czwartek, 12 maja 2022

Raty

 


    



Raty   

Albin Babiak z Chaty 

 Kupił stół na raty. 

 Pierwszą zapłacił za blat, 

 Bardzo z tego rad, 

 Następne były za cztery nogi. 

 Fajnie, że to nie mebel ze stonogi, 

 Bo musiałby sprzedać 

 Ze dwie chaty i na stole spać.






 Szósta osiemdziesiąt 

 Noc rozstawiła swoje nawiasy tak odlegle od siebie, że mogliśmy jechać do poranka zupełnie swobodnie, przestrzegając prędkości wymaganej o tej porze doby. Danka prowadziła samochód. Miała lekkie i wprawione w czynności kierowcy ręce, które działały jak znakomity automat, reagujący w porę na zmienne sytuacje na drodze. Wjechaliśmy w cień źle oświetlonej dzielnicy, mając po drodze oszklony budynek o wysokim parterze i dużych oknach. Zauważyła wewnątrz moją siostrę Polę, co mnie bardzo zaskoczyło i poczułem się wniebowzięty. Była młodsza, ani jednej zmarszczki, ciemne szatyn włosy, okrągła, ładna buzia. 

    – Zobacz, kto nas widzi… – powiedziała Danka. 

    Pola uśmiechała się, ale był w tym dziwny smutek.

Powiedziałem do żony: – Widziałaś jej uśmiech? 

– Tak… 

 Polka szła w kierunku wyjścia. Danka zatrzymała auto, ale nie wiem, czy poszła ze mną. Na pewno tak... Zatem szliśmy w kierunku wnętrza pełnego świtu. 

Powiedziałem: 

     – Poleczko, ach… 

    Usłyszałem: – Mój kochany braciszku. I kochana bratowa! 

Skrzyżowaliśmy ręce w uścisku. 

Odezwałem się płaczliwym głosem: 

    – Wracasz do nas, jaki to cud… 

     W tym momencie scena się urywa. Paulinka znika jak cień, a ja przerażony budzę się z przyspieszonym biciem serca. 

    – Siostrzyczko, możesz mnie odwiedzać, ile razy zechcesz. 

 Była szósta osiemdziesiąt. 

    – Wstań, bo nie zdążysz – powiedziała Danka. – A weź pod uwagę, że ten budzik raz jest sprawny i pokazuje dobry czas, a raz zasypia, tak jak ty. Dzisiaj nie dzwonił. Takie mamy dzisiaj produkty. 

     – To, która jest…? 

     – Nie wiem. Jak cię szef ochrzci, to będziesz wiedział. 

     – Zaraz ochrzci. Już jestem... Franciszek może też się spóźnić, ostatecznie to przyjaciel… 

     Taki też był cały dzień.



czwartek, 14 kwietnia 2022

Wielkanoc 2000

 




                           Z "Gościa Niedzielnego" nr 15

                                                17 kwietnia 2022

😊💗💚💜💓💓💚

Wielkanoc 2000

                     Spodobało się Panu

                       Zmiażdżyć Go cierpieniem.         

 

Przed dniem ustanowienia

Eucharystii i kapłaństwa

wyruszyliśmy w podróż do

miejsca zwanego

Ogniskiem Rodzinnym

 

Wiodła nas nadchodząca Radość 

Zmartwychwstałego Chrystusa

 

Unoszeni siłą pędu uczuć

w szczególnym stanie ducha

przygotowani do

przyjęcia Eucharystii

brodziliśmy pośród młodej

zieleni i żółci pól

wśród oaz bieli

ukwieconych ogrodów

i parków

 

Śliwy obezwładniały 

szaleńczymi zapachami 

a kaczeńce w wiosennych

wodach błyszczały w rowach  

jak natchnione

Znieruchomiały szczupaki

ożyły bobrowe konstrukcje

Ptaki w nagich gałęziach                    

malowały wiosnę dziobkami 

To laguny

wiosennych upojeń

Oddychaliśmy powietrzem

buchającym tlenowym

bukietem

Wizg powietrza wiercił

w uszach

wzbudzając euforyczne

nastroje

 

Taki jest cud narodzin życia

Zmartwychwstały Pan

przywraca nadzieję            

 

Istnienie śmierci przesłonięte                                                      

zostało Bożą miłością

a radość przybrała postać

otwartych drzwi 

Nawet gdyby

niebezpieczeństwo

ujawniło swoje oblicze

nie uwierzylibyśmy

wdzięczni Zmartwychwstałemu Panu

za dar istnienia

 

Optymizm rozlał się

błękitem na progi

rodzinnego losu 

 

                           Wielki Piątek, 21.04.2000    

 

 


 

 

 

 

poniedziałek, 14 marca 2022

Po pierwszej nawałnicy

 



     „Irga”     Eugeniusz Rychlicki

 

  Po pierwszej nawałnicy

 

Chciałbym, aby nasi krewni, zgromadzeni w niebiesiech,

chociaż raz tłoczyli się do wyjścia na spotkanie z naszym

światem… Pierwszymi mogliby być prastarzyk Francik

z prastarką Adelą. Niechby pytali, no i jak wom się żyje,

Lojzik? Godej. Odeszli przed laty, dziś zalogowaliby się

w internecie i żadna ikonka nie zostałaby anulowana.

 

Jako dziecka łaziyli do niemieckiej szkoły, a gdy Francikowi

to obmierzło, poszoł do roboty na grubie Laura i wracoł

z klockiem. Kochoł tylko swoja Adelka. Szczewiki kupowoł

u Baty, a na piwo chodził do Baldra. Był powstańcem

i nikomu się nie podlizywoł. A prastarka uczęszczała

do minderhajtki, bo tam dostawała za darmo

zeszyty i książki, a starzyk na grubie stracił burza loków.

 

Godali po śląsku, a ich dziołchy i synki już chodzili

do polskiej szkoły. Na późniejszej Omańkowskiej karlusy

dostawali po zadku, jak to synki. Ana i Wilma były prymuskami,

ale wolały kajś robić. Gdy Any kamratka, Mia, wpadła… stała się

zowitką, to żeby pracować musiała bajtla przechować w ochronce.

 

Prastarka wiela razy gorszyła się i godała z rechtorem.

  Pedziała belfrowi, czy łon pytoł synka, czy łon dzisioj

jodł śniadanie, czy pytał go, jak on się czuje. Nie, to jakim

prawem mu rozkazuje. Ja jestem jego matką i na to nie

pozwolę. Była rozżalona jeszcze z tego powodu, że rechtor

mówił, a nie godoł po naszymu.

 

Przy śniadaniu, skuli wodzionki, mieli długie zęby, niby gryzonie,

a na obiad spóźniali się na żur, chyba że był z wędzonką,

to nie, ale żodne makagiki, jak padoł hajer Francik,

zaś na wieczerza był chlyb z tłustym i kakałszale.

Głód chodził w czornym szakecie i odpychoł szkołę

w dal, jak stąd do Marsa. Wydostawali się z biedy

w żółwim tempie, a niekiedy wpadali do biedaszybu.

Ja. Myśla, że terozki łoni tam w niebiesiech nom

przytakują i przają, logują się i klikają…

                                                                          

                                                     III miejsce w Konkursie Literackim 2022

                                                    ZO ZNP w Chorzowie

 ** makagiki - ciastka z masy karmelowej, miodu i maku. rechtor – nauczyciel; karlus - chłopiec minderhajtka - niemiecka szkoła mniejszościowa zowitka - panna z dzieckiem gruba – kopalnia; grubiorz - hajer – górnik, górnik strzałowy markownia – przejście w bramie, gdzie górnik otrzymywał znaczek, z którym zjeżdżał na oddział w kopalni Grundschule – niemiecka szkoła podstawowa skuli – z powodu; tłuste - smalec

 

 




 

 


poniedziałek, 7 lutego 2022

W słodkiej ciszy




 

W słodkiej ciszy 


 Jakbym patrzył w lusterko wsteczne, 

 w którym można ujrzeć odbytą przeszłość. 

 Najpierw jest Cyprian Kamil, nieobecny w XIX w., 

 odkryty jak perła przez Zenona Przesmyckiego, 

 potem Krzysztof Kamil mocno zauważony i proroczo 

interpretowany przez Kazimierza Wykę oraz trzeci poeta 

Tadeusz Różewicz, którego losy także były dramatyczne, 

 lecz nie jak Norwida i Baczyńskiego. Z poezji wylatujemy 

statkiem kosmicznym w przestrzeń wyobraźni Stanisława Lema. 


 Wówczas mamy nadzieję na ucieczkę od ziemskiej szarpaniny 

i osiedlenie w raju na wybranej planecie. Lecz co fantastyczne 

nigdy nie jest tak nieprawdziwe, aby nie mogło być realne. 

 To z tej nadziei i prostoty wyłania się wirtuozeria poezji 

trzech twórców. Ze słodkiej ciszy Norwida wyrasta wielki 

patriota, za nim drugi po wieku nie chce przeżywać dramatu 

Słowackiego z powodu 1831 roku - Baczyński ginie w Powstaniu 

Warszawskim. Tadeusz Różewicz walczy w oddziałach leśnych, 


 a oddając się twórczości poetyckiej nadaje jej nowy kształt i ona 

wydzielała się z gorących głów pokolenia doświadczonego 

tragedią wojny. Twórcy z tego samego roku urodzenia, 

 razem z Norwidem stali się patronami roku 2021, bo liczą się 

fundamentalne czyny... Słowa poetów ziębią i parzą, 

pachną otuchą i dźwięczą z głębi szafirowego nieba, 

mają skrzydła, są pełne słońca i dają osłonę z cienia. 

 Dzisiaj wszyscy czterej twórcy, przybrani laurami, 

 są już nad nami zawrotnie wysoko.

                                                                         2021

           

wtorek, 25 stycznia 2022

Harfista

 

 




Harfista 

 Wczoraj - to jest dziś, tylko trochę dalej.

                                      Cyprian Kamil Norwid 

 W parku na górze, gdzie wiatr gra na zapomnianej 

harfie eolskiej, płyną ruczajem wspomnienia 

 o romantycznych wizjach poetów - 

 wczoraj Walenty Wańkowicz portret Adama Mickiewicza 

 malował na Judahu skale. Dzisiaj słychać w świecie 

muzykę lęku i orkiestrę wiedeńską bez udziału publiczności. 

Gdy Adam odszedł, byłeś w Paryżu, „Czy podam się o amnestię?” 

Rozglądam się za Cyprianem Kamilem... Wieszcz pyta o dzisiaj 

- kogo-czego ty szukasz, powietrze myślą przeczesujesz... 

 Pytam nas, czy próbowano zbudować działo elektronowe, 

które wytrzebiłoby wrogie elementy koronawirusa? 

Bo trzeba izolować naród i zadbać o jego kondycję, tak jak Ty, 

Wieszczu, z troską o nas myślałeś i nie pulsometrem mierzyć 

nastroje społeczne. Otwieram mój prywatny dyptyk, 

 sięgam po modlitwę, oddalam się na bezpieczną odległość 

od rzeczywistości i nie utulając czujności, 

czekam na poszczepienną moc... 

Dzisiaj jest już dłuższe od wczoraj, to i nadziei więcej.

                                                                                       2021




niedziela, 16 stycznia 2022

A to „Moja piosnka”

 




A to „Moja piosnka” 

                       Kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna. 

                                                     Cyprian Kamil Norwid

 „Pisałem we Florencji 1844 r.” - zaznaczył Poeta 

i poczułem jak katusze lat minionych padły na twarz 

brzękliwie rozbite. Tak, odkryłem Cię, Tyś mi z tej ziemi brat. 

 Lecz zmartwiony jakże gęstym ściegiem - tyle krzywd, wciąż źle, 

tam Tobie, tu nam i rozglądam się, gdzie jestem, co widzę w mej dłoni 

- zaborczą nić trzymam, i cóż z nią uczynić, czy naszyć na zapas 

 frasunku kobiałkę, zasmucić Norwida sporami rodaków, 

bo wciąż tacy sami... Nie, Cyprianie, nie jest tak źle, 

dzida w pogotowiu, która balony pustych słów będzie przekłuwać,

 już czeka w zbrojowni. Chodzi o to, by dobro i krasa odziane 

 w wiarę nie wyjechały do pyskowni. Wyjdziemy z pandemii, 

uwolnieni z pętli i żadna nić czarna prząść nam przyszłości nie będzie. 

Wzmocnimy oddech i kości, wytrzemy łzy, zagramy na fortepianie, 

 wreszcie słoneczni ruszymy w gości. Dla Ciebie Wieszczu, 

dziś to wiemy, wzrastają źdźbła trawy i kwitną róże, śpiewają drzewa 

i liczne ptactwo, zefir musztruje giętkie wikliny, srebrzy się tafla 

niejednego jeziora i dusza widzi życia bogactwo. 

 Mamy marzenia, by poprawiać, lecz nie psuć i nie bajdurzyć, 

 ulegać raczej czarowi milczenia, nie ulatując w stronę gwiazd, 

 nie topiąc zamiarów w rezygnacji. Pojmować, ochraniać dobro 

 i wierzyć szczęściu salutując. Pod zmienną, szarą powałą nieba, 

 gdy błękit jest rarytasem i nadzieją, na ziemi wzbogaconej o wody 

 Bałtyku i drapiące niebo szczyty Tatr, mógłbyś teraz żeglować 

i poczuć ślizg nart, idąc w zawody, wciąż będąc mistrzem. 

 Dodam też bezszelestnie i przyjaźnie, że z miłością słuchamy 

muzyki Chopina, i pilnie strzeżemy jego fortepianu, 

 i nie musisz już tęsknić do Ojczyzny, ona jest, zobacz, 

choć w naszej niepewnej teraźniejszości ideały tak troskliwie 

 gładzone przez jednych, strącane są w liście łopianu przez drugich.

                                                                               2021  Wyróżniony

 


16.01.2022

piątek, 17 grudnia 2021

Wigilijny wieczór

 

 

Wigilijny wieczór

 
Ocean błękitu ukryty pod pierzyną chmur,
Gwiazdy pospadały na choinek jodłowych
Chór, na barwne lica bombek i łańcuchów.
Płoną ledowe lampki, płyną kolędy w D-dur.

Na białym obrusie krzyż i świece, opłatki
Białe i nakrycia stołowe, także dla gościa
I uśmiech na twarzach pełen serdeczności,
I Bóg z nami do stołu usiądzie, zadatki

Dobrego jutra przekaże, aż tkliwość nas
Ogarnie na środku radosnej nowiny. To
Jakby skrzynia pereł otwarta przed nami
- Bożego Narodzenia roztacza się blask.

Były życzenia pełne słońca i obfitości,
Nadszedł czas na Wieczerzę, jak zawsze
Z tradycją - nie kłóciły się zupa rybna
Z grzybową i pieczoną rybą bez ości.

Tak wiele jeszcze uczuć do okazania
- rozłożymy je na cały okres świąt,
A teraz wpierw usłyszmy dźwięki
Oznajmiające chwilę obdarowania

Nas prezentami, ukrytymi pod gałązkami.
Tam najskromniejszy podarek obudzi
Dziecięcą wyobraźnię z niespodzianek
I oczy pełne zapału zachwytem potrudzi.

Błyszczą pojazdy kosmiczne, stoją ściany
Z gier planszowych, spór wiedzie koszula
Z krawatem i damski sweterek się chwali,
Ileż prezentów... kolejny w dłoni trzymany.

Anielskie chóry w niebie kolędy ćwiczą, głosy
Z przestrzeni płyną. Zbliża się pora Pasterki,
I my powitamy Małego Jezusa w stajence!
Niech dzwony światu radosną nowinę głoszą.

W świątyni mieni się blask na radosnych obliczach
Zakrytych maseczkami, z wysoka cudownie odnawia
Nas piękna kolęda „Bóg się rodzi, moc truchleje...”,
To jakby Mszę Świętą sam Pan Bóg odprawiał.

                                      grudzień 2021

DAWNA CHOINKA

 

DAWNA CHOINKA

 
Iglasta, zielona, niewymuszona i strojna,
Taka gościnna i wesoła, a taka dostojna.
Pełna wzruszeń, miłej młodości i wiary.
Rośnie w ogrodzie, a druga weszła do fary.

W naszym mieszkaniu mamy drzewko z lasu
- ma ograniczoną wolność, bo jest w donicy,
Ale sięgnie do gwiazd, bo przed nią dużo czasu.
Wyrośnie na elegancką jodłową damę okolicy.

Tymczasem jest właściwa pora, by uczuć czar
Zwielokrotnić, promienieć optymizmem z ócz
I zawieszać na gałązkach barwne cacka i dar
Nieba niejeden - jabłuszka, orzechy, oprócz

Ostów i pokrzyw, cukierki w złotkach, bombki
Z wydmuszek, pełne słońca, domki i gwiazdki
Ze srebra, złote żołędzio-szyszki, anielskie trąbki,
A jeszcze słomiany łańcuch i świeczek namiastki

W dawnych oprawkach, na czubie srebrna gwiazda.
A każde cacko ma swoje miejsce na wybranej gałązce,
Pyszni się światłem świec. Może się zdarzy jazda
Saniami po śniegu, a może motyl usiądzie na wstążce.

A przy choince żłóbek z Dzieciątkiem, Matka Jezusa
I św. Józef, pasterze i zwierzęta oddają pokłon
Nowonarodzonemu. Nucimy kolędy, raduje się dusza
- w Wigilię aniołowie fanfarami otwierają nieboskłon.


grudzień 2021



niedziela, 28 listopada 2021

 

 


 

Na Adwent


Pan Bóg nie zasępia czoła i nie pociera skroni,
Pomyśli o zamęcie ludzkim i pomocnej dłoni.
Z Archaniołem gwiazdy zwoła i poruszy,
Niech się zrobi lżej na ludzkiej duszy.


Matka Boska zatroskana haftem przyozdabia
Kaftanik zgrabny, a syneczek w niej rozrabia.
Cudowna Panno, wielka w Tobie nowina,
Urodzisz Zbawiciela dusz naszych - syna.


Oto pora oczekiwania i refleksji - oto ścieżki
Do Pana, obyśmy spostrzegli swoje grzeszki,
Zmyli je i gdy wypełni się czas, powitali, mili,
Dzieciątko Jezus, które na sianku zakwili.


                                                    25.11.2021

sobota, 20 listopada 2021

Protokół rozbieżności

 

 


 

 

Białe obłoki

Wojażer. Każdy ma swoje potrzeby i pragnienia. Trzyma je na uwięzi lub nie jest w stanie zaspokoić potrzeb i dusi pragnienia. Co się wówczas dzieje? Edeniusz ma wiele marzeń, które jarzą mu się w sposób tak złożony, że czuje się wśród nich jak w lesie. Las jest wówczas dla niego spełnieniem. Tak zawsze było. Jestem tu i mogę być tam, myśli. Nie jak to podróżny… Chwilami czuje się wieloosobowy, przenikający każdego, kto przy nich stanie i wynikający z pragnienia bycia bliskim drugiego człowieka, zmieniający dane osobowe w zależności od sytuacji i formatu teraźniejszości. Jeśli to Alojzy, to na pewno on, jeśli to Zygmunt, to też Teofast, jeśli na furmance, to też… Także w kosmosie i nad jeziorem, w lesie i na pustyni, na koniu na biegunach… Jak każdy, chciałby być wszędzie. Jest więc przenośnią i przenośnikiem, ale także oksymoronem… Były również marzenia o krajach na końcu świata i marzenie o rejsie „Pogorią” po oceanie, ale także na okręcie wojennym, ale skończyło się na zwiedzaniu Aurory, a lot w kosmosie upadkiem ze stogu zboża. Wpłynięcie w Głębię Challengera w Rowie Mariańskim to tylko nurkowanie na basenie, no i jeszcze miał epizod na scenie… Świat się wlecze i wścieka, ściska i burzy, powstaje i umiera, rozpędza i znika… Czy jesteśmy asertywni? Nadal czynny jest sklep na skrzyżowaniu ulic Rzędnej i Odciętej, w południowym narożniku tych ulic. W dawnych tu delikatesach stałem po paczkę dziesięć deko kawy i czekoladę marki d. E. Wedel. Obie ulice bardzo się nie znoszą. Wciąż dochodzi tu do kolizji Odciętej z Rzędną, przechodnie jednak nic o tym nie wiedzą, bo sami ze sobą mają starcia i wtedy zdarzają się epitetowe pociski. Pewnie to jest ta wielowątkowa sprawa...

 26 

Oto wszedł do tego sklepu klient, Edeniusz. Rozejrzał się po suficie i ścianach. Powierzchnie tychże znajdowały się w obłokach. Zachęcony zjawiskowym widokiem, rzekł: – „Powiedzmy, Gantenbein…” To miało być powitanie, ale ekspedientka o takim pozdrowieniu nie słyszała. Nie zapytała, kto to napisał. Tylko zauważyła faceta. Wtedy domyślając się o co chodzi, wyjaśnił: – To pewien Szwajcar, Max Frisch, napisał taką opowieść, a wyjątek z niej ze strony 187 brzmi: Jeszcze jesteście skrupulatni mówicie: Polak, uchodźca, który swego czasu mieszkał u nas…” – ekspedientka nie reagowała na głos klienta, jeszcze nie wiedziała o co chodzi, co tam taki klient, kto by rozumiał takie dowcipy, on sam pewnie nie rozumie. Ale myślała, że zaraz zapyta. Rzeczywiście, zapytał, czy widziała w ogóle uchodźcę oraz czy może kupić taki mniejszy obłok – wskazał na białego baranka na suficie – żeby sobie mógł go umieścić nad jego domem i polem należącym do niego, nad łąką, na której lubi wypoczywać, na tle błękitnego nieba, a obłok by robił mu cień, a ona na to, że codziennie widzi uchodźców w telewizji oraz, że obłoków nie sprzedaje, bo nie ma gdzie przechowywać, a niebo jest za daleko, a te ze ściany są dziełem znanego malarza i nie są na sprzedaż. Zaskoczona zachowaniem mężczyzny nic więcej nie potrafiła powiedzieć. A jednak po sekundzie dodała: Zatem te na okładzinach wyznaczających kubaturę sklepu nie nadają się do powszechnego… użycia. – Tak, rozumiem, a Polacy są też uchodźcami, zupełnie jak obłoki, słyszała pani? Powtarzamy to na niejednym kroku: wszyscy jesteśmy uchodźcami. W Szwajcarii też… Też mieszkali i mieszkają różni. Max z opowieści zna panią Lilę i mówi, że to cudowna kobieta! Zapoznał z nią swoich bohaterów. Poznała ją pani? – Jeszcze nie była u nas. – No tak. Lila z wdzięczności za jego obecność poprawia mu krawat. – Gdzie to się dzieje? – Na stronie 147. A w „Dzienniku” z 1967 roku autor pisze, że: „do obiadu zjawiło się sześciu panów. Nie różnią się od pozostałych kuracjuszy.” A więc Frisch kuracjusz, a czy byli tam uchodźcy? – Ja nie wiem, to pan pewnie wie. – Tak, czemu nie. W pewnym wieku jest wielu kuracjuszy. „Kiedy tak patrzę na tych panów…” „Czwarty nieco otyły, trzeci łysy, piąty pozornie bez protezy, 

27 

nikt by nie… pomyślał, że to starcy.” Max nie powiedział, czy byli uchodźcami, ale my powiedzmy, że byli. Uchodźcami są ludzie przez wszystkie wieki istnienia świata i tak już będzie do końca. Zwierzęta też przenoszą się do lepszych miejsc. Wpadają w dolinę paraboli, czytają sobie przypowieści i wloką się zawsze w stronę tego miejsca… Ludzkość sama sobie się dziwi i płynie do ostateczności, która jest dla wielu pustką, ale dla wielu nadzieją. Czy ma pani liście laurowe? Potrzebuję do pieczeni na dziko. – Nie prowadzimy. Pan poluje na dzikie zwierzęta? – Nigdy! No wiecie... One się dają prowadzić? Doprawdy... Kolejne sekundy przedłużające się do minut. Pani ekspedientka usiadła na ladzie. Nikt nie przychodził. – Ludzki mózg jest to narząd ważący mniej o dwadzieścia deko od półtora kilograma – popisuje się jak umie. – To jest dla danego osobnika geniusz. Dowódca na pierwszej linii frontu, wielki marszałek dla ciała, kości, przewodów, kiszek i narządów… Potrafi się zająć trzydziestoma bilionami własnych komórek, współdziałać z komórkami mikroorganizmów funkcjonujących w ludzkim organizmie, regulując całość działalności, często jednak nie do końca skutecznie i nie zawsze da się wysłać na wojnę taką armię, która pokona wroga. Zwłaszcza, że człowiek jako istota skłonna do stwarzania sobie przyjemności, już od narodzenia, często sama sobie zagraża, a innych przeraża, lecz często nie przerasta. To niesamowicie skomplikowany narząd chemiczno-elektryczny. Jego wszechmoc musi ogarniać całość w każdym najmniejszym wymiarze, wysyłać sygnały, informacje, nakazy, obdarzać intelektualnym dobrem. „Powiedzmy, Gantenbein…”, chociaż on takim nie był. Mózg nie jest uchodźcą. Wydaje mu się, że widział swoje narodzenie. Pani na ladzie ziewnęła. „Mam go rozpędzić, tego nudziarza, czy może wznieść toast?” Przyznajmy się: Klient Edeniusz, ale to wiemy, kocha wnikanie w absurdy i wikłanie się w problemach. Kamila jest prostolinijna z pięknymi kształtami (on jeszcze nie wie jak jej na imię). – To też domena narządu – trudno powiedzieć, która cząstka galaretowatej masy urządzenia chemiczno– elektrycznego o tym decyduje – ciągnie występujący. 

28 

Jeszcze ma mało. – To czym pani się zajmuje? – Handlem. Widzi pan... Niech pan kupi gwoździe. – Handl… Dlaczego gwoździe? – Może pan sobie wbić je w pański piękny mózg i zmienić bieg… myślenia. – Niczego nie chcę zmieniać, ale te gwoździe kupię. Właśnie mogą mi się przydać – do zabicia świata dechami. Co pani na to? Czy pani się wtedy przeprowadzi…? – Nie prowadzimy gwoździ. Ja tylko tak sobie... – O, gwoździe też można prowadzić… To proszę sprowadzić. A skąd? Ma pani takie możliwości? Tej huty już nie ma… – O, tu korespondencja dla pana – podała mu karteczkę o wymiarach 4,5 x 14,5 cm. – Od kogo? – Edeniusz jakby Teof, czyta: „styczeń 1987 r. P. Profesorze! Jeśli to pański Wongiel, to proszę czekać, ja o 2000 przyjdę wrzucić”. – To lecę – na to Edeniusz T. – za trzy godziny muszę być w domu. Będzie wrzucanie do piwnicy. – Wpadnę do pani jutro, może będzie miała pani świeżą dostawę... to kupię. – Jutro przywożą pomarańcze i cytryny. Będzie kolejka. – O... Fajnie. Będę stał. Okazało się, że to nie był węgiel Edeniusza. Jak wrócił do domu, to żadnego węgla przy jego okienku nie było. Leżał na wznak i oglądał przez okno lazur nieba między obłokami. O gwoździach w tym momencie nie myślał. Myślał o tym obłoku na suficie. W sklepie nie ma twojego obłoku, śmiał się, bo nie było w hurtowni. Łąka już kwitnie, trzeba kosić i suszyć trawę na siano, przyszło mu na myśl. Kamila to jego nieznajoma, do której wróci. Mogłaby przyozdobić sobą łąkę... Białe obłoki w sosie śniegowym, całe połacie, teraz między koronami sosen, wyniósł się z łąki... Widzi ja i ubiera w piżamę... Tu też jesteś emigrantem, pomyślał. A nawet azylantem, chciałbyś. Szumi las, pachnie żywicą, pokładami poszycia leśnego, zachwyt podnosi się z krzesła, oszołomienie szaleje, napędzane są marzenia (nie podano rodzaju napędu; na pewno napęd automatyczny), ożywi się jeszcze, gdy ona położy się przy tobie, teraz jesteście w wagonie sypialnym snów, za wami 

29 

podąża chuć, czy to ta która ci odmroziła krocze? Kto kroczy obok? Któraś broń strzela obcasami, kostka brukowa pięknieje pod jej piętami odzianymi w korki, ona się nie chce zdewaluować, on się nie chce zdenerwować oczekiwaniem, nie lubi inflacji, gdy zauważa oddział takich pań, wyraźnie polujących na niego, na jego róg bawoli... Chciałby... Zaraz zaczyna trąbić… Ależ nie, on już siedzi w borze na sośnie i jest niedostępny. Nadal myśli o ekspedientce i zaprasza, chociaż nie wie jeszcze gdzie...  Zszedł z chojara.

czwartek, 30 września 2021

 

 

 

 

 


 

 

 

6 września 2018   

 

Zjadam głęboki talerz kwaśnicy

i idę w góry. Na trasie źdźbła niepewności.

Pieniny to miejsce,

gdzie sam sobie wiszę na zachęcie,

jak sosna na Sokolicy. Dowiaduję się

o wypadku, który mnie rozbraja 

– dziewczyna traci przytomność

a wiatr z łopat helikoptera łamie pierwszą gałąź

kultowej sosny, kaleczy piękną historię,

której już nie pozna Judym. Jakby tego było mało,

następna boczna gałąź odłamuje się

17 lutego 2019. A gdzie jest dziewczyna?

 

Moja spocona jaźń nie zdążyła nawet

zetrzeć potu z czoła. Woła ratunku,

lecz ten tym razem nie nadlatuje.

Nikt się nie zgłasza, by pomóc naturze.

Piękno, które zadziwiało,

wzrastało nad przepaścią,

aż do tej chwili. Dunajec się wił

i chciało się podziwiać urodę tego miejsca.

Takie cudowne legendy snuły się

razem ze smugami mgieł, 

że miało się chętkę na lody.

 

Teraz,  wśród kwiatów i rozterek

emanacja barw przestała zachodzić,

 jakby tego, co widzisz nie dało się

zrozumieć bez wejścia na Trzy Korony.

 

Po otrzymaniu kłującej wiadomości

moja pochmurność osiągnęła

największą gęstość.

Dobrze, że nie ma ujemnych monet...

Dlaczego nie znamy tej turystki?

Już nie wejdę na zranioną Sokolicę. 

Oto moneta czasu i sukces trwania

– skała się kruszy, ramię traci swoją moc,

ochota nie staje się wejściem.

 

Chciałoby się zastosować zegar fotonowy,

może jutro byłoby doskonalsze.

Oto wiązka fotonów odbija się w lustrze

i leci wprzód i wraca i leci i wraca...

trzymając się praw fizyki,

niby pałątka niebieskooka

i trudno nie tonąć w ciekawości.

I nie poruszać się po linii prostej,

i nie gniewać się na helikopter.

 

I tli się to pragnienie:

wejść na Sokolicę marzeń,

posadzić tam młodą sosnę...

Grać na marzeniach i wygrywać.

 

                                                                    2019/20