środa, 11 października 2023

 




Eugeniusz Rychlicki              „SZYSZKA” 

                                                                   

Przed znakiem stop     

 

Najpierw była Harper Lee „Zabić drozda”

- pan Eko szedł po schodach słów

I wszedł na górę nadrzędnych wartości. 

Przeżył treść, chociaż nie doświadczył.

 

Postanowił zboczyć z drogi,

Aby znaleźć ptaki.

Uratować drozda, uratować kruka…

Stanął przed znakiem stop.

Zobaczył na czerwonej liście:

gawrony, sieweczki, kraski, cietrzewie,

czajki, kszyki, kuliki, dubelty…

Lista jest długa, a jego niepokój

Staje się coraz donośniejszy.

 

Jeszcze  słucha na podwórku

Ćwierkania wróbli,

Na parapecie okna siadają synogarlice,

W parku śpiewają kosy,

Zajrzała tu sójka, pojawił się sokół…

Spod dachów niektórych domów widzi

Wylatujące jerzyki, a gdzie hoduje się

Zwierzęta mieszkają jaskółki.

Ale jak długo to potrwa…

 

Obawy mają daleki zasięg,

A zegary zbyt szczodrze pokazują zużyty czas.

To jak paść owce na klifach Wysp Owczych?

Bez względu na to, jak głęboko zanurzymy się

We śnie, prawda nas dopadnie.

 

I nagroda w Konkursie STRUNA ORFICKA 23

 



Eugeniusz Rychlicki               „SZYSZKA”                                                                       

 

Sosnołaz                      

 

Już nie będzie ubierał na buty sosnołazów, 

Zakładał pasa bezpieczeństwa i linki asekuracyjnej.

Był zbieraczem szyszek, tych najdorodniejszych,

Z których wyrastała przyszłość.

 

Ma swoje lata i dość patrzenia z wysokości.

Nie jest hrabią drzewołazem i linoskoczkiem,

A właził na masztowe sosny, by podziwiać i zbierać

Poetyckie słowa i częstować orzechami  wiewiórki.

Wypierał się siebie i stawał wiewiórem.

 

Czepiał się grubej kory, ślizgał po łuskowatych

Pniach, głaszcząc kształtne, dojrzałe owoce.

Teraz wystarczy mu dostęp do biblioteki i pasja

Według Norwida. Tu ocalałe w rękopisie dzieła.

 

Teraz czuje skurcz swoich marzeń i perspektyw.

Jeszcze dmucha w niego wiatr z ramion wiatraków.  

Orzeźwia, ale oto cień samolotu nad lasem.

Jest coraz krótszy – pozostało ich kilkunastu…

 

To może tylko kompozycja świetlna…

Grube płótno na dżinsy z bawełny,

Gdzie splot skośny, nos prosty. Podeszwy

Ze sznurka, nogi z łodyg kukurydzy, jeszcze

Na głowie gniazdo os, obok czołg do czołgania.  

 

Spogląda w lustro. Czy to ten sosnołaz? To on?

 

 I nagroda w Konkursie STRUNA ORFICKA 23

 

 

 

 

Eugeniusz Rychlicki                 „SZYSZKA”

                                                                      

Ciężki oddech    

 

Pamięta ciężki oddech czterech kominów

Huty, te rozśpiewane, ostre ziarna pyłu.

Ludzie szli do pracy i gdy skrzypiało pod butami

Podnosili głowy do góry, a góra sypała.

Osłaniali oczy, padały ciężkie słowa.

 

Kominy już nie oddychają,

Stały się duchami przeszłości.

Tu i tam zaistniały na fotografiach.

Przez trzydzieści lat roślinność korzystała

Ze swobody i urządzała to miejsce po swojemu.

Tu ptaki zaczęły śmiało kroić przestrzeń

Na nieforemne bryły.

Ale nadszedł czas na rozkopy, na dziurawienie

Przeszłości, na zemstę za byłość i budowę

Sztucznych wzgórz dla tymczasowości…

I na nic, a potem koparki znikały

Na dni i tygodnie, a potem znów i tak dalej.

 

Stał na dachu pięciopiętrowej kamienicy

I pozdrawiał ptaki. Demontował

Dawną antenę telewizyjną, a drugi on

Namawiał go do naśladowania orłów

- odleciały tak swobodnie

- wyciągnij ramiona, urosną ci skrzydła,

Nie zważaj na zawartość pod tobą.

Wrośniesz w nią i zapomnisz.

Huta już się nie obudzi.

Pozostaniesz aniołem na turkusowym niebie,

Nie będziesz dla siebie zagrożeniem.

Ale on zszedł z dachu i wpadł pod rynnę.

 

I nagroda w Konkursie STRUNA ORFICKA 23




 

 Werdykt XVIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Struna Orficka” im. Wojciecha Bąka 2023

 

Werdykt Jury

 

Jury XVIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego STRUNA ORFICKA im. Wojciecha Bąka,        w składzie: Adam Buszek, Przemysław Dakowicz, Wojciech Gawłowski (przewodniczący Jury), po zapoznaniu się ze 143 zestawami konkursowymi, postanowiło przyznać następujące nagrody:

1.           I nagroda 2000 zł – zestaw nr 47  godło: Szyszka – Eugeniusz Rychlicki

z Chorzowa

2.           II nagroda 1200 zł – zestaw nr 51 godło: Jolly Roger – Mirosław Kowalski  z Mysłowic

3. III nagroda 800 zł  – zestaw nr 110 godło: Amertume – Ilias Stanekzai            z Krakowa

 

                    Ostrów Wielkopolski, 07.09.2023 r.

 

 

wtorek, 29 sierpnia 2023


 





 

 

 Wisienka

 

Nie zrywam wiśni z drzewa, chociaż

                                             dojrzałe,

Lecz je podziwiam i upajam się ich urodą.

Są smaczniejsze na gałązkach, nawet małe,

 

Jak twoje piersi tajemnicze, aksamitne

W dotyku - czuję, między złotymi liśćmi

I ustami czekającymi na ambitne

 

Zadanie - przeżycia spotkania nie wspak.

Bez brutalnego i ostatecznego zabrudzenia

Bieli, po której pozostać może niesmak.

 

Wiesz jednak na pewno, że gdy to się stanie,

Będę już kimś innym, pełen dojrzałości

I uczucia, jak te owoce i czas będzie

                                             na owocowanie.

 

Lecz czy to ty będziesz i ja z amforą miłości?

 

Oczekując na pomyślne wiatry i prąd nośny,

By dopłynąć do krainy fantazji, gubię

Poczucie realności i mam odczyn kwaśny.

 

I jak niejeden gąsior gęgam i trawę skubię.   

 

                                                        1955

 

 

                                                                             

 






Błękitna róża

 

Na Wisły brzegu, u lasu progu,

Gdzie trawa zielona i bujne wikliny,

Stała dziewczyna u krzewu głogu.

Minę miała hardą, gotową do kpiny,

 

Lecz nic nie mówiła,

Gniew powstrzymywała

I w myślach miłego ganiła.

Co dalej ma czynić, smutna cała?

 

Na kogo czekasz, najmilsza z róż?

Czy już nie pamiętasz tanecznych pląsów?

Przecież cię znam, kochałem już.

Jak mam zapobiec tej fali dąsów?

 

Wiem, co mi powiesz, natchnienie moje.

Słyszę, co mówisz, ty nie miłujesz,

Bo do miłości potrzeba dwoje,

I pocałunków jak miód żałujesz.

 

Co zatem zrobić ma moje serce,

Gorące i nieprzytomne z żalu.

Wiesz jaki jestem, cały w rozterce.

Chciałbym cię widzieć ze mną na balu.

 

Nagle wiatr oszalał, zaszumiał w drzewach,

Wpadł między nas, rozwiał ci włosy,

Pozrywał liście, buszował w krzewach.

Ktoś jakby śpiewał, słyszałem dwa głosy.

 

Już się nie gniewasz, błękicie mój?

Wracam do ciebie, pragnę cię dotknąć.

Jeżeli zechcesz wnet będę twój.

Także o miłość można się potknąć?

                                                    wiersz wczesny




Także o miłość można się potknąć?

                                                    1955

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

 


Eugeniusz Rychlicki

Chłopak z Kresów

Opowiadanie

 

Kontaktowy i twórczy młodzieniec, który chciał mieszkać na całym świecie, marzył, że poleci także do Kiribati – kraju na czterech kontynentach i zakosztuje życia na jednej            z wysp tego egzotycznego miejsca na ziemi. To marzenie pojawiało się później w trudnych sytuacjach.

Pochodzi znad wschodniej granicy. Najpierw miał bliskich pod okupacją niemieckich najeźdźców, a wkrótce Wojciech usłyszał, że okupant się wycofał i wkroczyli Sowieci, żeby po zbrojnych przepychankach znowu zagrabić zagrabione tereny, lecz niebawem wrócił niemiecki najeźdźca i usuwał wybiórczo tych, którzy nie współdziałali ani z jednym, ani z drugim agresorem…

Gdy wojna uległa zagładzie, te ziemie, zagarnięte przez Sowietów, nie wróciły do Polski. Wówczas w kilku miejscach zaczęły działać grupy partyzanckie, które, chociaż nie miały żadnych szans na zmianę sytuacji politycznej, próbowały ostro wyrazić swój sprzeciw, kończąc jednak tragicznie.

Mord na Wołyniu nie był epizodem tej wojny… Na końcu jeszcze trzeba było zmagać się z „obcą partyzantką UPA”… Wojciech jako dziecko dowiaduje się o wszystkim po kilku latach.

Już w innych warunkach Wojtek opanowuje język rosyjski i zostaje tłumaczem przysięgłym.   Szuka przyjaciół i chce zrozumieć nową rzeczywistość, której nie cierpi jego rodzina, a on widzi, że powinien się jakoś w niej znaleźć, by nie zmarnować sobie życia. Udaje mu się nawiązać korespondencję z osobami w ZSRR, których nie zna, ale poznają się przez listy…

W latach po stalinowskich, po jakby spoconych staraniach, był w Związku Radzieckim i poznał wielu ludzi radzieckich, którzy okazali się życzliwymi i chętnymi do rozmowy i korespondencji, zwłaszcza dziewczyny i kobiety. I z nowymi przyjaciółmi koresponduje: do Nadii w Grodnie wysyła czekoladę za 19 zł, a ona płaci cło 20 rubli, do Wasyla w Leningradzie posyła serię polskich znaczków, do Tamary w Nowosybirsku pisze gorące listy…

Z kolei Tania pisze do Wojtka listy ze szkoły w powiecie Wożega. Prosi o klamry do włosów i otrzymuje, a Wojtek jest uradowany… Igor z Wołogdy pisze, że chciałby się jeszcze raz spotkać   z Wojtkiem, a Łarisa nazywa Wojciecha swoim przyjacielem. Jula z Grodna i Wiera z Dzierżyńska dziękują za chustki, bardzo się podobają i proszą o kolejne, bo koleżanki też chciałyby takie otrzymać. Wojtek jest szczodry i spełnia życzenia. A jeśli chodzi o telewizory, pisze Igor, to kosztują od 175 do 280 rubli i on z żoną kupią sobie taki tańszy… Poznaje też Artema z dalekiego Humania, który w pewnym momencie wyjawia, że chciałby mieszkać w Ukrainie, a nie w sowietach. Wtedy Wojciech nie komentuje tych słów. Ale i nie gani, jednak dodaje: - Kto wie, jaki będzie bieg historii… to może być prawdą…

      Wojtek otrzymuje listy także od Soni i Saszy z Szadryńska. Są w nich słowa o przyjaźni i filmach,  o miłości i pracy w szkole, o pierwszej pensji Soni i zakupionym przez nią materiale na kostium. Dzielą się wrażeniami ze swojej pracy, wreszcie piszą o spotkaniu w Polsce i w związku z tym o gromadzeniu potrzebnych dokumentów… I odpowiedzi radzieckiej władzy, że Sonia otrzyma wizę, gdy w ZSRR zostanie zbudowany socjalizm.

Wówczas wytrwałość tej przyjaźni zaprasza ich do kraju trzeciego...

A kiedy piszą  o wydarzeniach 1956 roku w Poznaniu i na Węgrzech ich listy giną, lecz oni nie dają się pokonać, jednak w końcu każde z nich urządza sobie życie osobiste w swoim kraju.

W Wojtku dokonują się powolne przemiany. Mimo tych przyjaźni widzi drugą stronę medalu. Pewnego dnia rozmawia w swojej szkole z koleżankami i kolegami o sytuacji, która zaniepokoiła polskie społeczeństwo i obudziła śpiącą nadzieję na zmiany. Przy rozmowie był dyrektor szkoły, a Wojtek jako polonista potrafił dużo mówić, może za dużo, jak uznał dyrektor szkoły. W pewnym momencie powiedział, że „w latach 1939-1941 na ziemi podlaskiej była okupacja sowiecka”. Dyrektor natychmiast zareagował: - Kolego, pan nie chce pracować w tej szkole?

Gdy nadszedł okres ruchu kadrowego wyszło szydło z worka – w maju Wojtek otrzymał pismo od władz oświatowych, że nie przedłuża się z nim umowy w pracę  w tej szkole.

Wówczas brakowało nauczycieli i ze znalezieniem nowego miejsca pracy nie miał kłopotu.

Za radą kolegi ze studiów przyjeżdża na Śląsk do dużego okręgu węglowego i tu znajduje swoje, już stałe miejsce: otrzymuje pracę w liceum, poznaje ukochaną, zakłada rodzinę. Śląsk jest teraz jego ostoją.

Wojciech jest już w wieku dorodnej sosny. Patrzy na świat z perspektywy przeżytych lat – z tej korony wieńczącej jego życie, nic nie jest już tak gładkie i czułe, wrażliwe na dole i niedole, jak kiedyś, ale teraz tego… to już za dużo i zbiera w nim gniew.

Gdy zaczyna się dziać coś strasznego: 24 lutego 2022 r rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę, Wojtek jest wstrząśnięty i oburzony. Ten kraj, w którym politycy tyle mówili o pokoju, rozpoczął wojnę! Ten kraj, w którym on poznał przecież wspaniałych ludzi, wypowiedział wojnę niemalże swoim bliskim! Ogląda obrazy zniszczeń po bombardowaniach w Bachmucie, Mikołajowie, Kijowie, Charkowie… i na jego twarzy pojawiają się drobne strużki łez. Tragicznych wydarzeń jest tak wiele, że trudno je wszystkie pomieścić w sobie, nie mieszczą się już…

Dla Wojtka, ale i dla ludzi z wielu krajów, jest to nie do zrozumienia – to się nie dzieje naprawdę – myśli Wojtek, skąd to zło się wzięło, ten dramat nieludzkiej wojny u sąsiadów… Przecież Wojtek znał zupełnie Innych ludzi i myślał, że cały naród taki jest… Potężny kraj jest chciwy i chodzi mu o kawał obszaru, który do niego nie należy. To nie jest drobna wojenka.

Teraz przypomniał sobie o młodzieńczych marzeniach – o Kiribati…

Mówi do swoich bliskich: - Zróbmy coś dla nich! Dla uchodźców!

Córka i syn z rodzinami wiedzą, co należy uczynić, ale nie chcą odbierać ojcu inicjatywy.

Słyszy od dorosłych, samodzielnych dzieci: - Zaproponuj! Ty wiesz chyba najlepiej, co możemy… Zawsze potrafiłeś się dzielić…

I jego rodzina zaprasza do siebie czteroosobową rodzinę, bez ojca Dima, bo on poszedł walczyć  o wolną Ukrainę – rodzinę z dalekiego, zniszczonego Chersonia, której nie znała, ale to jej razem z Wojtkiem przekazała swoje serce. Matka trojga dzieci, Oksana, jest wzruszona i ściska także Wojciecha. Córki Olha i Uliana zakłopotane, ale starają się uśmiechać. Chłopiec Vlad jest odważniejszy i pierwszy podaje rękę Małgosi – córce Wojciecha.

Dawne, już historyczne, często tragiczne wydarzenia, zostały pokonane dobrem. A poza tym, cóż ci młodzi ludzie o nich wiedzą? Troje dzieci w wieku szkolnym zaczęło uczęszczać do polskiej szkoły i nie narzekało na brak koleżanek i kolegów, chociaż nie był to okres łatwy w dostosowaniu się do zupełnie nowych warunków. W szkole pani rzekła do goszczonych dzieci: - Możecie zostać u nas jak długo zechcecie, nie tylko do końca wojny.

 (Wyróżnienie w Konkursie Literackim ZO ZNP w Chorzowie)

                                                                                                            Styczeń, 2023


niedziela, 25 czerwca 2023

 






      Płonące fale

 

       Na żółtym piasku woda rozmywa ślady

       kroków do celu.

       Z grzbietu wodnego wału pianę porywa wiatr.

       Nie utrwalimy naszych śladów na plaży.

       Nie nałapiemy morskiej piany do amfory.

       Czasem zmagamy się tylko z sobą.

      

       Gdzie nie ma nas jest inny świat.

       Tam podążamy. Fale różane z różu wzięte,

       jak wiadro pocałunków

       z ust dziewczyny: pół szczęścia

       w połowie drogi do celu.

       Niepokorni nie mamy prawa

       chodzić środkiem ulicy. 

       Tylko

       w snach zapalamy grzbiety fal,

       głaszczemy płomień nadziei.

           W snach bywamy genialni i czuli.                                     

           Bezbarwny bukiet kropel

       nieustannie wznosi się

       z grzbietów morskich gór.

        To my nieustępliwi.


niedziela, 28 maja 2023

 

 
Ks. kanonik Feliks Dietrich, 4.04.2006 r.


Historia obrazu

Matki Bożej Gościeszyńskiej

 

(fragmenty tekstu otrzymanego od ks. F. Dietricha; zamieszczono mimo, iż jego części parokrotnie   powtarzają się w książce; chodzi o to, by przekazać w miarę wszystko, co o obrazie napisano)

Obraz ma wymiar 103x79 cm, płyta podobrazia 110,5x84,5 cm.

      Matka Boska z Dzieciątkiem ukazana jest w ogrodzie zamkniętym ceglanym murem, zwieńczonym blankami.

Dużą część powierzchni obrazu wypełniają stylizowane draperie, wzbogacone kolorami podszewek.

      Tło dla postaci Madonny stanowi kolumna ornamentalna z motywem granatu. Ponad postacią symetrycznie do osi obrazu, unoszą się dwie postaci aniołów trzymających ozdobną koronę. Na drugim planie poza murem, rozciąga się daleki powietrzny, biegnący w głąb krajobraz, przedstawiający z lewej strony miasto i zieleń a z prawej zamek.

      W spisie inwentarza z 1785 roku zapisanych jest 37 wot przy obrazie, dwie srebrne korony i jedna sukienka na obraz.

Wota świadczą o łaskach otrzymanych za pomocą Matki Bożej Gościeszyńskiej.

Ks. Feliks Dietrich: Parafianie pamiętają, że przed wojną w prezbiterium wisiały dwie kule jako wota pozostawione po cudownym uzdrowieniu. Przy rozbiórce kościoła i budowie nowego kule zaginęły.

      Sanktuarium odwiedzają pielgrzymi indywidualni i w grupach na przykład rowerowych, szczególnie latem. W Sanktuarium śpiewa się Godzinki o NMP przed mszami i pieśń „Bogurodzica”. Matka Boża jest patronką parafii.

     Odpusty: w Święto Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny 31 maja i narodzenia Najświętszej Marii Panny 8 września.

      Ponieważ struktura kościoła była niszczona, warunki przechowywania obrazu stały się niekorzystne.

     Przed wojną przeprowadzono konserwację obrazu, ale stało się to ze szkodą dla pięknego dzieła. Stanisław Smogulecki przeprowadził nieprawidłowe zabiegi konserwacyjne obrazu...

      Kradzież obrazu miała miejsce w nocy 14 na 15 kwietnia 1992 roku.

      W pierwszą środę adwentu 1992 roku wprowadzono w parafii Nowennę Nieustającą do Najświętszej Marii Panny.

       Policję wspierano modlitwą.

      W 1994 roku do poszukiwań obrazu włączył się Interpol.  W styczniu 1998  roku UOP prowadził jeszcze czynności śledcze w Gościeszynie a 8 kwietnia tegoż roku przekazał informację, że znani są sprawcy kradzieży i jest nadzieja na odzyskanie obrazu.  W dniu 18 lipca 1998 roku radio podało wiadomość, którą o 16.00 potwierdziła TV, że policja wrocławska odzyskała Cudowny Obraz  Matki Bożej Gościeszyńskiej. Ks. F. Dietrich powiedział: – Dziękowaliśmy Bogu i Matce Najświętszej w nabożeństwie niedzielnym 26 lipca 1998 roku. Odtąd przez 6 lat w Nowennie Nieustającej będziemy dziękować Bogu i Matce Najświętszej za odnaleziony Cudowny Obraz.

      W dniu 5 października 1999 roku brygada antyterrorystyczna przewiozła obraz do pracowni konserwatorskiej Wolskich w Łodzi. Prace zakończono na początku listopada 2002 roku a 12 listopada 2002 roku obraz przekazano do tymczasowego depozytu w skarbcu na Jasnej Górze w Częstochowie.

      Rozważano zakup kopii wizerunku, bo taką namalował artysta z Torunia. Została jednak przewidziana przez władze jako dar dla Ojca Świętego Jana Pawła II w czasie jego wizyty w ojczyźnie i 16 czerwca 1999 roku w Bazylice Mariackiej w Krakowie przedstawiciele policji, na czele z komendantem głównym nadinspektorem Janem Michną, wręczyli papieżowi Janowi Pawłowi II dar polskich policjantów, którym była „Madonna z Dzieciątkiem w ogrodzie mistycznym”. Ofiarowanie kopii dzieła miało symbolizować trud i owoce pracy policjantów. Jan Paweł II nie wszystkie dary zabierał ze sobą do Rzymu, kopię obrazu przyjął z radością i zawiózł do Stolicy Piotrowej. To zaszczyt dla parafii Gościeszyn.

      W głównym ołtarzu w 2000 roku umieszczono kopię cudownego obrazu znaną od setek lat – wizerunek Madonny z Dzieciątkiem w metalicznej sukience na bordowym tle.

Widoczne jest Dzieciątko na prawym kolanie Matki Bożej, psałterz na kolanach po Jej prawej stronie, oparta na nim ręka. Na głową złota korona, wokół sukienki i korony 12 gwiazd. Ks. Feliks Dietrich: Kopia Cudownego Obrazu Matki Bożej Gościeszyńskiej istnieje najprawdopodobniej od momentu umieszczenia Cudownego Obrazu w głównym ołtarzu, stanowiąc jego zasłonę. Oryginał Cudownego Obrazu był odsłaniany na święta, uroczystości i niedziele. Tak więc kopia odbiera cześć od niepamiętnych czasów i otoczona jest serdeczną modlitwą.

      Na rozpoczęcie Wielkiego Jubileuszu 2000-lecia przyjścia na świat Zbawiciela, kopia Cudownego Obrazu wróciła na swoje dawne miejsce, by odbierać cześć i pośredniczyć w modlitwie do Boga w Trójcy Jedynego.

      Parafia długo i starannie przygotowywała się na oczekiwany powrót Madonny z Dzieciątkiem. W 2002 roku założono sygnalizację alarmową, wykonano instalację przeciwpożarową i zbudowano kasetę pancerną kulo- i ognioodporną.

      W uroczystość odpustową ku czci Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny 29 maja 2005 roku Jego Ekscelencja Ksiądz Arcybiskup Metropolita Henryk Muszyński, w asyście księży Biskupów Bogdana Wojtusia i Wojciecha Polaka, odprawił uroczystą sumę odpustową, w czasie której odsłonił Cudowny Obraz Matki Bożej Gościeszyńskiej.

      Madonna Gościeszyńska wróciła do swego Sanktuarium, aby parafianie i pielgrzymi mogli powtórzyć za Wielkim Janem Pawłem II „TOTUS TUUS” – Cały Twój: oddany całkowicie Matce Jezusa Chrystusa, Matce Naszej. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki!


                                 

                                   W Gnieźnie z ks. Feliksem Dietrichem, 2007 r.

                                                                      

                                  Czesław Chmielewski, Eugeniusz Rychlicki, ks. Feliks Dietrich, 

                                  Ryszard Pietrzak - firma DREWA w Gościeszynie, 2006 r.

 


 

 

 

niedziela, 2 kwietnia 2023

Pan Marek

 




Pan Marek

 

Melancholijny impresjonista Alfred Sisley pozostawił przyszłości obrazy, które o nim mówią lub szepczą odwiedzającym muzea. Artysta chce wiedzieć, że jego dzieła trwają i nadal wzbudzają zainteresowanie. Tak jest, że satysfakcja nadchodzi razem z uznaniem współczesnych, lecz w duchu skrywa się myśl o przyszłości. Jest to taka tęsknota, jak ta za dzieciństwem. Nie mieszkał przy ulicy 3 Maja. Chce pozostać tam... pozostać  w swojej wyobraźni, która nabrała kształtów rzeczy. Chciałby  być ze zwiedzającymi, również rozmawiać i się przyglądać ich oczom i twarzom, poważnym, zamyślonym lub rozmarzonym, a może tylko zauroczonym. Niewielu ma taką szansę.

            Wchodzę do jego ogrodu z wyobraźni, i w jeden z obrazów „Moret-sur-Loing” (Z włoskiego: Zawiadomienie dotyczące wniosku o wyłączne zezwolenie na poszukiwanie węglowodorów płynnych lub gazowych, zwane zezwoleniem de Moret-sur-Loing; w tej miejscowości malarz zmarł) z 1892 roku, oczywiście bez jego zgody, już jestem na przejściu o ciasnej zabudowie, gdzie między dwoma drzewami, które kojarzą się z bramą wejściową między dwoma kasztanami przy ulicy Stabika 5/7. Tędy wchodziło się do wulcowni, i widzę przez otwartą furtkę tyle, ile mogę zobaczyć  i mogę się wsunąć za murowane ogrodzenie, między ściany tkliwości, i mogę zagadnąć osobę podążającą w głąb albo wyjrzeć zza parkanu i pogonić za oddalającą się niewyraźną już postacią, zapytać, co u niej? Czy ona zbiera złom? Czy ty zbierasz cokolwiek? A ona powie, nic takiego, u mnie palą się świece i nie mam czym zagrzać wody na herbatę. A ty masz? Ja mam elektryczny czajnik. A co to takiego? Rozglądam się za metalowymi elementami... 

            Nie ma na tych obrazach żadnego złomiarza, zbieracza surowców wtórnych, jakby ludzie stanowili mniejszość pośród ich wytworów, którymi się posługują i je zużywają. Być może Sisley to też buntownik, zbudowany z pragnień, a inny artysta Max Liebermann, też nie znał zbieraczy. Twórca, artysta, wie, że zyskać uznanie i trwały byt w pamięci, to jak wyjść z abisalu i nie pękać. To były dawne czasy. A we współczesności również mało jest pewności jutra.

            Dochodzę do numeru trzy. Tu mieszka pan Marek... Właśnie opuszcza bramę, za nim podąża zużyty dziecięcy wózek, na którym ledwie się mieści plastikowa skrzynia, czego Alfred jeszcze nie znał. Marek, być może, bo pewnego razu powiedział, że tak, ale nie wie jak ma na imię, bo mówią też do niego Paweł i Prosper, tak, z krwi i kości, gościł już u mnie, wiele razy przechodził ulicą Wolności obok domu numer 26, gdzie naprzeciw w jego dzieciństwie znajdował się hotel i restauracja „Magnolia”, a teraz okna pana Bronka sprzed lat na pierwszym piętrze są szare, zakurzone, zapomniane, lecz Marek ich nie widzi. Marek Prosper widzi przede wszystkim to, co znajduje się na ulicy, na chodniku, w koszach na śmieci, zauważa pojazdy, jeżeli one są przeszkodą, zauważa ludzi, jeżeli znajdują się na jego drodze…

            Podwórka odcięto domofonami, bramy z metalowych krat, jeszcze błyszczą lakierem albo inną warstwą nie cierpiącą rdzy, których nie da się wyciągnąć i zawieźć do huty, wprost do martena. Elementy okuć okien, drewnianych drzwi, rygli, młotków, rynien, kraty na studzienkach ściekowych też można by zerwać i zawieźć na złomowisko, ale Marek Prosper nie należy do ludzi dewastujących ludzkie efekty pracy.

            Teraz może wychodzi właśnie przez tę furtkę do pozazdroszczenia, do Liebermanna. Wcześniej ja się przez nią wdarłem, by zobaczyć nad jakim dziełem malarz się trudzi, a może, co mieści się za tymi jasnymi obrazami parkanu i ścianami Alfreda Sisleya. Być może Paweł czy pan Marek nie interesuje się malarstwem. Marek został już sam i nie zrezygnował z ubóstwa, bo to nie premia, którą można odebrać albo powiedzieć, że się nie chce. Życie dotyka go mocno i dokuczliwie. Matka pracowała w szkole przy ulicy Piotra jako higienistka wnętrz szkolnych i zarabiała tyle, że nie na wszystko starczyło. Marek Prosper skończył podstawówkę, a potem los nie był dla niego łaskawy. Kiedyś palił papierosy. Teraz nie widzę, nigdy nie spotkałem go z cigaretem  w ustach. Nigdy też nie widziałem go  w stanie pod wpływem alkoholu albo innych zgubnych środków trujących organizm ludzki. Mimo to dotknęło go to, co jest widoczne dla innych ludzi i nie można się tego pozbyć. Jestem nim nieco onieśmielony i zatroskany. Widzieliśmy go oboje                z żoną kilka razy, ale ja spotykam Marka częściej. Buntuje się we mnie ta bezradność i obawa. Z końca nosa zwisa mu wielka jakby śliwka, jakby drugi nos. To jest przeszkoda jak dotąd nie do przeskoczenia. Gdyby żył w XVI wieku w Europie, na przykład w Gdańsku, jego sąsiedzi mogliby posądzić odpowiednią kobietę, że to ona, czarownica, spowodowała nieszczęście mężczyzny i zasługuje na stos… albo gdyby żył naście lat później, niż obecnie, to może dałoby się już wydrukować część zamienną, a nawet głowę. Marek ciągnie swój los na tym wózku, patrzy w chodnik, lekko pochylony do przodu, kołyszący się i nie przekracza prędkości spacerowej. Skromny, niebogaty ubiór… Narośl na czubku nosa delikatnie kołysze się w rytm jego kroków. W pojemnikach na odpadki wywraca zawartość ręką, lub podłużnym przedmiotem, jeżeli taki jest w zasięgu. Wybiera otwarte bramy i zatrzymuje się przy pojemnikach, raczej większych. Sprawdza, może znajdzie złom, puszki po piwie, gazety, kartony… W pewnej odległości ode mnie, przy bilboardzie widzę kilka sztuk… pocynkowanej blachy korytkowej i nie myślę o Prosperze, i nie widzę Prospera. Jakbym chciał je podnieść, ale nie podnoszę, zostawiam. Kiedy jednak nadchodzi Marek Prosper, ja staram się go uprzedzić i biegnę do tego miejsca, żeby mu go zabezpieczyć, ale złomu już nie ma. Jestem rozczarowany. Dlaczego nie pomyślałem o nim wcześniej? Aż chce mi się…

            Wchodzę do zdewastowanego parku, otoczonego starym miastem, gdzie łatwo znaleźć żelastwo.  I oto naprzeciw mnie idzie zardzewiały człowiek z zardzewiałym działem na ramieniu. Niech się pan nie boi, mówi, nie strzelam, idę do huty… To daleko, mówię. Przecież pana wrzucą do martena, niech pan tam nie idzie, ostrzegam. Niech pan mi da to działo, przekażę Prosperowi. Proszę pana, ja żyję i to widać, prawda? Zatem nie ma strachu. Ja też jestem złomiarzem. Ja się tylko boję, że pan się boi... Jestem w przebraniu. Wychodzimy na zaniedbaną ulicę. Pan taki gąbczasty, jak mięśniak, mówi. Wyjmuje z lufy pomadę i zaczyna mnie mazać ciemną mazią. A przecież ja jestem tylko w trykocie. Co pan robi, pan mnie brudzi. Przepraszam, nie wiedziałem. Teraz od strony sąsiedniej ulicy odzywa się donośny, liryczny śpiew altowy, napełniający przestrzeń. Jakby nas obu wabiły syreny. Zardzewiały odzywa się, zrezygnowany: To mnie woła ten śpiew. Idę, trudno się z tym pogodzić, ale idę. Pan niech szuka Prospera, czy też Marka, a może Marka  i Prospera… To możliwe, przecież mamy już trzecią płeć. Jeszcze tu wrócę, to postrzelamy. A ja nie jestem z siebie zadowolony i staram się o rekompensatę. Wkładam rękę do kieszeni. Mam tylko dziesięć złotych, no tylko dziesięć…

Panie Marku, nie zdążyłem, mówię, a Marek patrzy na mnie przez zamglone oczy i jest jakby zdziwiony. Jego pasożyt, który nie jest pożyteczną jemiołą, kiwa się i milczy. Dałem mu ten banknot, a on wziął bez słowa i schował do kieszeni. To zdarzyło się już kilka razy. Szukam w kieszeni, wyjmuję i przekazuję… Marek Prosper, a może Paweł, ma zamknięte usta. Chowa pieniądze i rusza w dalszą drogę, a ja patrzę za nim. Może mógłbym mu kupić lepszy wózek? Kiedyś już taki nawet zrobiłem, ale wtedy Marek zniknął mi z oczu na dość długi czas i wózek powędrował do ogródka sąsiada.  A przychodzi do pana ktoś z opieki społecznej, pytam i Prosper się zatrzymuje. Odpowiada nie patrząc na mnie, bo zawsze oczy ma zwrócone ku ziemi. Czy panem ktoś się opiekuje? W czym mogę panu pomóc? Prosper wzrusza ramionami. Otrzymuję tylko milczące pokwitowanie. Prosper Marek zbliża się do następnej, na szczęście otwartej bramy. Wejdzie tam i sprawdzi, co znajduje się w pojemnikach na odpadki.

            Max Liebermann, taki poważny i ważny impresjonista, dziwi się dwom jeźdźcom na koniach wałęsających się wzdłuż wybrzeża morza, czy to Bałtyk, obsadzonych przez pańskich jeźdźców? Woli dwukółkę stojącą w płytkiej morskiej toni, czekając aż pani się wykąpie, odważnie zanurzając nagie ciało w zimnej wodzie. I ogarnia go wstręt, gdy widzi pochód nazistów. Mówi: Nie mógłbym tyle zjeść, ile chciałbym wyrzygać. I ja zostałem ścięty, nawet delikatnym mrozem.

            Pan Prosper znalazł dwa kawałki płaskownika, trzy puszki, które przydeptuje, by zmniejszyły swój wymiar i pudło z twardego kartonu. Chwyta za wózek i przenosi się na następne podwórko, jeżeli będzie otwarte, bo nie ma domofonu. Kiedyś jego sprawniejsi znajomi z widzenia wchodzili na teren huty, przeskakiwali mur rzeźni, starej elektrowni (z przyrządem do szukania metali pod ziemią), by zdobyć kawałek złomu, teraz to tam rosną krzaki, które nie są z metalu i nie można ich zawieźć do składnicy złomu. Tak się rozgościły, że rosną nawet na kominie i dachach… Marek nie miał takiego przyrządu, ale czy wiedział o starej elektrowni?  O tym zakopanym złomie? Muszę go kiedyś spytać.

            Skręciłem w ulicę Piechowicką. Obok mnie śmignął rowerzysta. Spojrzałem na niego z tyłu. Jechał chodnikiem zdecydowanie za szybko, po mojej stronie. Posiadał tylko jedną nogę. Zaskoczony patrzyłem jakbym nie mógł uwierzyć. Myślałem, że drugą ma opartą na ramie. Nie, nie było drugiej nogi, wyraźnie to spostrzegłem na łuku ulicy. Drugi pedał samotnie biegł po kołowej orbicie.  Paweł Palaczyński vel Marek Propser na szczęście ma dwie nogi.

            Człowiek potrafi radzić sobie w różnych sytuacjach. To optymistyczne. Gdyby jeszcze taka była przyszłość. Człowiek gra na syryndze i nie chce się nazywać fletniarzem. Bo on jest flecistą Pana. Panu zawsze ufamy…

            Wracam do obrazu Alfreda Sisleya, już mniej melancholijny.

 

                                                                                                              2018