chodzącym i tym jak rzep, ze stodoły cep-y. Aż do radosnego opuszczenia ruchomego miejsca pobytu i ulga, oddech lokomotywy…


                                 

                                     Budynek dworca od strony peronów kolejowych 
                                     w Trzemesznie. Już nie ma przed stacjami semaforów 

                                     z podnoszonymi ramionami (2004 r) E. R.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

 

Z tygodnika "Gość niedzielny", Boże Narodzenie 2025


                       Eugeniusz Rychlicki

 

Bóg się rodzi

 

Bóg tak pięknie ludziom się przedstawił,

Że radość obudowała Boże Narodzenie

Bogactwem zwyczajów, by każdy sławił

Jego Imię, dobrego losu zarządzenie.

 

Pośród wielu tradycji jest ta, że w dzień Wieczerzy

Wigilijnej, gdy pierwsza gwiazda ukaże się na niebie,

W naszych rodzinach dzielimy się opłatkiem, szczerzy,

Pełni delikatności, wrażliwi i czuli nie tylko dla siebie.

 

Pragniemy by tak było przez następny cały rok -

aby wzrastała miłość, otaczały nas dobre emocje,

By działały same pozytywne bodźce – co krok

Dobra nowina i szczęścia częste promocje.

 

Po modlitwie i Wieczerzy jest czas na prezenty,

Zostawione przez Dzieciątko pod choinką,

Pełną blasku gwiazd, uśmiechów i zachęty

I dziecięcy gwar, twarze z niewinną minką. 

 

Jeszcze wciąż oczekujący idziemy na Pasterkę

I śpiewamy Bóg się rodzi, moc truchleje!

Niech się stanie światło, zło wysłano w poniewierkę,

Krzywdy nam nie uczyni, Święta Noc o świcie dnieje.


Karta z życzeniami na Boże Narodzenie 2025 roku
przysłana przez Wojciecha Woźniaka z Bogdańca,
prawnuka Władysławy i Wincentego Woźniaka 
z Gołąbek.


 


czwartek, 11 grudnia 2025

 


                                             Uczniowie w ławce szkolnej, tak było dawniej… 

                                              


Eugeniusz Rychlicki

 

          Szkoła nad Wisłą

 

            Długo wpatruję się w czarno-białą fotografię

            Szkoły nad Wisłą. Zgrabna dziewczyna,

            Jak dama z gronostajem.

            Powoli otwierają się wrota przeszłości.

            Przechodzę przez nie, wnikam w czasoprzestrzeń.

 

            Przerzucam most pokoleń i zjawiam

            Się nad Wisłą, gdzie szumią dawne lata

            I stoją urodziwe dziewczyny jak modelki.

            Przemycam pułk wspomnień, komponuję

            Z nich obrazy jak zagony warzyw i kwiatów.

 

            Wchodzę w głąb szkolnego ogrodu

            I przyglądam się rzepom, rzucanym

            W naszą niesforność. Ilu nas jest?

            Patrzę w oczy Wisły i widzę, że

            Woda płynie, ale czas jakby nagle stanął.

            To dla nas, dla naszych spakowanych bytów.

 

            Zatrzymujemy się na skwerze,

            Jesteśmy na moście.

            Wędrujmy po latach i miejscach.

            Widzimy wszystkich, których znaliśmy

            Chociaż raz, jak chodzą pośród sprzętów,

            Zajęci problemami dnia – pracą i zabawą.

 

            Wykonują doświadczenia

            Albo karczują przeszkody. 

            Teraz dopiero spostrzegamy, że cena młodości

            Zwyżkuje z wiekiem i jest bankiem

            Bez możliwości wypłat, my gotowi jesteśmy

            Coraz więcej za nią zapłacić.

 

            Chcielibyśmy znowu nie zdawać sobie sprawy

            Z upływającego czasu mgnień wiosny

            I zawrotów głowy, z dostojeństwa profesorów.

            Wykreowani z głębi dnia i nocy,

            Oświetleni wiedzą, gładcy, na ogół

            Nie lękamy się nieprzebytych ciemności.

 

            Przeszliśmy zrównanie dnia z nocą,

            I głębię jeziora, i gładkość jak policzek dziewczyny.

            Przeszłość jest coraz dłuższa,

            Zajmuje coraz więcej przestrzeni,

            To tu, to tam zapala gwiezdne latarnie.

 

            Czy jutro nie będzie padał deszcz.            

            Nie tylko tyle, bo i pewien niepokój

            Nie chce ustąpić. Pojawia się w śnie.

            Wykonujemy pliki zdjęć, lecz

            Nigdy nie otrzymamy pozytywu.

 

             Nikt nie potrafi wywołać tego filmu.

            Perły młodzieńczej radości,

            Zebrane w grona,

            Sprzedajemy na targowisku próżności.

            Próżność nie wzbogaca,

            Próżno szukać kupców.

 

            Czym zapłacić za te piękne lata?

            Czy całkowity koszt życia da się

            Rozłożyć na raty? A lata niech lecą...       

            A szkoła? Wówczas Włocławek kwitł

            Jak konwalie w lesie za Wisłą.

 

            Jak ukochana, która była kwiatem wiśni.

            Młodzież taka sama,

            Pełna skrzyżowań szkolnych

            Interesów, ze ściągami pod ławkami

            Lub w rękawach, na przerwie z kanapką.

 

            Dawniej Miasto pachniało paloną kawą zbożową

            I celulozą, rumieniło się

            Zachodzącym słońcem,

            Złociło gdzieś za matką naszych rzek.

            Dziś te zapachy przywołują osoby nam

            Bliskie i nagle drogie.

 

            Jakby pochodziły od

            Znakomitego jubilera.

            To koledzy z ławy szkolnej.

            Pamiętamy każde imię i nazwisko,

            A pamięć kojarzy przyjaciela

            przynajmniej z jednym wydarzeniem.

            

            Nawet na pobliskim podwórku

            Wyje pierwszy nasz amatorski

            Silnik rakietowy...

            Chcieliśmy wystartować z prędkością

            Co najmniej jednego macha

            I przeskoczyć świat.

 

            Nad Wisłą drzewa jeszcze śpiewają

            Hymn namiętności.

            Wzbudzeni indukcją własną,

            Poruszani wyobraźnią, nie

            Rezygnujemy z siebie, chociaż

            Jesteśmy tak daleko od lat szkolnych.       

           

            Naprzeciw ogólniak, sale 219 i 220

            Zapełniają się do

            Ostatniego miejsca.   

            Ktoś w oddali gra optymistycznie

            na akordeonie. 

            W auli szkolnej otwarte okna,

            Wylatują pierwsi absolwenci.

 

 

            To ulica Sempołowskiej 2.

            Słyszymy nasze myśli,

            Murmurando młodości.

            Może nie żałujemy, że nie ma

            Tamtych materialnych dowodów

            W podstawie czasu teraźniejszego...

 

            Profesorowie schodzą do auli,

            Przyglądają się absolwentom.

            Czy to możliwe, czy nas nie ma –

            zdają się mówić.

            Szkoła zapełnia się również tamtymi dniami

            Z drogich kamieni w szlachetnej oprawie.

 

            Panie i panowie profesorowie

            W niezapomnianym orszaku,

            Który otwiera dyrektor Witold Statkiewicz,  

            Za nim Eugeniusz Frąckiewicz z przykładnicą,

            Zofia Czarnicka z elipsą w ręce,

            Tadeusz Kwapiński z podwójną całką,

 

            Wacław Derdzikowski z „Weselem”,

            Bolesław Pękala wśród pozytywistów,

            Wanda Domanowska z historią w tle,

            Julian Guzowski przy mostku Wheatstonea,

            Roman Kohucki z napędem jednostkowym,

            Jan Sadowski z klasą w marszu na poligon,

 

            Paweł Bojakowski z chórem i orkiestrą szkolną,

            Tadeusz Dąbrowski z psychologią,

            Jerzy Lota z siłami rozciągającymi,

            Pan Buraczak z regulaminem internatu,

            Dawny woźny z dzwonkiem

            Dyrektor Jan Radomski  

            Zamyka orszak.        

          

            Słyszymy słowa  

            Naszych profesorów.

            Po maturze poszliśmy na lody,

            I nie szaleliśmy na balu maturalnym.

 

                                                                                            Eugeniusz Rychlicki

                                              25 czerwca 2005

                                                50 lat po maturze

  



 
     Budynek szkolny ZST od strony warsztatów szkolnych.
     Fot. E. Rychlicki, 16. 10. 2010.