2
Str. 7
Nad Łomnem
Nad Łomnem
lato ma swój specjalny urok i klimat i jakby się pojawiało tylko
dlatego, aby sprawić przyjemność Małgorzacie i obudzić w niej drzemiące piękno,
jak mówił Przemysław. Ta pora roku jest powtarzalna i jest ozdobą codzienności,
chociaż jej piękno jest kapryśne. Ma ramiona wypełnione słońcem, a jego
przerywnikami są burze, które dawniej na polnych drogach pozostawiały po sobie
liczne kałuże, czasem też woda zalewała łąki wokół jeziora i zmartwione czajki
krążyły nad rozlewiskami płacząc i skarżąc się na niesprawiedliwość natury.
Dla
dzieci to była podeszczowa atrakcja. Gdy tylko promienie słońca zaczęły
zaglądać w ich oczy przez szyby wiejskich chałup wybiegały z domów na polną
drogę, by nurzać dziecięce stopy w deszczowej wodzie i z piskiem biegać
pryskając jedno na drugie. Po krótkiej zabawie wszystkie były mokre, chociaż
nie zmokły w czasie deszczu.
Tak
też było i tym razem. Tego lipcowego wieczoru po krwawym zachodzie słońca
spodziewano się pogodnego następnego dnia. Tymczasem nastąpiła awaria układu
elektronicznego sterowania w naturze i przewidywania się nie sprawdziły. Na
drugie dzień od zachodu pojawiła się burza wewnątrz masowa. Było już głębokie popołudnie, gdy niebo
zaczęło sinieć, posmutniało, a powietrze zrobiło się duszne z powodu zalegania
mas ciepła, które stopniowo unosiło się pod niebo i gromadziło wilgoć, ładunki
elektryczne zaczęły skakać jak oszalałe i zbroić armaty. Skondensowana para czekała
na sygnał. Powstał cumulonimbus, w drobiny wilgoci rzucony został zaczyn i
rozpoczęła się burza - błyskawice i grzmot, ulewa i ucieczki chłopstwa z pól.
Szczęśliwie bez szkód. Tylko w jednej kopie siana doszło do gorszącej sytuacji,
bo Felek z Irką się kochali, a kiedy niedaleko gruchnął piorun, oni się przestraszyli i musieli wracać do domu... ona przodem, a on tyłem, a
po chwili odwrotnie. Felek Irce wypominał: – Jak byś mnie posłuchała, to
teraz byśmy szli do domu gęsiego, ale ty chciałaś postawić na swoim i teraz co...
Po
godzinie burza powędrowała gdzieś za Mogilno, na zachodzie niebo się
wypogodziło, nad Łomnem pojawiła się piękna tęcza, która jedną stroną zanurzyła
się w jeziorze, a drugie ramię sięgało do Trzemeszna, być może, jak mówili
obserwatorzy, tęcza piła wodę również z jeziora Popielewskiego. Zakochani nie
zwracali uwagi na zjawisko, mieli ważniejszą sprawę na głowie, ale ochłonęli z emocji
i ich stan "burzowy" wrócił do normy, mogli pokazać się ludziom.
Helena
Parlińska miała dobry nastrój i do syna Aleksa powiedziała: – No zobacz, co ona
wyprawia, ta tęcza, wypije nam całe jezioro i gdzie będziesz poił krowy? Aleks
się uśmiechnął i nic nie powiedział, ale po chwili poszedł nad jezioro,
popatrzeć, czy deszcz nie zalał łąki. Gdy tęcza się rozpłynęła i wrócił do
domu, rzekł do mamy: Wody nie ubyło, a nawet jest więcej... Ona nie wypiła nawet tego, co napadało.
W niedzielę,
gdy Aleksander przypędził krowy do domu z łąki nad Łomnem, przywiązał je w
oborze do wyznaczonych stanowisk, ale wcześniej, gdy one spacerowały po
podwórku i zostawiały placki dla gospodarzy, żeby mieli robotę, naniósł słomy
do obory, rozścielił, by krowy stały na suchej słomie i się nie brudziły, umył
się zjadł kolację, włączył radio na baterię ciężką jak jasny gwint - żarzenie
lamp zasilane z akumulatora, i słuchał muzyki. Śpiewała Marta Mirska, to była
piosenka „Pierwszy siwy włos”, i popatrzył na rodziców, czy mają siwe włosy.
Ani Władysława ani Władysław nie posiadali jeszcze takiej własności, nawet
pierwszego siwego włosa. Aleksander gdzieś w głębi serca się ucieszył, i może z
tej radości zapytał ojca: – Jak miał na imię ojciec mojego drugiego dziadka
Adama, pamiętasz, tata?
Tata
poczuł się doceniony. – No jasne, czemu nie miałbym pamiętać, Przemysław.
– A
jak miał na imię ojciec Przemysława?
– Bronisław...
Też pamiętam inne imiona, z kroniki rodzinnej, jest na strychu, trzeba się tedy
zastanowić... Jest tam Strzeżysław, a jego ojciec miał na imię Twardosław, a
jego ojciec miał na imię Zdziegrod, a Zdziegrod miał ojca Wielisława, a
Wielisław miał ojca Sambora, a Sambor miał ojca Dalmierza, a Dalmierz miał ojca
Gościrada, a on miał ojca Radomira, a Radomir miał ojca Bożywoja, a on miał
ojca Boguchwała, a on miał ojca Drogodara, a Drogodar słuchał ojca Cichosza, a
on Gromisz Małosza, a Małosz Lubiesza, a
on miał ojca golibrodę, a ten miał ojca stajennego, a stajenny powołał na świat
rymarza, a rymarz miał ojca myśliwego z łukiem, i był pachołkiem u nieznanego
króla Izydora I, który występował pod pseudonimem, a Izydor miał nieprawego
syna halabardnika, a halabardnik pochodził ze straży bocznej króla, i za
bohaterstwo w obronie władcy otrzymał dwa łany ziemi na własność... miał syna
Bogusława, on miał syna Józefa, a Józef Fabiana i to był twój dziadek z mojej
strony, to wiesz i nie przejmuj się ostatnim cesarzem Rzymu. Trochę fantazji
nie zaszkodzi, chociaż mówią, że pewien Domicjan był ostatnim cesarzem zachodu i miał syna Latona, a on
miał syna jako ostatniego faraona... gdzie tam faraon... – Władysław zamilkł. –
Już chciałem ci przerwać – odezwał się Aleksander. – Mam nadzieję, że kilku
pradziadków jest prawdziwych. Tych słowiańskich, prawda?
– Na
pewno. Nikt tak daleko wstecz nie sięga. Tylko nasza kronika i wyobraźnia. Co
nie znaczy, że nie chciałbym znać imion naszych wszystkich przodków
– A
matki? Co z matkami? – mama Władysława poczuła się pominięta i dodała. – Może
to tylko mężczyźni rodzili, co? Nie jestem feministką, ale mam tu coś do
powiedzenia. I powiem... Ja też czytałem tę kronikę. Wypadałoby powiedzieć, że
to byli dziadkowie z mojej strony, a potem taty, a tata powinien coś wyjaśnić, ale
na tym nam nie zależy, nieprawda? Zawołaj Mieczysława, niech i on posłucha zwróciła się do Aleksandra.
–
Mieczek poszedł do Małgorzaty, pewnie ma randkę, a powiedział, że po książkę. A
wczoraj chciał się umówić z Bronisławą, ale ona nie chciała.
–
Oj... podsłuchujesz?
–
Wcale nie, on mnie do niej posłał...
– No
to trudno. Nie będę tak daleko sięgać.
Jak pamiętam, to nasza pra-pra... miała na imię
Złotosława i pochodziła z wolnych chłopów. Ale chyba nie zupełnie, bo szlachcic
zatrudniał rodzinę, nie za darmo, ale trudno było sobie poradzić z robotą w
majątku. Jej córką była Wiścisława, a Wiścisława miała sześcioro dzieci, a jej
córka Kunegunda miała córkę Małgorzatę, a Małgorzata zakochała się w Eustachym
i mieli córkę Witosławę, potem była Zdzisława, a dalej Tertulia, uśmiechnięta
Prakseda, egzotyczna Gordana, piękna Bibiana, zaskakująca Anuncjata, bliska
Maria, szlachetna Magdalena, kochająca kwiaty Zofia i ja... Teraz sobie
dopasuj, która z babć była żoną którego dziadka. Masz robotę na dwa dni.
– Te
imiona są fantastyczne – rzekł Aleksander. Jak już się zorientowałem, spotkamy
się jeszcze z setką innych i one nas zadziwią, nieprawda?
–
Prawda – przytaknął ojciec, a matka dodała: – Na dzisiaj wystarczy.
–
Poczułem się jak na lekcji literatury średniowiecza. Profesor Wacław
Derdzikowski i profesor Bolesław Pękala mówili nam o czasach sprzed
chrześcijaństwa, o twórczości przekazywanej ustnie w pieśniach, a potem na
piśmie po łacinie, utwory pisane ręcznie, aż do pierwszego utworu świeckiego,
to mnie najbardziej zainteresowało...
– I
co? Przeczytał wam ten utwór pan profesor? – zaciekawiła się matka. – Nie
mówiłeś o tym.
– Nie
mówiłem... ale pamiętam, to był XIV-XV wiek i nadawano mężczyznom
imiona takie, jak Chocimir, Będzimir albo Nawoj, mam to zapisane... Krzesław, Świecław
i Przecław Słota z Gosławic, który był szlachcicem herbu Jelita z ziemi
łęczyckiej, podstarości poznański i nigdy się nie dowiedział, że napisał
pierwszy świecki utwór literacki, wiersz O
chlebowym stole, określonym jako tekst o Zachowaniu się przy stole. Nikt nic z tego nie rozumiał i
zapoznaliśmy się tylko pewnie z połową utworu, bo nie starczyło czasu, profesor
musiał nam dużo wyjaśniać. W każdym razie to jest fajne bo dziewczyny i
chłopaki w różnych
sytuacjach nawzajem pouczają się żartobliwie i złośliwie: Nie bierz do ust
całej bułki, nie wypluwaj pestek na chodnik, nie mów jak masz w ustach kromkę
chleba, ale się obżerasz, siedź na dupie, jak jesz, umyj palce przed jedzeniem,
wycieraj usta, ale nie w obrus, baw koleżankę, co się gapisz, podaj jej to
piękne jabłko, a ty weź to robaczywe...
Burgrabia byłby zadowolony jakby nas słyszał, no nie. Zaraz wam powiem
kiedy on żył... Aleksander zagląda do zeszytu: urodzony około 1375,
zmarł w. 1419).
Oczywiście, czytam: Kopię sporządzono w 1415, utwór liczy 114 wersów, a w nim
połowa to ośmiozgłoskowce. To tematyka dotycząca dworu a nie nas, ale wtedy
tylko szlachta miała głos. Trudno to tak zwyczajnie odrzucić. Już wówczas
oddziaływał na nas Zachód i tak już zostało. Kultura biesiadna i dzisiaj jest aktualna, ale
ludowa to zupełnie inna materia... Jak my z chłopakami urządzimy ognisko, to
możemy się pośmiać...
– Nigdy żeś się przed nami tak nie przedstawiał –
podsumował ojciec. Przynajmniej wiemy czego cię w tej szkole uczą. Ale czy to
jest potrzebne? Ty masz się zmieścić w dzisiejszych czasach.
– Na
pewno się zmieszczę. Musiałem w domu przeczytać i przeczytałem. Starożytny
poeta Horacy napisał: Nie wszystek umrę,
a sentencja łacińska mówi:
Verba volant, scripta manent - słowa
ulatują, pismo pozostaje.
Teraz czekam aż poeta satyryk Marian Załucki
napisze:
Poetycznieje
coraz bardziej Rzeczpospolita
Już więcej
ludzi wiersze pisze aniżeli czyta
– Nas
do tego nie mieszaj, my nie tacy – zażartował ojciec. – Synu, czy to jesteś
jeszcze ty... Wygląda na to, że chciałbyś być ptakiem, który jest tu, a za chwilę
tam... Bo jak powiadasz, chcemy być wszędzie, lecz najczęściej nigdzie nas nie
ma, oprócz tego tu skrawka ziemi. Powiem więcej... Teraz jesteś z nami, a za
moment jesteś w starożytnym Egipcie... To odwieczne marzenie ludzkości, znamy
je, bo ono budzi się w wielu z nas, tylko jest ogromnie odległe, zapewne sięga
nieskończoności. Ma kosmiczne wymiary, a mimo to sięgamy po nie i próbujemy
manipulować...
–
Tato, dopóki będziemy istnieć, to na pewno ludzkość będzie miała wciąż nowe
pragnienia i ideały, zamiary dokonania czegoś na miarę epoki i bardzo wiele się
jej nie uda zrealizować, ale ja tak lubię...
- My też...
2024
– My
z mamą też...