Raty
Albin Babiak z Chaty
Kupił stół na raty.
Pierwszą zapłacił za blat,
Bardzo z tego rad,
Następne były za cztery nogi.
Fajnie, że to nie mebel ze stonogi,
Bo musiałby sprzedać
Ze dwie chaty i na stole spać.
Raty
Albin Babiak z Chaty
Kupił stół na raty.
Pierwszą zapłacił za blat,
Bardzo z tego rad,
Następne były za cztery nogi.
Fajnie, że to nie mebel ze stonogi,
Bo musiałby sprzedać
Ze dwie chaty i na stole spać.
Szósta osiemdziesiąt
Noc rozstawiła swoje nawiasy tak odlegle od siebie, że mogliśmy jechać do poranka zupełnie swobodnie, przestrzegając prędkości wymaganej o tej porze doby. Danka prowadziła samochód. Miała lekkie i wprawione w czynności kierowcy ręce, które działały jak znakomity automat, reagujący w porę na zmienne sytuacje na drodze. Wjechaliśmy w cień źle oświetlonej dzielnicy, mając po drodze oszklony budynek o wysokim parterze i dużych oknach. Zauważyła wewnątrz moją siostrę Polę, co mnie bardzo zaskoczyło i poczułem się wniebowzięty. Była młodsza, ani jednej zmarszczki, ciemne szatyn włosy, okrągła, ładna buzia.
– Zobacz, kto nas widzi… – powiedziała Danka.
Pola uśmiechała się, ale był w tym dziwny smutek.
Powiedziałem do żony: – Widziałaś jej uśmiech?
– Tak…
Polka szła w kierunku wyjścia. Danka zatrzymała auto, ale nie wiem, czy poszła ze mną. Na pewno tak... Zatem szliśmy w kierunku wnętrza pełnego świtu.
Powiedziałem:
– Poleczko, ach…
Usłyszałem: – Mój kochany braciszku. I kochana bratowa!
Skrzyżowaliśmy ręce w uścisku.
Odezwałem się płaczliwym głosem:
– Wracasz do nas, jaki to cud…
W tym momencie scena się urywa. Paulinka znika jak cień, a ja przerażony budzę się z przyspieszonym biciem serca.
– Siostrzyczko, możesz mnie odwiedzać, ile razy zechcesz.
Była szósta osiemdziesiąt.
– Wstań, bo nie zdążysz – powiedziała Danka. – A weź pod uwagę, że ten budzik raz jest sprawny i pokazuje dobry czas, a raz zasypia, tak jak ty. Dzisiaj nie dzwonił. Takie mamy dzisiaj produkty.
– To, która jest…?
– Nie wiem. Jak cię szef ochrzci, to będziesz wiedział.
– Zaraz ochrzci. Już jestem... Franciszek może też się spóźnić, ostatecznie to przyjaciel…
Taki też był cały dzień.
Spodobało
się Panu
Zmiażdżyć
Go cierpieniem.
Przed
dniem ustanowienia
Eucharystii
i kapłaństwa
wyruszyliśmy
w podróż do
miejsca
zwanego
Ogniskiem
Rodzinnym
Wiodła
nas nadchodząca Radość
Zmartwychwstałego
Chrystusa
Unoszeni
siłą pędu uczuć
w
szczególnym stanie ducha
przygotowani
do
przyjęcia
Eucharystii
brodziliśmy
pośród młodej
zieleni
i żółci pól
wśród
oaz bieli
ukwieconych
ogrodów
i parków
Śliwy
obezwładniały
szaleńczymi
zapachami
a
kaczeńce w wiosennych
wodach
błyszczały w rowach
jak
natchnione
Znieruchomiały
szczupaki
ożyły
bobrowe konstrukcje
Ptaki
w nagich gałęziach
malowały
wiosnę dziobkami
To
laguny
wiosennych
upojeń
Oddychaliśmy
powietrzem
buchającym
tlenowym
bukietem
Wizg
powietrza wiercił
w
uszach
wzbudzając
euforyczne
nastroje
Taki
jest cud narodzin życia
Zmartwychwstały
Pan
przywraca
nadzieję
Istnienie
śmierci przesłonięte
zostało
Bożą miłością
a
radość przybrała postać
otwartych
drzwi
Nawet
gdyby
niebezpieczeństwo
ujawniło
swoje oblicze
nie
uwierzylibyśmy
wdzięczni
Zmartwychwstałemu Panu
za
dar istnienia
Optymizm
rozlał się
błękitem
na progi
rodzinnego
losu
Wielki Piątek, 21.04.2000
Po pierwszej nawałnicy
Chciałbym, aby
nasi krewni, zgromadzeni w niebiesiech,
chociaż raz
tłoczyli się do wyjścia na spotkanie z naszym
światem…
Pierwszymi mogliby być prastarzyk Francik
z prastarką
Adelą. Niechby pytali, no i jak wom się żyje,
Lojzik? Godej.
Odeszli przed laty, dziś zalogowaliby się
w internecie i
żadna ikonka nie zostałaby anulowana.
Jako dziecka
łaziyli do niemieckiej szkoły, a gdy Francikowi
to obmierzło,
poszoł do roboty na grubie Laura i wracoł
z klockiem.
Kochoł tylko swoja Adelka. Szczewiki kupowoł
u Baty, a na
piwo chodził do Baldra. Był powstańcem
i nikomu się
nie podlizywoł. A prastarka uczęszczała
do minderhajtki,
bo tam dostawała za darmo
zeszyty i
książki, a starzyk na grubie stracił burza loków.
Godali po
śląsku, a ich dziołchy i synki już chodzili
do polskiej
szkoły. Na późniejszej Omańkowskiej karlusy
dostawali po
zadku, jak to synki. Ana i Wilma były prymuskami,
ale wolały
kajś robić. Gdy Any kamratka, Mia, wpadła… stała się
zowitką, to żeby
pracować musiała bajtla przechować w ochronce.
Prastarka
wiela razy gorszyła się i godała z rechtorem.
Pedziała belfrowi, czy łon pytoł synka, czy
łon dzisioj
jodł
śniadanie, czy pytał go, jak on się czuje. Nie, to jakim
prawem mu
rozkazuje. Ja jestem jego matką i na to nie
pozwolę. Była
rozżalona jeszcze z tego powodu, że rechtor
mówił, a nie
godoł po naszymu.
Przy śniadaniu,
skuli wodzionki, mieli długie zęby, niby gryzonie,
a na obiad
spóźniali się na żur, chyba że był z wędzonką,
to nie, ale
żodne makagiki, jak padoł hajer Francik,
zaś na
wieczerza był chlyb z tłustym i kakałszale.
Głód chodził w
czornym szakecie i odpychoł szkołę
w dal, jak
stąd do Marsa. Wydostawali się z biedy
w żółwim
tempie, a niekiedy wpadali do biedaszybu.
Ja. Myśla, że
terozki łoni tam w niebiesiech nom
przytakują i
przają, logują się i klikają…
ZO ZNP w Chorzowie
** makagiki - ciastka z masy karmelowej, miodu i maku. rechtor – nauczyciel; karlus - chłopiec minderhajtka - niemiecka szkoła mniejszościowa zowitka - panna z dzieckiem gruba – kopalnia; grubiorz - hajer – górnik, górnik strzałowy markownia – przejście w bramie, gdzie górnik otrzymywał znaczek, z którym zjeżdżał na oddział w kopalni Grundschule – niemiecka szkoła podstawowa skuli – z powodu; tłuste - smalec
W słodkiej ciszy
Jakbym patrzył w lusterko wsteczne,
w którym można ujrzeć odbytą przeszłość.
Najpierw jest Cyprian Kamil, nieobecny w XIX w.,
odkryty jak perła przez Zenona Przesmyckiego,
potem Krzysztof Kamil mocno zauważony i proroczo
interpretowany przez Kazimierza Wykę oraz trzeci poeta
Tadeusz Różewicz, którego losy także były dramatyczne,
lecz nie jak Norwida i Baczyńskiego. Z poezji wylatujemy
statkiem kosmicznym w przestrzeń wyobraźni Stanisława Lema.
Wówczas mamy nadzieję na ucieczkę od ziemskiej szarpaniny
i osiedlenie w raju na wybranej planecie. Lecz co fantastyczne
nigdy nie jest tak nieprawdziwe, aby nie mogło być realne.
To z tej nadziei i prostoty wyłania się wirtuozeria poezji
trzech twórców. Ze słodkiej ciszy Norwida wyrasta wielki
patriota, za nim drugi po wieku nie chce przeżywać dramatu
Słowackiego z powodu 1831 roku - Baczyński ginie w Powstaniu
Warszawskim. Tadeusz Różewicz walczy w oddziałach leśnych,
a oddając się twórczości poetyckiej nadaje jej nowy kształt i ona
wydzielała się z gorących głów pokolenia doświadczonego
tragedią wojny. Twórcy z tego samego roku urodzenia,
razem z Norwidem stali się patronami roku 2021, bo liczą się
fundamentalne czyny... Słowa poetów ziębią i parzą,
pachną otuchą i dźwięczą z głębi szafirowego nieba,
mają skrzydła, są pełne słońca i dają osłonę z cienia.
Dzisiaj wszyscy czterej twórcy, przybrani laurami,
są już nad nami zawrotnie wysoko.
2021
Harfista
Wczoraj - to jest dziś, tylko trochę dalej.
Cyprian Kamil Norwid
W parku na górze, gdzie wiatr gra na zapomnianej
harfie eolskiej, płyną ruczajem wspomnienia
o romantycznych wizjach poetów -
wczoraj Walenty Wańkowicz portret Adama Mickiewicza
malował na Judahu skale. Dzisiaj słychać w świecie
muzykę lęku i orkiestrę wiedeńską bez udziału publiczności.
Gdy Adam odszedł, byłeś w Paryżu, „Czy podam się o amnestię?”
Rozglądam się za Cyprianem Kamilem... Wieszcz pyta o dzisiaj
- kogo-czego ty szukasz, powietrze myślą przeczesujesz...
Pytam nas, czy próbowano zbudować działo elektronowe,
które wytrzebiłoby wrogie elementy koronawirusa?
Bo trzeba izolować naród i zadbać o jego kondycję, tak jak Ty,
Wieszczu, z troską o nas myślałeś i nie pulsometrem mierzyć
nastroje społeczne. Otwieram mój prywatny dyptyk,
sięgam po modlitwę, oddalam się na bezpieczną odległość
od rzeczywistości i nie utulając czujności,
czekam na poszczepienną moc...
Dzisiaj jest już dłuższe od wczoraj, to i nadziei więcej.
2021
A to „Moja piosnka”
Kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna.
Cyprian Kamil Norwid
„Pisałem we Florencji 1844 r.” - zaznaczył Poeta
i poczułem jak katusze lat minionych padły na twarz
brzękliwie rozbite. Tak, odkryłem Cię, Tyś mi z tej ziemi brat.
Lecz zmartwiony jakże gęstym ściegiem - tyle krzywd, wciąż źle,
tam Tobie, tu nam i rozglądam się, gdzie jestem, co widzę w mej dłoni
- zaborczą nić trzymam, i cóż z nią uczynić, czy naszyć na zapas
frasunku kobiałkę, zasmucić Norwida sporami rodaków,
bo wciąż tacy sami... Nie, Cyprianie, nie jest tak źle,
dzida w pogotowiu, która balony pustych słów będzie przekłuwać,
już czeka w zbrojowni. Chodzi o to, by dobro i krasa odziane
w wiarę nie wyjechały do pyskowni. Wyjdziemy z pandemii,
uwolnieni z pętli i żadna nić czarna prząść nam przyszłości nie będzie.
Wzmocnimy oddech i kości, wytrzemy łzy, zagramy na fortepianie,
wreszcie słoneczni ruszymy w gości. Dla Ciebie Wieszczu,
dziś to wiemy, wzrastają źdźbła trawy i kwitną róże, śpiewają drzewa
i liczne ptactwo, zefir musztruje giętkie wikliny, srebrzy się tafla
niejednego jeziora i dusza widzi życia bogactwo.
Mamy marzenia, by poprawiać, lecz nie psuć i nie bajdurzyć,
ulegać raczej czarowi milczenia, nie ulatując w stronę gwiazd,
nie topiąc zamiarów w rezygnacji. Pojmować, ochraniać dobro
i wierzyć szczęściu salutując. Pod zmienną, szarą powałą nieba,
gdy błękit jest rarytasem i nadzieją, na ziemi wzbogaconej o wody
Bałtyku i drapiące niebo szczyty Tatr, mógłbyś teraz żeglować
i poczuć ślizg nart, idąc w zawody, wciąż będąc mistrzem.
Dodam też bezszelestnie i przyjaźnie, że z miłością słuchamy
muzyki Chopina, i pilnie strzeżemy jego fortepianu,
i nie musisz już tęsknić do Ojczyzny, ona jest, zobacz,
choć w naszej niepewnej teraźniejszości ideały tak troskliwie
gładzone przez jednych, strącane są w liście łopianu przez drugich.
2021 Wyróżniony
16.01.2022
Wigilijny wieczór
Ocean błękitu ukryty pod pierzyną chmur,
Gwiazdy pospadały na choinek jodłowych
Chór, na barwne lica bombek i łańcuchów.
Płoną ledowe lampki, płyną kolędy w D-dur.
Na białym obrusie krzyż i świece, opłatki
Białe i nakrycia stołowe, także dla gościa
I uśmiech na twarzach pełen serdeczności,
I Bóg z nami do stołu usiądzie, zadatki
Dobrego jutra przekaże, aż tkliwość nas
Ogarnie na środku radosnej nowiny. To
Jakby skrzynia pereł otwarta przed nami
- Bożego Narodzenia roztacza się blask.
Były życzenia pełne słońca i obfitości,
Nadszedł czas na Wieczerzę, jak zawsze
Z tradycją - nie kłóciły się zupa rybna
Z grzybową i pieczoną rybą bez ości.
Tak wiele jeszcze uczuć do okazania
- rozłożymy je na cały okres świąt,
A teraz wpierw usłyszmy dźwięki
Oznajmiające chwilę obdarowania
Nas prezentami, ukrytymi pod gałązkami.
Tam najskromniejszy podarek obudzi
Dziecięcą wyobraźnię z niespodzianek
I oczy pełne zapału zachwytem potrudzi.
Błyszczą pojazdy kosmiczne, stoją ściany
Z gier planszowych, spór wiedzie koszula
Z krawatem i damski sweterek się chwali,
Ileż prezentów... kolejny w dłoni trzymany.
Anielskie chóry w niebie kolędy ćwiczą, głosy
Z przestrzeni płyną. Zbliża się pora Pasterki,
I my powitamy Małego Jezusa w stajence!
Niech dzwony światu radosną nowinę głoszą.
W świątyni mieni się blask na radosnych obliczach
Zakrytych maseczkami, z wysoka cudownie odnawia
Nas piękna kolęda „Bóg się rodzi, moc truchleje...”,
To jakby Mszę Świętą sam Pan Bóg odprawiał.
grudzień 2021
DAWNA CHOINKA
Iglasta, zielona, niewymuszona i strojna,
Taka gościnna i wesoła, a taka dostojna.
Pełna wzruszeń, miłej młodości i wiary.
Rośnie w ogrodzie, a druga weszła do fary.
W naszym mieszkaniu mamy drzewko z lasu
- ma ograniczoną wolność, bo jest w donicy,
Ale sięgnie do gwiazd, bo przed nią dużo czasu.
Wyrośnie na elegancką jodłową damę okolicy.
Tymczasem jest właściwa pora, by uczuć czar
Zwielokrotnić, promienieć optymizmem z ócz
I zawieszać na gałązkach barwne cacka i dar
Nieba niejeden - jabłuszka, orzechy, oprócz
Ostów i pokrzyw, cukierki w złotkach, bombki
Z wydmuszek, pełne słońca, domki i gwiazdki
Ze srebra, złote żołędzio-szyszki, anielskie trąbki,
A jeszcze słomiany łańcuch i świeczek namiastki
W dawnych oprawkach, na czubie srebrna gwiazda.
A każde cacko ma swoje miejsce na wybranej gałązce,
Pyszni się światłem świec. Może się zdarzy jazda
Saniami po śniegu, a może motyl usiądzie na wstążce.
A przy choince żłóbek z Dzieciątkiem, Matka Jezusa
I św. Józef, pasterze i zwierzęta oddają pokłon
Nowonarodzonemu. Nucimy kolędy, raduje się dusza
- w Wigilię aniołowie fanfarami otwierają nieboskłon.
grudzień 2021
Na Adwent
Pan Bóg nie zasępia czoła i nie pociera skroni,
Pomyśli o zamęcie ludzkim i pomocnej dłoni.
Z Archaniołem gwiazdy zwoła i poruszy,
Niech się zrobi lżej na ludzkiej duszy.
Matka Boska zatroskana haftem przyozdabia
Kaftanik zgrabny, a syneczek w niej rozrabia.
Cudowna Panno, wielka w Tobie nowina,
Urodzisz Zbawiciela dusz naszych - syna.
Oto pora oczekiwania i refleksji - oto ścieżki
Do Pana, obyśmy spostrzegli swoje grzeszki,
Zmyli je i gdy wypełni się czas, powitali, mili,
Dzieciątko Jezus, które na sianku zakwili.
25.11.2021
Białe obłoki
Wojażer. Każdy ma swoje potrzeby i pragnienia. Trzyma je na uwięzi lub nie jest w stanie zaspokoić potrzeb i dusi pragnienia. Co się wówczas dzieje? Edeniusz ma wiele marzeń, które jarzą mu się w sposób tak złożony, że czuje się wśród nich jak w lesie. Las jest wówczas dla niego spełnieniem. Tak zawsze było. Jestem tu i mogę być tam, myśli. Nie jak to podróżny… Chwilami czuje się wieloosobowy, przenikający każdego, kto przy nich stanie i wynikający z pragnienia bycia bliskim drugiego człowieka, zmieniający dane osobowe w zależności od sytuacji i formatu teraźniejszości. Jeśli to Alojzy, to na pewno on, jeśli to Zygmunt, to też Teofast, jeśli na furmance, to też… Także w kosmosie i nad jeziorem, w lesie i na pustyni, na koniu na biegunach… Jak każdy, chciałby być wszędzie. Jest więc przenośnią i przenośnikiem, ale także oksymoronem… Były również marzenia o krajach na końcu świata i marzenie o rejsie „Pogorią” po oceanie, ale także na okręcie wojennym, ale skończyło się na zwiedzaniu Aurory, a lot w kosmosie upadkiem ze stogu zboża. Wpłynięcie w Głębię Challengera w Rowie Mariańskim to tylko nurkowanie na basenie, no i jeszcze miał epizod na scenie… Świat się wlecze i wścieka, ściska i burzy, powstaje i umiera, rozpędza i znika… Czy jesteśmy asertywni? Nadal czynny jest sklep na skrzyżowaniu ulic Rzędnej i Odciętej, w południowym narożniku tych ulic. W dawnych tu delikatesach stałem po paczkę dziesięć deko kawy i czekoladę marki d. E. Wedel. Obie ulice bardzo się nie znoszą. Wciąż dochodzi tu do kolizji Odciętej z Rzędną, przechodnie jednak nic o tym nie wiedzą, bo sami ze sobą mają starcia i wtedy zdarzają się epitetowe pociski. Pewnie to jest ta wielowątkowa sprawa...
26
Oto wszedł do tego sklepu klient, Edeniusz. Rozejrzał się po suficie i ścianach. Powierzchnie tychże znajdowały się w obłokach. Zachęcony zjawiskowym widokiem, rzekł: – „Powiedzmy, Gantenbein…” To miało być powitanie, ale ekspedientka o takim pozdrowieniu nie słyszała. Nie zapytała, kto to napisał. Tylko zauważyła faceta. Wtedy domyślając się o co chodzi, wyjaśnił: – To pewien Szwajcar, Max Frisch, napisał taką opowieść, a wyjątek z niej ze strony 187 brzmi: Jeszcze jesteście skrupulatni mówicie: Polak, uchodźca, który swego czasu mieszkał u nas…” – ekspedientka nie reagowała na głos klienta, jeszcze nie wiedziała o co chodzi, co tam taki klient, kto by rozumiał takie dowcipy, on sam pewnie nie rozumie. Ale myślała, że zaraz zapyta. Rzeczywiście, zapytał, czy widziała w ogóle uchodźcę oraz czy może kupić taki mniejszy obłok – wskazał na białego baranka na suficie – żeby sobie mógł go umieścić nad jego domem i polem należącym do niego, nad łąką, na której lubi wypoczywać, na tle błękitnego nieba, a obłok by robił mu cień, a ona na to, że codziennie widzi uchodźców w telewizji oraz, że obłoków nie sprzedaje, bo nie ma gdzie przechowywać, a niebo jest za daleko, a te ze ściany są dziełem znanego malarza i nie są na sprzedaż. Zaskoczona zachowaniem mężczyzny nic więcej nie potrafiła powiedzieć. A jednak po sekundzie dodała: Zatem te na okładzinach wyznaczających kubaturę sklepu nie nadają się do powszechnego… użycia. – Tak, rozumiem, a Polacy są też uchodźcami, zupełnie jak obłoki, słyszała pani? Powtarzamy to na niejednym kroku: wszyscy jesteśmy uchodźcami. W Szwajcarii też… Też mieszkali i mieszkają różni. Max z opowieści zna panią Lilę i mówi, że to cudowna kobieta! Zapoznał z nią swoich bohaterów. Poznała ją pani? – Jeszcze nie była u nas. – No tak. Lila z wdzięczności za jego obecność poprawia mu krawat. – Gdzie to się dzieje? – Na stronie 147. A w „Dzienniku” z 1967 roku autor pisze, że: „do obiadu zjawiło się sześciu panów. Nie różnią się od pozostałych kuracjuszy.” A więc Frisch kuracjusz, a czy byli tam uchodźcy? – Ja nie wiem, to pan pewnie wie. – Tak, czemu nie. W pewnym wieku jest wielu kuracjuszy. „Kiedy tak patrzę na tych panów…” „Czwarty nieco otyły, trzeci łysy, piąty pozornie bez protezy,
27
nikt by nie… pomyślał, że to starcy.” Max nie powiedział, czy byli uchodźcami, ale my powiedzmy, że byli. Uchodźcami są ludzie przez wszystkie wieki istnienia świata i tak już będzie do końca. Zwierzęta też przenoszą się do lepszych miejsc. Wpadają w dolinę paraboli, czytają sobie przypowieści i wloką się zawsze w stronę tego miejsca… Ludzkość sama sobie się dziwi i płynie do ostateczności, która jest dla wielu pustką, ale dla wielu nadzieją. Czy ma pani liście laurowe? Potrzebuję do pieczeni na dziko. – Nie prowadzimy. Pan poluje na dzikie zwierzęta? – Nigdy! No wiecie... One się dają prowadzić? Doprawdy... Kolejne sekundy przedłużające się do minut. Pani ekspedientka usiadła na ladzie. Nikt nie przychodził. – Ludzki mózg jest to narząd ważący mniej o dwadzieścia deko od półtora kilograma – popisuje się jak umie. – To jest dla danego osobnika geniusz. Dowódca na pierwszej linii frontu, wielki marszałek dla ciała, kości, przewodów, kiszek i narządów… Potrafi się zająć trzydziestoma bilionami własnych komórek, współdziałać z komórkami mikroorganizmów funkcjonujących w ludzkim organizmie, regulując całość działalności, często jednak nie do końca skutecznie i nie zawsze da się wysłać na wojnę taką armię, która pokona wroga. Zwłaszcza, że człowiek jako istota skłonna do stwarzania sobie przyjemności, już od narodzenia, często sama sobie zagraża, a innych przeraża, lecz często nie przerasta. To niesamowicie skomplikowany narząd chemiczno-elektryczny. Jego wszechmoc musi ogarniać całość w każdym najmniejszym wymiarze, wysyłać sygnały, informacje, nakazy, obdarzać intelektualnym dobrem. „Powiedzmy, Gantenbein…”, chociaż on takim nie był. Mózg nie jest uchodźcą. Wydaje mu się, że widział swoje narodzenie. Pani na ladzie ziewnęła. „Mam go rozpędzić, tego nudziarza, czy może wznieść toast?” Przyznajmy się: Klient Edeniusz, ale to wiemy, kocha wnikanie w absurdy i wikłanie się w problemach. Kamila jest prostolinijna z pięknymi kształtami (on jeszcze nie wie jak jej na imię). – To też domena narządu – trudno powiedzieć, która cząstka galaretowatej masy urządzenia chemiczno– elektrycznego o tym decyduje – ciągnie występujący.
28
Jeszcze ma mało. – To czym pani się zajmuje? – Handlem. Widzi pan... Niech pan kupi gwoździe. – Handl… Dlaczego gwoździe? – Może pan sobie wbić je w pański piękny mózg i zmienić bieg… myślenia. – Niczego nie chcę zmieniać, ale te gwoździe kupię. Właśnie mogą mi się przydać – do zabicia świata dechami. Co pani na to? Czy pani się wtedy przeprowadzi…? – Nie prowadzimy gwoździ. Ja tylko tak sobie... – O, gwoździe też można prowadzić… To proszę sprowadzić. A skąd? Ma pani takie możliwości? Tej huty już nie ma… – O, tu korespondencja dla pana – podała mu karteczkę o wymiarach 4,5 x 14,5 cm. – Od kogo? – Edeniusz jakby Teof, czyta: „styczeń 1987 r. P. Profesorze! Jeśli to pański Wongiel, to proszę czekać, ja o 2000 przyjdę wrzucić”. – To lecę – na to Edeniusz T. – za trzy godziny muszę być w domu. Będzie wrzucanie do piwnicy. – Wpadnę do pani jutro, może będzie miała pani świeżą dostawę... to kupię. – Jutro przywożą pomarańcze i cytryny. Będzie kolejka. – O... Fajnie. Będę stał. Okazało się, że to nie był węgiel Edeniusza. Jak wrócił do domu, to żadnego węgla przy jego okienku nie było. Leżał na wznak i oglądał przez okno lazur nieba między obłokami. O gwoździach w tym momencie nie myślał. Myślał o tym obłoku na suficie. W sklepie nie ma twojego obłoku, śmiał się, bo nie było w hurtowni. Łąka już kwitnie, trzeba kosić i suszyć trawę na siano, przyszło mu na myśl. Kamila to jego nieznajoma, do której wróci. Mogłaby przyozdobić sobą łąkę... Białe obłoki w sosie śniegowym, całe połacie, teraz między koronami sosen, wyniósł się z łąki... Widzi ja i ubiera w piżamę... Tu też jesteś emigrantem, pomyślał. A nawet azylantem, chciałbyś. Szumi las, pachnie żywicą, pokładami poszycia leśnego, zachwyt podnosi się z krzesła, oszołomienie szaleje, napędzane są marzenia (nie podano rodzaju napędu; na pewno napęd automatyczny), ożywi się jeszcze, gdy ona położy się przy tobie, teraz jesteście w wagonie sypialnym snów, za wami
29
podąża chuć, czy to ta która ci odmroziła krocze? Kto kroczy
obok? Któraś broń strzela obcasami, kostka brukowa pięknieje
pod jej piętami odzianymi w korki, ona się nie chce zdewaluować,
on się nie chce zdenerwować oczekiwaniem, nie lubi inflacji,
gdy zauważa oddział takich pań, wyraźnie polujących na
niego, na jego róg bawoli... Chciałby... Zaraz zaczyna trąbić…
Ależ nie, on już siedzi w borze na sośnie i jest niedostępny.
Nadal myśli o ekspedientce i zaprasza, chociaż nie wie jeszcze
gdzie... Zszedł z chojara.
6 września 2018
Zjadam głęboki talerz kwaśnicy
i idę w góry. Na trasie źdźbła niepewności.
Pieniny to miejsce,
gdzie sam sobie wiszę na zachęcie,
jak sosna na Sokolicy. Dowiaduję się
o wypadku, który mnie rozbraja
– dziewczyna traci przytomność
a wiatr z łopat helikoptera łamie pierwszą gałąź
kultowej sosny, kaleczy piękną historię,
której już nie pozna Judym. Jakby tego było mało,
następna boczna gałąź odłamuje się
17 lutego 2019. A gdzie jest dziewczyna?
Moja spocona jaźń nie zdążyła nawet
zetrzeć potu z czoła. Woła ratunku,
lecz ten tym razem nie nadlatuje.
Nikt się nie zgłasza, by pomóc naturze.
Piękno, które zadziwiało,
wzrastało nad przepaścią,
aż do tej chwili. Dunajec się wił
i chciało się podziwiać urodę tego miejsca.
Takie cudowne legendy snuły się
razem ze smugami mgieł,
że miało się chętkę na lody.
Teraz, wśród kwiatów i rozterek
emanacja barw przestała zachodzić,
jakby tego, co widzisz nie dało się
zrozumieć bez wejścia na Trzy Korony.
Po otrzymaniu kłującej wiadomości
moja pochmurność osiągnęła
największą gęstość.
Dobrze, że nie ma ujemnych monet...
Dlaczego nie znamy tej turystki?
Już nie wejdę na zranioną Sokolicę.
Oto moneta czasu i sukces trwania
– skała się kruszy, ramię traci swoją moc,
ochota nie staje się wejściem.
Chciałoby się zastosować zegar fotonowy,
może jutro byłoby doskonalsze.
Oto wiązka fotonów odbija się w lustrze
i leci wprzód i wraca i leci i wraca...
trzymając się praw fizyki,
niby pałątka niebieskooka
i trudno nie tonąć w ciekawości.
I nie poruszać się po linii prostej,
i nie gniewać się na helikopter.
I tli się to pragnienie:
wejść na Sokolicę marzeń,
posadzić tam młodą sosnę...
Grać na marzeniach i wygrywać.
2019/20