niedziela, 2 kwietnia 2023

Pan Marek

 




Pan Marek

 

Melancholijny impresjonista Alfred Sisley pozostawił przyszłości obrazy, które o nim mówią lub szepczą odwiedzającym muzea. Artysta chce wiedzieć, że jego dzieła trwają i nadal wzbudzają zainteresowanie. Tak jest, że satysfakcja nadchodzi razem z uznaniem współczesnych, lecz w duchu skrywa się myśl o przyszłości. Jest to taka tęsknota, jak ta za dzieciństwem. Nie mieszkał przy ulicy 3 Maja. Chce pozostać tam... pozostać  w swojej wyobraźni, która nabrała kształtów rzeczy. Chciałby  być ze zwiedzającymi, również rozmawiać i się przyglądać ich oczom i twarzom, poważnym, zamyślonym lub rozmarzonym, a może tylko zauroczonym. Niewielu ma taką szansę.

            Wchodzę do jego ogrodu z wyobraźni, i w jeden z obrazów „Moret-sur-Loing” (Z włoskiego: Zawiadomienie dotyczące wniosku o wyłączne zezwolenie na poszukiwanie węglowodorów płynnych lub gazowych, zwane zezwoleniem de Moret-sur-Loing; w tej miejscowości malarz zmarł) z 1892 roku, oczywiście bez jego zgody, już jestem na przejściu o ciasnej zabudowie, gdzie między dwoma drzewami, które kojarzą się z bramą wejściową między dwoma kasztanami przy ulicy Stabika 5/7. Tędy wchodziło się do wulcowni, i widzę przez otwartą furtkę tyle, ile mogę zobaczyć  i mogę się wsunąć za murowane ogrodzenie, między ściany tkliwości, i mogę zagadnąć osobę podążającą w głąb albo wyjrzeć zza parkanu i pogonić za oddalającą się niewyraźną już postacią, zapytać, co u niej? Czy ona zbiera złom? Czy ty zbierasz cokolwiek? A ona powie, nic takiego, u mnie palą się świece i nie mam czym zagrzać wody na herbatę. A ty masz? Ja mam elektryczny czajnik. A co to takiego? Rozglądam się za metalowymi elementami... 

            Nie ma na tych obrazach żadnego złomiarza, zbieracza surowców wtórnych, jakby ludzie stanowili mniejszość pośród ich wytworów, którymi się posługują i je zużywają. Być może Sisley to też buntownik, zbudowany z pragnień, a inny artysta Max Liebermann, też nie znał zbieraczy. Twórca, artysta, wie, że zyskać uznanie i trwały byt w pamięci, to jak wyjść z abisalu i nie pękać. To były dawne czasy. A we współczesności również mało jest pewności jutra.

            Dochodzę do numeru trzy. Tu mieszka pan Marek... Właśnie opuszcza bramę, za nim podąża zużyty dziecięcy wózek, na którym ledwie się mieści plastikowa skrzynia, czego Alfred jeszcze nie znał. Marek, być może, bo pewnego razu powiedział, że tak, ale nie wie jak ma na imię, bo mówią też do niego Paweł i Prosper, tak, z krwi i kości, gościł już u mnie, wiele razy przechodził ulicą Wolności obok domu numer 26, gdzie naprzeciw w jego dzieciństwie znajdował się hotel i restauracja „Magnolia”, a teraz okna pana Bronka sprzed lat na pierwszym piętrze są szare, zakurzone, zapomniane, lecz Marek ich nie widzi. Marek Prosper widzi przede wszystkim to, co znajduje się na ulicy, na chodniku, w koszach na śmieci, zauważa pojazdy, jeżeli one są przeszkodą, zauważa ludzi, jeżeli znajdują się na jego drodze…

            Podwórka odcięto domofonami, bramy z metalowych krat, jeszcze błyszczą lakierem albo inną warstwą nie cierpiącą rdzy, których nie da się wyciągnąć i zawieźć do huty, wprost do martena. Elementy okuć okien, drewnianych drzwi, rygli, młotków, rynien, kraty na studzienkach ściekowych też można by zerwać i zawieźć na złomowisko, ale Marek Prosper nie należy do ludzi dewastujących ludzkie efekty pracy.

            Teraz może wychodzi właśnie przez tę furtkę do pozazdroszczenia, do Liebermanna. Wcześniej ja się przez nią wdarłem, by zobaczyć nad jakim dziełem malarz się trudzi, a może, co mieści się za tymi jasnymi obrazami parkanu i ścianami Alfreda Sisleya. Być może Paweł czy pan Marek nie interesuje się malarstwem. Marek został już sam i nie zrezygnował z ubóstwa, bo to nie premia, którą można odebrać albo powiedzieć, że się nie chce. Życie dotyka go mocno i dokuczliwie. Matka pracowała w szkole przy ulicy Piotra jako higienistka wnętrz szkolnych i zarabiała tyle, że nie na wszystko starczyło. Marek Prosper skończył podstawówkę, a potem los nie był dla niego łaskawy. Kiedyś palił papierosy. Teraz nie widzę, nigdy nie spotkałem go z cigaretem  w ustach. Nigdy też nie widziałem go  w stanie pod wpływem alkoholu albo innych zgubnych środków trujących organizm ludzki. Mimo to dotknęło go to, co jest widoczne dla innych ludzi i nie można się tego pozbyć. Jestem nim nieco onieśmielony i zatroskany. Widzieliśmy go oboje                z żoną kilka razy, ale ja spotykam Marka częściej. Buntuje się we mnie ta bezradność i obawa. Z końca nosa zwisa mu wielka jakby śliwka, jakby drugi nos. To jest przeszkoda jak dotąd nie do przeskoczenia. Gdyby żył w XVI wieku w Europie, na przykład w Gdańsku, jego sąsiedzi mogliby posądzić odpowiednią kobietę, że to ona, czarownica, spowodowała nieszczęście mężczyzny i zasługuje na stos… albo gdyby żył naście lat później, niż obecnie, to może dałoby się już wydrukować część zamienną, a nawet głowę. Marek ciągnie swój los na tym wózku, patrzy w chodnik, lekko pochylony do przodu, kołyszący się i nie przekracza prędkości spacerowej. Skromny, niebogaty ubiór… Narośl na czubku nosa delikatnie kołysze się w rytm jego kroków. W pojemnikach na odpadki wywraca zawartość ręką, lub podłużnym przedmiotem, jeżeli taki jest w zasięgu. Wybiera otwarte bramy i zatrzymuje się przy pojemnikach, raczej większych. Sprawdza, może znajdzie złom, puszki po piwie, gazety, kartony… W pewnej odległości ode mnie, przy bilboardzie widzę kilka sztuk… pocynkowanej blachy korytkowej i nie myślę o Prosperze, i nie widzę Prospera. Jakbym chciał je podnieść, ale nie podnoszę, zostawiam. Kiedy jednak nadchodzi Marek Prosper, ja staram się go uprzedzić i biegnę do tego miejsca, żeby mu go zabezpieczyć, ale złomu już nie ma. Jestem rozczarowany. Dlaczego nie pomyślałem o nim wcześniej? Aż chce mi się…

            Wchodzę do zdewastowanego parku, otoczonego starym miastem, gdzie łatwo znaleźć żelastwo.  I oto naprzeciw mnie idzie zardzewiały człowiek z zardzewiałym działem na ramieniu. Niech się pan nie boi, mówi, nie strzelam, idę do huty… To daleko, mówię. Przecież pana wrzucą do martena, niech pan tam nie idzie, ostrzegam. Niech pan mi da to działo, przekażę Prosperowi. Proszę pana, ja żyję i to widać, prawda? Zatem nie ma strachu. Ja też jestem złomiarzem. Ja się tylko boję, że pan się boi... Jestem w przebraniu. Wychodzimy na zaniedbaną ulicę. Pan taki gąbczasty, jak mięśniak, mówi. Wyjmuje z lufy pomadę i zaczyna mnie mazać ciemną mazią. A przecież ja jestem tylko w trykocie. Co pan robi, pan mnie brudzi. Przepraszam, nie wiedziałem. Teraz od strony sąsiedniej ulicy odzywa się donośny, liryczny śpiew altowy, napełniający przestrzeń. Jakby nas obu wabiły syreny. Zardzewiały odzywa się, zrezygnowany: To mnie woła ten śpiew. Idę, trudno się z tym pogodzić, ale idę. Pan niech szuka Prospera, czy też Marka, a może Marka  i Prospera… To możliwe, przecież mamy już trzecią płeć. Jeszcze tu wrócę, to postrzelamy. A ja nie jestem z siebie zadowolony i staram się o rekompensatę. Wkładam rękę do kieszeni. Mam tylko dziesięć złotych, no tylko dziesięć…

Panie Marku, nie zdążyłem, mówię, a Marek patrzy na mnie przez zamglone oczy i jest jakby zdziwiony. Jego pasożyt, który nie jest pożyteczną jemiołą, kiwa się i milczy. Dałem mu ten banknot, a on wziął bez słowa i schował do kieszeni. To zdarzyło się już kilka razy. Szukam w kieszeni, wyjmuję i przekazuję… Marek Prosper, a może Paweł, ma zamknięte usta. Chowa pieniądze i rusza w dalszą drogę, a ja patrzę za nim. Może mógłbym mu kupić lepszy wózek? Kiedyś już taki nawet zrobiłem, ale wtedy Marek zniknął mi z oczu na dość długi czas i wózek powędrował do ogródka sąsiada.  A przychodzi do pana ktoś z opieki społecznej, pytam i Prosper się zatrzymuje. Odpowiada nie patrząc na mnie, bo zawsze oczy ma zwrócone ku ziemi. Czy panem ktoś się opiekuje? W czym mogę panu pomóc? Prosper wzrusza ramionami. Otrzymuję tylko milczące pokwitowanie. Prosper Marek zbliża się do następnej, na szczęście otwartej bramy. Wejdzie tam i sprawdzi, co znajduje się w pojemnikach na odpadki.

            Max Liebermann, taki poważny i ważny impresjonista, dziwi się dwom jeźdźcom na koniach wałęsających się wzdłuż wybrzeża morza, czy to Bałtyk, obsadzonych przez pańskich jeźdźców? Woli dwukółkę stojącą w płytkiej morskiej toni, czekając aż pani się wykąpie, odważnie zanurzając nagie ciało w zimnej wodzie. I ogarnia go wstręt, gdy widzi pochód nazistów. Mówi: Nie mógłbym tyle zjeść, ile chciałbym wyrzygać. I ja zostałem ścięty, nawet delikatnym mrozem.

            Pan Prosper znalazł dwa kawałki płaskownika, trzy puszki, które przydeptuje, by zmniejszyły swój wymiar i pudło z twardego kartonu. Chwyta za wózek i przenosi się na następne podwórko, jeżeli będzie otwarte, bo nie ma domofonu. Kiedyś jego sprawniejsi znajomi z widzenia wchodzili na teren huty, przeskakiwali mur rzeźni, starej elektrowni (z przyrządem do szukania metali pod ziemią), by zdobyć kawałek złomu, teraz to tam rosną krzaki, które nie są z metalu i nie można ich zawieźć do składnicy złomu. Tak się rozgościły, że rosną nawet na kominie i dachach… Marek nie miał takiego przyrządu, ale czy wiedział o starej elektrowni?  O tym zakopanym złomie? Muszę go kiedyś spytać.

            Skręciłem w ulicę Piechowicką. Obok mnie śmignął rowerzysta. Spojrzałem na niego z tyłu. Jechał chodnikiem zdecydowanie za szybko, po mojej stronie. Posiadał tylko jedną nogę. Zaskoczony patrzyłem jakbym nie mógł uwierzyć. Myślałem, że drugą ma opartą na ramie. Nie, nie było drugiej nogi, wyraźnie to spostrzegłem na łuku ulicy. Drugi pedał samotnie biegł po kołowej orbicie.  Paweł Palaczyński vel Marek Propser na szczęście ma dwie nogi.

            Człowiek potrafi radzić sobie w różnych sytuacjach. To optymistyczne. Gdyby jeszcze taka była przyszłość. Człowiek gra na syryndze i nie chce się nazywać fletniarzem. Bo on jest flecistą Pana. Panu zawsze ufamy…

            Wracam do obrazu Alfreda Sisleya, już mniej melancholijny.

 

                                                                                                              2018

 

 

 

 

 

 


wtorek, 21 marca 2023

                                            Uczennice Liceum Muzycznego w Katowicach,

                                           lata 50. XX w. Od lewej: Ala, Daniela (Danusia),

                                           Janka, Zosia...
                       

Uczennice Danuty R. 1) Anna Skutela, 3) Marta Nowak,
 w środku nauczycielka

Hania i Zosia

 

Uczennice i koleżanki z klasy licealnej Danieli Anny w Liceum Muzycznym                  w Katowicach. Bardzo bliskie sobie przyjaciółki. Zosia Bogucka była sierotą, do osiemnastego roku życia przebywała w domu dziecka w Katowicach, potem musiała się wyprowadzić i mieszkała jakiś czas u Danii przy Piechowickiej 1. Jej rodzice, jak mówiła Zosia, zginęli w Powstaniu Warszawskim. Hanna to córka pastora z Wielunia. Wszystkie trzy dziewczęta to utalentowane i pracowite, energiczne i dowcipne panienki, różniące się urodą, lecz te przeciwieństwa działały na nie spajająco. Daniela to blondynka o szarych oczach i okrągłej twarzy, Zosia brunetka, zielone oczy i nieco wydłużona jasna twarz, Hania szatynka, również o okrągłej buzi, szarych oczach i przenikliwym spojrzeniu. Wzrost nieco mniej niż metr siedemdziesiąt. Dbały o linię i potrafiły zawracać chłopcom w głowach. Daniela i Hanna uczyły się gry na fortepianie, Zofia podjęła studia na wokalistyce uczelni katowickiej, miała uwodzący głos - piękny sopran liryczny, zdobywała nagrody muzyczne. Śpiewała także w Zespole Śląsk… Wyszła za mąż za Włodzimierza Romanowskiego - malarza i kompozytora z Chorzowa. Hanna studiowała u prof. Zbigniewa Śliwińskiego, który był absolwentem tej uczelni, a potem pracował w Gdańsku. Bardzo dobra pianistka. Wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w Płocku. Twórcza, aktywna muzycznie, koncertowała w wielu filharmoniach. Lubi opisywać swój świat słowami wypuszczanymi z ust jak słowiki i kosy… Daniela studiowała w Poznaniu… To był też okres, gdy studiował tuż obok Wojciech Kilar, Andrzej Jasiński, Stanisław Król… 

            W czasie nauki szkolnej i studiów Hania mieszkała cztery lata w Chorzowie przy ulicy Dzierżyńskiego (obecnie Katowicka) u sekretarki rektoratu uczelni muzycznej w Katowicach.

            Daniela jako nauczycielka gry na fortepianie osiągnęła wiele sukcesów: jej uczennice i uczniowie zdobywali liczne nagrody  w konkursach fortepianowych.

            Oto Afrodyta wsiada do rydwanu „napędzanego” przez gołębie, ale inna legenda głosi że zaprzęg stanowiły łabędzie… Udaje się kolejno na występy pianistek i śpiewaczki. Słucha nokturnów i walców Chopina... lirycznych ballad i arii śpiewanych przez Zosię... Bo jak przyznaje, jest w tej muzyce pasja i oddanie, momenty oszołomienia, ale nie lekceważenia czy zażenowania. Są w niej pomieszczone kombinacje różnych uczuć, składających się na zachwycające dzieło odtwórcze.

            Pewnego razu wybrali się w kilkoro, jak to czynili od lat szkolnych, na koncert do filharmonii przy ulicy Sokolskiej. Orkiestra pod dyrekcją Karola Stryji grała V symfonię Beethovena. Mąż Danieli był wśród młodych artystów, jako ten, który się na muzyce nie znał, ale już ją pokochał, i poznał początek słynnej Symfonii, i nucił od czasu, gdy jeszcze mało wiedział o muzyce klasycznej. Miał kolegę, Dytmara Golę, technika elektryka, sztygara zmianowego, który pierwszą cząstkę tego utworu czasem śpiewał, ale nigdy nie powiedział, kiedy i gdzie pierwszy raz ją usłyszał, a mąż Danieli powtarzał ją do znudzenia. Po filharmonicznych ucztach muzycznych świat dla męża Danieli stał się większy i barwniejszy, jakiego dotąd nie znał. Dlatego często bywał duchowo nieobecny, jakby się zgubił, a Daniela cieszyła się, że ma tak wrażliwego faceta.

            Piękne trzy muzy o różnych kolorach, czyniły ulotne piękno; śpiewem i grą na fortepianie ozdabiały „ogrody filharmonii”, dźwiękami jak lot motyli dotykały rzeczy nieuchwytnych; głos Zosi był jak słowicze trele, wzruszał i budził marzenia,                  i wzrastało napięcie, narastała czułość i łagodność... Jakby intensywność zapachów i smaków. Elegancja i szlachetność, jaśniejące fortepianowe tony błyszczały niby mrugające gwiazdy. Zróżnicowane bogactwo brzmień głosowych i fortepianowych - bogactwo artystyczne, lecz... nigdy razem nie występowały. Mąż Danieli w końcu stał się zbyt górnolotny. Artyści, których znał w ten sposób tego piękna nie przeżywali. Aby osiągnąć kunszt wykonawczy musieli ćwiczyć, każdy utwór po wiele godzin i wówczas to złożone piękno, ta zewnętrzna warstwa traciła swój blask  na rzecz mistrzostwa.

            Po latach Afrodyta wraca. Przewozi je swoim powozem według życzeń artystek. Bywają więc w miejscach egzotycznych i rzadko spotykanych. Ich kunszt wykonawczy rozsławia je, a gołębie z powozu Afrodyty przylatują do artystek z różami w dziobkach.

              Bogini rozwozi artystki po świecie i zostawia na traktach, którymi one już jako uznane wśród słuchaczy podążają z muzycznym bagażem, wspominając lata szkolne i przyjaźnie.

            Posłańcy Afrodyty znoszą ozdobne podziękowania za wykonywanie na życzenie także „Modlitwy dziewicy”...

            Kompozytorką tego utworu jest Tekla Bądarzewska i dzięki niemu stała się sławna. Utwór w tamtych czasach był bardzo popularny, chociaż i bardzo krytykowany.

            To się zdarza nie tylko w mitach i wyobraźni, dlatego śmiało można takiej muzyki posłuchać także na środku drogi... Chyba żeby to była rzeczywistość z innego świata... Piękne artystki wzbogaciły muzyką świat i dodały mu wiele urody.

            Gdy Daniela Anna grała w domu Beethovena Sonatę „Patetyczną” Op. 13-III Rondo Allegro, a była to pełna godzina, to z zasłuchania milkł zegar wahadłowy, który wybijał godziny u sąsiadów piętro wyżej, a który czasem budził mieszkańców także na trzecim piętrze.

            Sąsiedzi nigdy nie mieli pretensji do niej, że wiele lat ćwiczyła w mieszkaniu, a czasem grała dla gości.

            Polubili tę muzykę. Wiedzieli, że po fragmentach, które się powtarzały w czasie ćwiczenia, i mogły nudzić, nadchodził taki moment, gdy Daniela grała cały utwór, a oni się czuli jak w sali koncertowej, gdy występowała ich ulubiona artystka.

            Podobnie się działo, gdy Hania i Zosia przygotowywały swoje programy muzyczne. Przy takim wykonawstwie dowolnych dzieł muzycznych wielu słuchaczy dobrze się czuło, również, gdy gubiło się w dwumianie Newtona.

                                                                                                             2018


Dwa lata później...


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 20 marca 2023

Przyszłość

 

         

Czyta E. R. Po lewej poeta Alojzy Podleśny
23.05.2007.


           Przyszłość

 

                Obiecali sobie że ich miłość                                              

                nigdy się nie spierze

                nie znudzą pocałunki 

                a usta staną się barierą

                do nieporozumień 

                że nieosiągalne pragnienia

                będą się ziszczać

                w każdym dniu ich życia

                że wyostrzone młodością

                obrazy i smaki starczą na lata

                a kwiaty oszołomienia

                                            z ich jabłoni 

               jak klamra połączą cele

               Obiecali sobie znalezienie

               sensu bycia ludźmi

               Pili wytrawne wino albo ziółka                                   

               a  czas wyciekał z kielichów 

               Układali tęczowe wzloty

               i leczyli ból porażek

 

                W szeregach wspólnych

                ekstremów czuli się coraz

                               bardziej  samotni

                Los rzucał nimi

                od euforii do rezygnacji

                a oni wciąż z nim

                                 pertraktowali

                                                          2004 NKL

Od lewej: Eugeniusz Rychlicki, Czesława Przybyłowa -
opiekunka NKL z ranienia ZOŚ ZNP w Katowicach, 3)
Barbara Surman, 5) poeta Eugeniusz Kudełko


2004












    

   






                                                     12.2004 (NKL)    

czwartek, 2 marca 2023

 

Bociany w Klimontowie, 2007. Fot. E. Rychlicki



Wiosna w mieście

 

Jest taki czas co roku, że budzą się w nas nowe

Nadzieje i dodają witalności. To odrodzenie natury.

Jeszcze wicher dmie w trąby, łamie drzewa zdrowe,

Kaleczy ludzki dorobek, ale optymizm powala tury.

 

Nie ustępuje - pobudza do odważnych czynów.

To wiosna, odmieniana na sto sposobów. Ale gdzie

Jej szukać w mieście? Pośród zabytkowych młynów

I nowych wysokościowców, oddalających i mnie

 

Od lasów i łąk? Może między mostami, na deptakach,

Na wieżach i w głowach przechodniów? W nawykach

Kulinarnych, gdzie chili cwałuje na ognistych rumakach,

Bo nie na ulicach pokrytych asfaltem i w kamykach?

  

W mieście najpewniej wpierw w naszym sercu,

Ubranym w pogodę, w promiennym uśmiechu.

Wówczas zauważymy zieleń nie w czerwcu,

Lecz w kwietniu, i drzewa pełne pośpiechu.

 

W skromnej zieleni gdzieniegdzie spotkamy

Pachnące przebiśniegi, za nimi się rozdzwonią

Krokusy, zażółcą kaczeńce, a w trawach utkamy

Mlecze, dodadzą słońca forsycje, zaleją wonią

 

Konwalie. Rozbudzeni do pełna brzęczeniem

Pszczół, rozweseleni jak dorodny szczypiorek,

Wyruszymy z naszego grodu z postanowieniem

Spotkania wiosny w polu, to może być wtorek.

 

Chcemy zobaczyć bociana przy naprawie gniazda,

Posłuchać koncertu skowronka, podziwiać szeroki

Dobrostan słońca, a wieczorem zamruga gwiazda

Do nas jak do przyjaciół i sen nas zmorzy głęboki.

 

A gdy wrócimy do naszych siedzib w mieście,

Znajdziemy i tu trawy, rabaty i z żabami stawy.

Spotkamy dojrzałą wiosnę - to nie rodzynek w cieście.

Ucieszą nas dumne kwiatowe piękności, pełne sławy.  

                                                                               28.02.2023

środa, 22 lutego 2023

 



    Absolwenci ZSZ 1961 - kl. III mech. w Nowym Bytomiu 

   Od lewej siedzą nauczyciele 3) Eugeniusz Koszembar, 

4) Herbert Bubała, 5) Barbara Słodczyk, 6) Eugeniusz

Rychlicki, 7) Jan Wilk, 8) Romuald Florian.




  Uroki życia

 

W pewnym wieku

człowiek odstaje od życia

jak tapeta od ściany

i czeka na klej

W pewnym wieku

nie robi się głupstw

tylko szuka się ich pod skórą

i znajduje

chociaż ich nie ma

albo nas swędzi skóra a może

jesteśmy tylko zadowoleni

 

Popełniliśmy sporo szaleństw

ale niczego nie żałujemy

Przy dobrym ciśnieniu jeszcze


wchodzimy na stromizny

po dalszy ciąg satysfakcji

W pewnym wieku 

chcemy zostać swoim facetem

schematem jednokreskowym

nieściernego życia

z kieliszkiem w ręce

z nogą na gazie

i nie jesteśmy wybredni

Mamy sny o locie do

niespełnionych marzeń

 

                                  2007


niedziela, 29 stycznia 2023

 


                                                      Danuta Rychlicka z uczennicą Ewą
                                                      Świtałą na Konkursie Pianistycznym
                                                      17.01.2003 r



        Ulica

 

         Powszechnie znana jest Miechowicka,

         bo przy niej mieszka pani Rychlicka.

         Gamy i etiudy wytrwale ćwiczy z uczniami,

         historię zacnej ulicy opisała dźwiękami.

         Tu Amor używa klawisza jak smyczka. 

 

                                                                                           1998

*

Poetą być 
to znaczy snuć
pajęczą nić

                    też ERych
*

sobota, 14 stycznia 2023

JESTEŚ MIMOCHODEM

 





Jesteś boska czy beztroska        

 

Moje cegiełki są kwarkami i leptonami.

Jeśli jesteś moim wszechświatem,

To tylko one są najważniejsze,

Chociaż słyszę protesty.

 

Sklejam cię w całość zaprawą     

Z bozonami cechowania.

Wtedy wiem, że się nie rozpadniesz,

Nie ujdziesz z mojej wyobraźni.

Kto cię zrozumie i przyjmie jak ja,

Będzie pewny swego.

W leptonach mam elektron i neutrino.

Zobacz, kwarki budują protony i neutrony

- górny z powabnym i pięknym

 

Mogę ci powiedzieć, że bozon jest

Cząstką fotonem, gluony spajają kwarki

W komplety cząstek bez wielkiej ulgi.

Nie wiem jak ty, ale nie wiem, co to jest

Ciemna materia i ciemna energia.

Elementarne cząstki są już niepodzielne,

O rozmiarach miliardy razy mniejsze niż atom.

Są punktami i nie da się ich zmierzyć.

Różnią się masą i cię zwodzą, to wiesz.

Masa elektronu jest milion razy mniejsza,

Niż masa najcięższego z kwarków, a ty?

Neutrino jest tysiąc razy mniejsze niż elektron.

A ty?

Przeto nie tylko coś wiesz o świecie, ale

Wciąż szukasz czegoś nowego, ogłaszasz

Nowe epoki i masz mało dnia.

Na pewno chodzi o wieczność.

Jesteś nienasycony w każdym atomie.

Nie mów, że stracisz do mnie

Wszystkie kwarki i neutrino.

                                                         6.02.2014

 

 

 

 

 

 



 

 

 JESTEŚ MIMOCHODEM

Nie jesteś a jesteś

Czy

Mógłbyś być

Gdyby cię nie było

Naprawdę to może jest to

Tylko brzdąknięcie gitary

 

Czy jesteś kontrabasem barytonem



Maczetą na pustyni

Snem w podkoszulku

Albo ślepą torpedą niewypałem

Niebezpiecznym dronem

Natchnieniem epoki nie powiem

Talerzem satelitarnym

Dłutem

Wariantem wariata

 Kim jeszcze

Może zwykłym człowiekiem

Tak Bądź człowiekiem

Na człowieku najbardziej

Nam zależy

 

Ale czy można na nim polegać

Tak-nie-tak-nie-tak…

 

Tysiące rąk miliony rąk

Połowa z nich to serca

Dla kogo bijące

 

Czujesz siebie

I czujesz obawę przed

Drugim człowiekiem

A nie powinieneś/powinieneś


Nad głową śmiercionośna rakieta

Będzie bombardować Mikołajów

 

                                                2014/2022