wtorek, 13 sierpnia 2019

Przystań nad Jamnem

  

 
Przystań nad Jamnem

   1.   Niepewnego dnia byli na przyjęciu u znajomych, z którymi się przyjaźnili, bo różnili się od tych, których znali we własnym kręgu – posiadali pieniądze i byli im życzliwi, nie udzielając żadnej pożyczki. Było to miejsce dość egzotyczne, podkreślone ludźmi interesu. Tu, dzięki odpowiednim układom, w ciepły miesiąc końca wiosny, gdzie kłamstwo wzrastało razem z fortunami, w ogrodzie „przypałacowym”, gdzie kwitły storczyki i pławiła się egzotyczna zieleń, pachniało kardamonem i papierosowym dymem a rozmawiało się o wielkich sprawach tego świata, głównie o pieniądzach, a człowiek nie chorował, nie umierał i był faraonem, jakby miał wpisaną wieczność do dowodu osobistego. W tej dżungli grasowała spora wataha wilków. Człowiek uczciwy miał tu ciasno i o nim nie warto mówić, ale trzeba powiedzieć, że był w czystych sumieniach najważniejszy, ale niebezpieczny dla goniących: nie dawał, nie brał, nie wręczał, nie kombinował i dlatego… nie zasługiwał na uwagę. Forsę traktowali instrumentalnie w każdej sprawie, także w tej, jak uwolnić się od pośrednictwa pewnej firmy, podłapanej przez zagranicznego żercę, który za to, że firmował przedsięwzięcie, brał połowę i nie płacił podatku, chociaż inni też nie płacili i uciekali z kasą za granicę, czy debatowali o tym jak pozbyć się konkurenta… Poza tym jeszcze sprawy niewielkie: kupno po kombinowanej cenie działki ziemi i domu, kilka mieszkań za śmieszne pieniądze… To się nazywa operatywnością. Wręczali więc, przynosili, wynosili i dawali. Pieniądze tak bardzo umacniały wiarę w ich wszechpotężną moc, że żadne tajfuny i trzęsienia ziemi się nie liczyły, zwłaszcza, że nie zdarzały się co dzień. Łatwizna i lewizna miały swoje konta i wpłacających. Oczywiście, czasem należało lobbować i prawo dostosować do potrzeb… Wiara w ludzkie dobro, to wiara w pieniądze.    
     Wreszcie w niejasnej chwili ktoś chciał się oderwać od głębokich analiz dotyczących pomnażania forsy i uczepił się letniego wypoczynku. Wtedy panie zabrały głos. Pewna dama powiedziała, że nie będzie odpoczywać w kraju, bo tu nie ma żadnych atrakcji. Oni w tym roku wybierają się na Sumatrę.                   A druga pani - żona lobbysty, na to, że lecą na Florydę. A trzecia dama raczyła poinformować towarzystwo, że oni w tym roku mają krótki urlop, bo mąż jest zajęty zmianą ustawy i wybierają się tylko do Meksyku… I tak dalej, aż w pewnej chwili Iga nie wytrzymała i powiedziała do męża: 
    - Tym razem to myśmy się chyba pomylili z tym przyjściem do Kingi i Jana. Przecież ci ludzie nie żyją wśród nas. Oni mają nas za łopaty, roboty, czerpaki, albo za mgłę i co tam jeszcze.
    - Przecież nie pierwszy raz tu jesteśmy – odpowiedział Rufin.
    - Tak, ale kiedy indziej to był jednak inny zestaw ludzi.
     - Masz rację, bo jakoś łatwiej się rozmawiało. Oni chyba nie wiedzą, że istnieje taka substancja ludzka, która utrzymuje się na powierzchni dzięki przekazywaniu wiedzy wszystkim chętnym. Cholera, ciekawe, kto ich nauczył czytać i pisać.
     - Ale my też możemy ich błędnie oceniać - zwątpiła Iga. - Z samego przysłuchiwania się można wyciągnąć fałszywe wnioski.
     - Zgoda, ale to jest nie tylko nasza opinia. Czytamy o tych ludziach każdego dnia.
     - Wiesz co, dopijmy drinka i stleńmy się – zaproponowała Iga. - Ja mam pomysł. Kiedyś wspomniałeś, że chętnie byś się wybrał do paru miejsc dawno nie odwiedzanych. Zajrzę do Interneru, może jeszcze coś znajdę. Nie polecimy za nimi do Peru, albo na Florydę, ale możemy na przykład przez Koszalin wprost na plażę… Trzeba z tym skończyć… Koniec z udawaniem.
     - Widzę, że cię rozłościli. To chyba nie zawiść? Mieliśmy jechać do Zakopanego, a teraz chcesz zmienić nasz plan?
    - Mówię ci, dawno nie byliśmy nad polskim morzem, a do Zakopca mamy jak stąd dotąd, raz dwa. Poza tym byliśmy przed rokiem, poza tym tam można zawsze, zawsze jest sezon na Krupówki.  
    - To prawda. Nie musisz mnie za bardzo. W Internecie na pewno...   
2.   Początkowo nie narzekali i opuszczali miejsce stałego pobytu w dobrym nastroju. Dojechali w sporym ruchu do Poznania, przenocowali w zajeździe „Doris” w Obornikach i rano po sporej porcji jajecznicy,  ruszyli przez Ujście i Piłę na Koszalin, prowadzeni na samochodowym sznurku. Lubili się spieszyć powoli, chociaż życie na luzie nie zawsze jest luzem. Do czego gnać, w każdym zakątku kraju można znaleźć coś ciekawego i trzeba to zobaczyć. Dawno zapomnieli o tym wspaniałym przyjęciu w kardamonowym aromacie.
      Ale objazdy miast lub przejazd przez środek miasteczka, przejście dla pieszych w Ujściu i w związku z tym kilometrowe stado aut, postój przed przejazdem kolejowym koło Piły, most na rzece, zaskakiwały ich i zdumiewały i tych zdarzeń nie zaliczali do atrakcji.
     Pierwszy raz od lat Iga i Ruf zauważyli, że cała Polska wyjechała nad morze. Tyle samochodów ciągnęło w kierunku Bałtyku, że świata nie było widać. W końcu zaczęła dokuczać im ta ciasnota na drogach. – Nie sądziłem, że Koszalin stał się taki popularny – powiedział Rufin.
    -  No widzisz. Ale nam się zachciało – mówiła Iga.
    - Tak jest, gdy człowiek chce zobaczyć kilka razy w życiu to samo. Mówię ci – rzekł Rufin – wspominać, to się roztkliwiać. A dziwiliśmy się naszym rodzicom.
     - Powiedz, że nie chciałeś jechać... -  Nie powiem. Nie będziemy psuć ochoty – odpowiedział Ruf.
     - Po prostu. A co będziemy robić w dalszej drodze?
     - Jechać do celu. Ja będę ci opowiadała, co widzisz, a ty będziesz prowadził. Powiem ci, kto kryje się za mrożoną kawą. Jak dojedziemy, pójdziemy do kawiarni przy plaży, chyba taka będzie?  
3.   Niektórzy kierowcy szaleni. Wjeżdżali w drzewa, Tir staranował audi i pokazał, co on znaczy. Było upalnie, ale i drobny deszczyk popadywał, pogadywał, recydywista, i nie brał pod uwagę sytuacji na drogach. Raz dwa i już, CO jest (tlenek węgla), proszę jechać. Koszalin nie ten sprzed lat. Odmłodniał, zapewne pocąc się przy rozwiązywaniu problemów. Iga opowiadała nie wstrzymując ręką stanowczo zbyt nadmiernego ruchu samochodowego. Przed nimi jazda spacerowa przez centrum a na trasie do Mielna miłość ci wszystko wybaczy. Powoli, powoli.... Co z tymi samochodami? Skąd ludzie mają tyle aut? Wszystkie przyjechały do Mielna? Niechby jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć to już nie poranek, w związku z tym nie świta. Jest Mielno! Jest. A myśleli, że nie będzie, że dojadą do Gąsek, albo Sarbinowo im się nagle nawinie. Bigos na winie. Ciasno, że nie można wysiąść. - Dobrze, że przynajmniej siedzimy już w środku metalowego pudła - zauważył Ruf.
      - Spudłowałeś z tym wyborem postoju. Myślałeś tu albo tam i nie mamy gdzie się wyładować. Nawet nie wiemy, co dalej. Musimy się spytać.
      - Przecież to ty szukałaś ośrodka wypoczynkowego.
     Po kilku minutach sytuacja uległa poprawie:  - Widzisz, na drugim parkingu znalazło się miejsce. Zaczęli zadawać pytania. - Ulica Spokojna?
     - Ja jestem spokojna, Spokojna – odpowiedziała kioskarka. Mapę kupili już dawno temu, i się zestarzała. - A który numer? – zapytała pani Spokojna.
    - Numer, jaki numer?  Pani jest Spokojna, to pani nie ma numerów?
    - Przypomniałam sobie, że jest taka ulica.
    - A…  jak ma pani na imię?
    - Gryzelda. - Niesamowite. – Mnie też, ale Gryzeld… - zachwycił się Rufin. A pani kioskarka dodała z uśmiechem:  - Jedźcie państwo do Unieścia. Prosto. Prosto nie zawsze jest najłatwiej, ale w tym przypadku najlepiej. Właściwie to wszystko jedno - Unieście, czy Mielno… Jedźcie prosto.
    - O, autobus, jedynka, jak dawniej - spostrzegła Iga. - Niby wszystko inne, a jedynka jeszcze jeździ. Ale elegantsza. - Numer ten sam, pamiętam. Jeździliśmy tym autobusem do Koszalina na kawę i do kina, ale nie wiem, do jakiego. A kawiarnia była przy placu, gdzie urzędują władze miasta, w takim charakterystycznym budynku. Ciekawe czy jeszcze istnieje?
    - Dlaczego miałby nie istnieć?
    - Bo obecnie sklepy, lokale, firmy, urzędy powstają na dzisiaj, a jutro gasną jak świeczki.
     Tłumy płynęły jak fale morskie, których na razie nie było ani widać ani słychać. Wąskimi chodnikami szli ludzie jak w dwukierunkowej procesji. Zatrzymali się drugi raz naprzeciw zabudowań, które tkwiły w ich pamięci: Dom prawie piętrowy, trudno to wyjaśnić, do niego przylegała pod kątem prostym chlewostodółka. Chrobrego 22. Tu sześcioletni Rufin spadł na posadzkę z drągowej góry, na której było siano. Wtedy było siano. Też niesamowite. Na szczęście… - Nie opowiadaj mi jak to się stało. Taka dawna teraźniejszość w ujęciu tu i teraz. Dobrze, że jesteś w porządku.
      - Czy mieszkają tu państwo Niżyńscy z córką Karoliną? A Iga na to: - Ty chyba żartujesz. Przecież to było przed potopem.
     - Przed jakim potopem. Może laptopem. Owszem. W późniejszych latach to była moja uczennica.
     - Pewnie wnuki odprowadza do przedszkola.
     - Zobacz, o laptopie mowa, a laptop na trawniku. W razie potrzeby i trawa jest dobra, a mówią, że tylko dla bydła. A teraz rozmawia… nie, robi zdjęcia komórką. Co za facet. Jakiś bzik unowocześniony.
4.    Odpowiednio przepytani przechodnie wreszcie udzielili prawidłowej odpowiedzi. – Tak, zaraz, w kierunku morza, po betonowych płytach utopionych w piasku, między willami i już Bałtyk. Pawilon o czystym prostokątnym wyglądzie, teren płaski, jest gdzie parkować… - Dziękujemy… i w prawo, mówi pani – rzekł Rufin.
   - Nie, w lewo.
   - Tu wszystko jest podporządkowane jednemu celowi – stwierdził Rufin.
   - Dziwisz się? Ludzie chcą żyć. Nauczyli się zarabiać na turystach, a turyści widząc wielkie obszary handlu i możliwości wyboru, mają apetytowe humory i zawsze coś kupią.
    Pod numerem siedemnaście przyjęto ich urzędowo gościnnie. Jeszcze nie opadły z nich wrażenia z jazdy w piasku i po betonie, a już szykowali forsę za oddychanie, za pobyt… Poczuli się jak w apartamencie. Wyjście przez drzwi na taras, a z tarasu prosto na twardy plac.
     Najważniejsze to zobaczyć morze. Wyszli porzucając zapakowane torby. Bałtyk powitał ich głaszcząco, nawet weszli do wody a potem zauważyli, że przy takiej wspaniałej pogodzie na maszcie wisi zamiast białej czerwona flaga. Dlaczego? Od razu zaczęli badać sprawę. Ratownik wyjaśnił, że nie wolno się kąpać od Łaz po Unieście, Mielno, Sarbinowo po Gąski. Sinica. Wysoka temperatura wody sprzyja rozwojowi glonów. Nie warto nabawić się jakiegoś choróbska.
    - No to mamy, czego nie chcieliśmy – powiedziała rozżalona Iga. – Może jutro sinicę diabli wyniosą?
   - Zaczekamy. Nie będziemy wracać do domu z powodu głupiej sinicy. Będziemy się włóczyć jak włóczykije ulicami Chrobrego, Partyzantów… Piwoszyć, śpiewać w ogródkach piwnych, kawować i jeść ryby. To będzie wypoczynek! Może spotkamy znajomych. Pamiętasz? Irenę Kwiatkowską spotkaliśmy w Wenecji, a w Polsce nie widzieliśmy jej ani razu. Może nasi krewni z zagranicy…
    - Przyjechałam popływać. Tylko na tym mi zależy.
    - Ostatecznie możemy też pływać w basenie – pocieszał Rufin.
    - Jesteś dziwny. Przyjechać nad morze, żeby kąpać się w basenie?
    - Zapomniałaś, że naszym celem było też zobaczyć, czy istnieją jeszcze dawne miejsca, które znaliśmy. Wybraliśmy się nie tylko naszymi śladami, ale i rodziców.
    - To dodatkowo. Najważniejsze jest pływanie. Na opalaniu mi nie zależy.
    Wieczorem siedzieli pod parasolem i pili piwo. Szczupły blondyn śpiewał przeboje i zachęcał gości do udziału w imprezie. Namówił Igę, a Iga próbowała stworzyć trio, ale Rufin uparł się, że nie. „Tango dla dwojga” dotarło aż nad Jamno. W ten sposób samopoczucie Igi poprawiło się o kilkanaście stopni w skali B.
      W kolejnym dniu wypili kawę w „Orce”, próbując przypomnieć sobie, w jakim to lokalu bawili się przed laty? Żaden z pawilonów i roślejszych budynków nie pasował do zamazanego obrazu w pamięci. Zawędrowali z Unieścia do Mielna. W „Top cafe” na wysokich wydmach wypili oczekiwaną mrożoną kawę i Iga miała okazję przypomnieć Rufinowi, że za mrożoną kawą kryje się grupa jej koleżanek. Jeszcze w czasach licealnych byli w „Europejskiej” na Krupówkach i pięknym dziewczynom, uwodzonym przez pięknych młodzieńców było tak beztrosko, że mrożona kawa odzywa się teraz i co pewien czas. Do tej części Mielna przychodzili jeszcze kilka razy, bo lubili elegancję, a tu nareszcie było prawidłowo i podtrzymująco na duchu. Tylko nie potrafili się odszukać na starych fotografiach w mózgowym komputerze. Weszli do DW „Jantar”, ale to za mało do kompletu. Niby ten sam, ale jakiś inny. W następnym dniu w „Mielnie” przysiadł się do nich mężczyzna i chciał im sprzedać akcje „Deszcz”. Dobrze, że był pod wpływem piany morskiej, bo może by się dali nabrać.
     Poszli na koniec Unieścia. Pod domy, do których wojskowi kiedyś przybywali na wczasy. Wszędzie obiekty handlowe małej i wyższej jakości i domy solidnej budowy.
     Po południu środkowego dnia pobytu, ulicą Morską, ale i ulicą Rybacką poszli na plażę a w oczach mieli pytania, czy w tych domach mieszkają rybacy? Przecież kupowali dorsze…
   - W jednym z tych okien, gdy byliśmy tu z rodzicami, mieszkała Kaja Danczowska z mamą i ćwiczyła na skrzypcach. Potem spotkaliśmy obie na plaży. - Pamiętasz? – zapytała Iga, która ma do muzyków stosunek specjalny. - Teraz te domy ładniej wyglądają.
    - Znowu mam pamiętać?
5.     Gdy słońce rozkwitało i nasycało piasek ciepłem, kupili sobie na wszelki wypadek kolorowy rozległy parasol przeciwsłoneczny i opalali się na raty. - A gdy będzie padać, to będziemy oboje pod nim chodzić i się radować jak Radosław Pokorski z Braniewa – powiedział Ruf.  – Kto to jest? – zapytała Iga. – Mój kolega z wojska – odparł Ruf. – Byłeś w Braniewie? – Nigdy.
     - Ile kwiatów pięknieje bezużyteczne – roztkliwiała się Iga. - Ale czy piękno powinno być użyteczne? Tylko Bóg potrafił oddzielić jasność od ciemności, ale brzydotę od piękna, to i ja potrafię. Nie da się ciemności wysadzić w powietrze. Piękno da się wysadzić z siodła. Czy my szukamy młodzieńczego piękna? Ktoś rozlał się nadnamiętnie i szybko zwiędnął. I wiało z oporami po murach. Niektóre sumienia próbują fruwać razem z ptakami i powiewają zapałem. Gonią żurawie i tańczą na łąkach z bażantami. Jakie to Unieście stało się fajne… Mówię żurawie a patrzę na mewy. To jakaś miła perwersja.
     Rufin rzucił się w przeszłość: - Na polach Józefa Prajdy w Chłopach - mówił - w marcu goniły się   zające, a on je ścigał oczami, a one harcowały, a zajęczyca obgryzała uszy samcom, z namiętności i potrzeby zapłodnienia. Gdy nadeszło lato, Prajda znajdował małe zajączki w koniczynie. Wynosił je w bezpieczne miejsce, żeby nie pociąć kosą i kosił koniczynę dla krów, jeszcze nie kwitnącą różowo i tylko Adam Mickiewicz pałał niechęcią do nazwy, bo przecież o wiele lepiej brzmi słowo dzięcielina.  Jeździłem z naszym Jakubkiem z Prajdą furą po tę koniczynę, na łąkę położoną kilometr od domu. Prajda opowiadał o tych zającach a ja mu na to, że nie tylko na jego łące, ale także na Kurzychgrzędach hasały szaraki. Widziałem je w dzieciństwie. Wtedy świat był na tyle prymitywny i czysty, że biegały po polach i zające i kuropatwy, a jelenie gdzieś pod Piłą grały z leśniczym w zielone.
     - A rodzina Murawskich wyprowadziła się do Sianowa i podjęła pracę w fabryce zapałek. Tak opowiadał mi ojciec - wtrąciła Iga.
     - A profesor Wacław Dercikowski z Włocławka – niemal wykrzyknął Rufin - omawiał na lekcjach w technikum „Zająca” Adolfa Dygasińskiego, a w domu pisał najpierw ołówkiem, a później przepisywał na maszynie, powieść „Cześć zjednanym”, a kiedy skończył pisanie, pojechał nad morze na zasłużony wypoczynek. I wydał książkę w ostatniej chwili, bo zaczęto skreślać tych, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim. Tak mi opowiadał ojciec. Już wtedy w Mielnie można było wynająć prywatne kwatery a pierwsze domy wczasowe były niedostępne ze względu na nadmiar chętnych do pobytu nad morzem. A zając z Chłopów nie miał prawie nic wspólnego z „Zającem”.
6.     Sarbinowo też ciasne od stoisk, namiotów i pawilonów handlowych, stolików, samochodów i…  Na betonowym nabrzeżu w „Albatrosie” znowu obserwacja, konsumpcja, rozmowa o życiu w kabarecie i poza. Jakie to zabawne. Poza tym czytali. Bo uważali, że kto nie czyta, to nie istnieje. Tu im się też podobało, bo do wszystkiego, co istniało w tej części wczasowiska, pododawano kolory w różnych niezbędnych uzupełnieniach w postaci plakatów, ścianek, osłon, napisów. - Może dawniej to był „Bałtyk”, pamiętasz, to tu mój ojciec oświadczył się mojej mamie. Ale nie jestem pewna – mówiła Iga - czy to ta kawiarnia, czy chodziło o „Bałtyk”, ale wydaje mi się, że w tym samym miejscu. Tam się bawiliśmy, o. To pamiętasz.  A w tym kościele, odnowionym i uwznioślonym, przed laty ksiądz pytał, kto umie grać na organach? Zgłosiło się dwóch. A innym razem pytał się, kto przystępuje do komunii, wierni podnosili ręce w górę, ksiądz liczył przystępujących a potem wychodził i przynosił komunikanty. Po chwili Iga się poprawiła:  - Z tymi organami to było chyba inaczej. Organista pytał się, kto chciałby deptać po pedałach miecha pompującego powietrze w piszczałki organowe. Wtedy w Sarbinowie były organy ręcznie dmuchane i „żeby organy chciały grać/ dmuchanie musiało trwać”. Jedna osoba nie dałaby rady tak przez godzinę… To była na ogół uczciwa i sumienna modlitwa, bo Pan Bóg widział i chwalił użyteczne zajęcie.
     - A ja myślę, że nie było organisty – upierał się Rufin.
     Na parkingu przy kościele zagadnęli parkingowego, czy nie zna w Chłopach rodziny Prajdów?
Gdy mężczyzna już częściowo pokryty siwizną, powiedział, że zna, stanęli przed nim jak zamienieni w słup soli. Znał Kazika – syna Józefa. Wytłumaczył, że do Prajdów można trafić jadąc z Sarbinowa do środka wsi. Potem w prawo w pole, ale to tylko w umowne „pole”, bo cały teren jest zajęty, co nie znaczy zabudowany elegancko, nowocześnie. Każdy łapie coś na dzisiaj i jutro a pojutrze zostawia pod znakiem zapytania. 
    W prawo należy skręcić za dwoma leżącymi policjantami. - Policjantami? – zdziwiła się Iga. – To dwa podłużne wybałuszenia na drodze, żeby auta wolniej jechały – wyjaśnił parkingowy. Poszli też na przystanek autobusowy jakby chcieli wyjechać… W tym samym miejscu.
    - Wszystko, co zdarzyło się i ujrzało dzień w młodości zawsze jest ładniejsze od tego, co spotykamy po latach. Ale tym razem było odwrotnie.  - Absolutnie się z tym zgadzam – potwierdziła Iga. – A nad morzem w Mielnie nie jest ładniej niż było? Zawsze jest najfajniej tam, gdzie się wraca, albo gdzie nas nie ma. Jeżeli się wraca, to to miejsce zasługuje na wyróżnienie. Takie urocze zakramarki…
     - Chyba zakamarki. Widziałaś nasze wspomnienia? Wszędzie latały. Jakie barwne. Bardziej kolorowe niż dawniej. Zwłaszcza po wczorajszych drinkach. Za kramarkami też. Te dzisiejsze będą fruwać za parę lat. Muszą dojrzeć. W pewnych miejscach wypłowieją, w innych nabiorą barw radości.
A urok tego miejsca polega na tym, że znajduje się między jeziorem Jamnem a morzem.
7.   Chłopy, ale najpierw mama Igi była tam z Lesią Herman i spały na strychu, na siennikach, w domu na wprost tej drogi dojazdowej do Chłopów, potem drugi i enty raz u Prajdów na siennikach aż pewnego roku pojawiły się prawdziwe łóżka; zawsze w tym czasie zgłaszało swoją obecność kilka myszy, przegryzając deskę, żeby się dostać do pokoju, a gdy już się dostały, szalały. I kilka pcheł, skaczących po turystkach, zmuszając śpiących do drapania ciała, jednak pchły dały się pokonać. W oknie jabłoń, kury na podwórku, wszystkie od jednej nioski a nie z jednego jajka, jak żartowała córeczka Iga. Domy Odra gdzieś się wtopiły w ciasnotę, między stoiska, plandeki i zarośla? Ludu jak w Chinach. Tamten świat odszedł do nieba. To się nie chciało w nich zmieścić. Znaleźli drogę. Między chwastami, krzakami, pośród drucianych parkanów, pokrzyw, roślin podszywających się pod warzywa, stały domki kampingowe i trochę solidniejsze, stłoczone jeden obok drugiego, przedzielone drutami i zielskiem. I oto dom Prajdów. Naprawiany, poprawiany, ogacany, zaniedbany, ukryty w zaroślach. Nie ma legendarnej jabłoni, jest prawnuczka – wnuczka Witka – drugiego syna, ale nie wie, kto to był Józef albo Magda. Prajda? - Nic nie wiem. Babcia wyszła. Babcia to wdowa po Wiciu.  A tata a mama? Nie tu. Mieszkają gdzie indziej.
 8.   I znowu miasto Koszalin – ulica Zwycięstwa, „Cafeteria”, Urząd Miasta, pasaże… - Siedzisz i nic nie mówisz, zobacz, ta ławka jest solidna, a ile tu zieleni, na tym placu. A jaka wysiedzona! Zawsze myślałam, że Koszalin to ten okazały budynek. – powiedziała Iga. – Włodek Smarujny chciał 50 zł. za przywiezienie nas swoją dekawką pod ten budynek. Taki twój kolega… I nie skorzystaliśmy. Włodek kochał pieniądze a my mieliśmy ich mało. Ale wtedy kubek Jakubka pani kasjerka przechowała na dworcu. – O, pomnik naszego papieża. Zrób mi zdjęcie – zażądała Iga.
     Nareszcie wyładniało, słońce i zawstydzone granatowe chmury nad szeroką ulicą. Jeszcze tak niewiele lat temu przyjeżdżali tu na zakupy, szukając w butikach damskich ciuchów, męskich kaleson - nie było i Rufin kupił jasno fioletowe skarpetki i paradował w nich na plaży, ale nie bez kąpielówek. A teraz chodzili szukając nie wiadomo czego, tyle tego towaru… Po co to komu… Nie wiadomo dokładnie, czy można człowiekowi sprawić trwałą radość. Pasaże handlowe kusiły nadaremnie. Radość to zbyt krótkotrwały stan psychiczny.
9. Na przystani nad Jamnem w popołudniową część dnia, gdy słońce ślizgało się po kilkunastokilometrowej tafli jeziora, gdy kaczki chwytały odłamki chleba, płynęły łodzie, nie było wystarczającej liczby chętnych na statek wycieczkowy i straszyły na brzegu porzucone worki i torby foliowe, przyszli wpatrując się w płaską przestrzeń. Łakomie pochłaniali widoki, żeby ich czasem nie zabrakło. Kosze na odpadki były puste, tylko jeden zaniedbany, ale niektórym turystom nie chciało się ich szukać, więc liczyli na wiatr, który ich lenistwo rozniesie po świecie. W domu pewnie śpią w workach foliowych.
    - Stoimy na pomoście i gapimy się w dal i na kaczki. Jeszcze wpadniemy do jeziora – żartował Ruf.
    - To by dopiero było. Ludzie robią zdjęcia. Jak tu wokół uroczo czerwienieje świat. To od tego słońca. Ono się pewnie za niektórych wstydzi.  - Ono po prostu zachodzi – stwierdził Ruf. - Zrobię taką tradycyjną fotkę z użyciem stojaka. Tak, żeby był na nim ten stateczek wycieczkowy i ta dal…
     - Uchwyć też tę czerwień wieczoru – powiedziała Iga. - Czy pan może nas sfotografować? – zapytał Rufin. Pan turysta mógł, ale poszedł dalej. Pewna pani też mogła nie oddalając się… Można by coś zwielokrotnić, ale co? Zatem bez dalszej amplifikacji wrażeń, pokrytych już grubą korą topolową. Jeszcze przez dłuższą chwilę spacerowali po pomoście, a w pobliżu w wesołym miasteczku           w powietrze wzbijały się wózki z gośćmi, jakby rekiny młoty wyskakiwały z oceanu.
   - Czy my żyjemy na brudno, czy na czysto? – zastanawiał się Ruf.
   - Może niektórzy żyją na brudno, w brudnopisie, ale życie to nie wypracowanie domowe, które można poprawiać, ile razy trzeba – zauważyła Iga. – Mam nadzieję, że jutro nie będzie czerwonej flagi na plaży – dodała. – Już wszystko zwiedziliśmy, zaliczyliśmy kawiarnie i piwiarnie, teraz pora wreszcie popływać, poszarpać się z falami morskimi.               
                                                                                                                                       2007




niedziela, 30 czerwca 2019

Deszczowy koncert

Deszczowy koncert


    Zainteresowanie Rafała muzyką wzbudzone zostało przez jego mamę, która uczy w szkole muzycznej i radiowe programy muzyczne, nie koniecznie muzyki łatwej i przyjemnej.
     Kiedy jako mały chłopiec poznał nuty i gdy wyjechał z rodzicami na wieś, i zobaczył na pięciu przewodach elektrycznych gromadę jaskółek, mówił do mamy: – Zaśpiewaj mi tę melodię. Mama śpiewała a Rafał się śmiał i mówił: – Wyśpiewaj też dolatujące nuty. Jaskółki przesiadały się z przewodu na przewód, a Rafał mówił: –Zobacz, one komponują.
     Po kilkunastu miesiącach od ukończenia szkoły muzycznej, Rafał zaczął odczuwać coraz większą potrzebę kontaktu z muzyką, której nie uczył się na lekcjach teorii muzyki i gry na fortepianie, i nie słuchał na szkolnych koncertach. Zaczął intensywniej, niż zwykle kręcić gałką trzeszczącego radia i szukać utworów, które miały w sobie to, co on lubił: rytm i melodię zreformowanej symfonii i dłuższego traktatu muzycznego, zawierającego bogactwo dźwięków – wykwintnych wrażeń słuchowych i znaczeń burzących dotychczasowe przeżycia estetyczne. To miało być coś silnego, wywracającego smak i oczy pod niebiosa, ale nie mogło nieść w sobie bylejakości, tandety, zbytniej prostoty. Rafał wiedział, że to, co jest łatwe na ogół posiada małą wartość i nie jest w cenie. Szukał w płyt w sklepach muzycznych, słuchał Chopina i Mozarta, ale jednocześnie chciał, aby ci wielcy kompozytorzy zrozumieli w zaświatach, że on chce jeszcze czegoś – muzyki drażniącej słuch w szerokim zakresie – uzbrajającej, usypiającej, wzniosłej i podniecającej, co wydawało się niemożliwe, bo za dużo w jednym.
     Wiedział, że szkoła, którą skończył, to jakby dodatkowe oczy i uszy do nowego świata wrażeń, budujących i unoszących go na dźwiękach, w przestrzeń muzyki wzbogacającej przeżycia. Muzyka stała się nośnikiem myśli, wrażeń i obrazów. Najpierw miał adapter  i komplet płyt, następnie magnetofon taśmowy, by móc nagrywać, później jeszcze doskonalszy adapter i całą szafę płyt analogowych najsłynniejszych zespołów i orkiestr, potem  magnetofon kasetowy, wreszcie odtwarzacz płyto-
wy z zapisem cyfrowym. Na płyty analogowe zbudował z ojcem szafkę na kółkach i drugą na kasety, wykorzystując szczątek miejsca przy drzwiach pokoju – szafkę regałową od podłogi do sufitu.
     W radiowej trójce Piotr Kaczkowski popularyzował dobry rock w muzycznej poczcie ukf, jego odmiany i możliwości wysłuchania całych krążków studyjnych lub koncertowych. Jego propozycje muzyczne wciągały, Rafał chłonął więc aksamitne czy śpiewne dźwięki i wzbogacał się muzycznie, szukał oryginalności w nadawanych utworach i porównywał zespoły według już dość wybrednego gustu i jakości grania. Deszcz mógł szumieć, ściekać z liści drzew i spływać rynnami szemrząc, to Rafała nie zniechęcało, a nawet nie czuł, że moknie gdy był na koncercie i padało. Muzyka była najważniejsza. Jeśli zespół lub utwór zdobył jego serce, nie przeszkadzało mu recenzenckie łzawienie w magazynie muzycznym, jakby płynące z lambrekinowych ozdób dachowych rynien, ostrych jak szpilki, niebezpiecznych na wiosnę. Sople oceny się wypłakały albo zostały strącone, za kilka dni recenzja straciła moc i było po burzy, a muzyka pozostała. Rafał nie czuł się jak zagrożony przechodzień. On stał się fanem nowoczesnej kompozycji i już sam wiedział, jaka muzyka jest dobra..
     Prywatnie rock symfoniczny był rzadziej grany na wysokiej jakości sprzęcie. Rafał posiadający już dość dobry sprzęt odtwarzający i nagrywający, dorobił się sporej fonoteki muzyki rockowej, którą lubił. Były to utwory dłuższe, bardziej złożone muzycznie, rytmiczne, melodyjne, również odpowiednio twarde i ostre, ale nie raniące… Zawsze potrafił znaleźć w niej nowe wartości, potrafił wejść w muzykę głębiej, nie delektował się dźwiękami zbyt łatwo wpadającymi do ucha. Barwa, bogactwo, wymyślne łuki melodyjne, nie płaskość i dodatkowe szmery zakłóceń, psujące efekt przeżywania. Specyficzna melodyjność, rozbudowane kompozycje, to lubił. Są w tej muzyce również spokojniejsze fragmenty, pozwalające na skupienie i jakby wejście w siebie, są chwile dobre i takie, że muzyka spokojna przeplata się z bardziej dynamiczną, o ładnym, miłym dla ucha brzmieniu, ale nie prostackim, na co ma wpływ odpowiedni zbiór instrumentów i niebanalny projekt kompozycyjny.
     Taką muzykę może grać tylko grupa ambitna i pozbierana muzycznie, wyróżniająca się talentem. Właśnie chodzi o taki zespół jak Genesis. Genssis, który objawił się Rafałowi dość niespodziewanie, w tle dźwię-kowego nieba jak tęcza. Trochę się zdziwił. Pierwsza księga biblijnego Pięcioksięgu – oni Księgą Rodzaju? Tak się dali nazwać. Początkowo było to dla Rafała trochę zaskakujące i niepokojące, że można grać i grać, i nikt na to granie nie zwraca uwagi, ale i pocieszające, że potem prawie gwałtownie fala zainteresowań zaczyna wzrastać. Tak się dzieje nie tylko z muzyką, ale i z malarstwem i literaturą…
     Było to w latach kiedy Rafał nie miał jeszcze pojęcia, że istnieje taki zespół. Dopiero dorastał do muzycznych wzlotów i potrąceń w locie.
W 1967 roku pianista Banks, wokalista Gabriel, basista Rutherford i gitarzysta Phillips nagrali w studio pierwszą taśmę i przekazali znanemu piosenkarzowi Jonatanowi Kingowi, który odniósł już sukces, jako producentowi nagrań. Podpisali z nim kontrakt, który poobcinał ich muzyczne ambicje, popchnął w kierunku muzyki przebojowej, co było nieco bolesnym ograniczeniem, ale w ten sposób mieli okazję wyjść z mgły w klarowniejszą przestrzeń. Tak powstała nowa płyta singlowa, która ukazała się w 1968 roku, już z nazwą zespołu Genesis, ale wymyśloną przez Kinga a nie przez nich. Wówczas Genesis, jako kolejny zespół, niemal raptem stał się dla Rafała najważniejszym.                  
     W ich muzyce płynie symfoniczny rock, od elementarnej melodii do rozbudowanej, a nawet rozbudowywanej instrumentalizacji w trakcie wykonywania utworu. To coś nowego i pasjonującego.
Były to jednak lata, że nie było szerokiego dostępu do takiej muzyki i pełnej analizy składu instrumentów, czy oceny głosu solisty i to co oni wyczyniali na instrumentach na scenie lub w studio. Ale Rafał lubił zamykać oczy i wyobrażać sobie jak oni grają. 
     Genesis miał początkowo zestaw instrumentów, składający się z gitary, perkusji, gitary basowej, instrumentu klawiszowego oraz wokalisty, który tylko śpiewał. Rafał dowiedział się, że zanim doszli do ustalenia składu podstawowego, prześcigali się w pomysłach. W końcu ustalili, że w zestawie orkiestrowym będą dwie gitary i gitara basowa, perkusja oraz wokalista czyniący atmosferę muzyczną, w której chce się przebywać. Czasem dodawali jeszcze jednego muzyka z instrumentem klawiszowym. Nie wpatrywali się w orkiestrę symfoniczną, by policzyć instrumenty muzyczne i zwiększyć ich liczbę, ale symfonia była dla nich inspiracją. Oni uważali, że są symfoniczni przy mniejszej liczbie instrumentów wcale nie pasujących do wielkiej orkiestry.
     Rafał doszedł do wniosku, że najlepiej i najpełniej wyraża jego gust muzyka takich zespołów (rockowych), jak: Pink Flojd, Genesis, Yes, King Crimson (Karmazynowy Król) i Led Zeppelin.
Powoli dorastał do muzycznej pełni.  
     Zapamiętał z dzieciństwa, a były to końcowe lata sześćdziesiąte XX w., jak zaczęli stawać się popularni Beatlesi, jak tańczono stojąc i wykrzywiając nogi w kolanach – obserwował tańczących twista i z kolegami naśladował ich; oglądał w czarnobiałej telewizji, która migawkowo pokazywała niektóre zespoły, jak Rolling Stonesi ruszyli w drogę, skandalizowali i zdobywali fanów, a Mick Jagger ukradł mu kawałek pamięci, i grasowali po świecie hipisi, muzyka pop zdobywała słuchaczy,  a słabi i ulegli – protestujący przeciwko wszystkiemu, palili haszysz, zaś męski Londyn cieszył się modą minispódniczek, które w mig rozlazły się po starym kontynencie.
     Do pasji muzycznych powoli doszła także ciekawość dziejów zespołów – kim oni są, co robią, gdy nie grają, kiedy się kłócą i gdzie się przygotowują do koncertów.
     Kiedy Rafał już wszedł w środek muzycznej głębi, doszedł do muzycznych egzaltacji, stał się jeszcze dociekliwszy. Szperał, więcej czytał i słuchał. Wokalista Peter Gabriel przed laty odszedł z Genesis. Rafał był ciekaw, dlaczego odszedł i czytał, dlaczego. Dowiedział się, że długo szukali wokalisty aż został nim perkusista tego zespołu, Phil Collins. Póżniej odszedł z zespołu gitarzysta i pozostało ich trzech. Tak więc do następnych koncertów zmuszeni zostali do najmowania muzyków z zewnątrz. Collins grał na perkusji i śpiewał, Mike Retheford grał na gitarze a Tony Banks na instrumentach klawiszowych. Z tego Rafał był zadowolony i czasem miał ochotę napisać do nich, że tak jest okey. A czasem sam chętnie wszedłby w skład ich zespołu. Tony pisał też teksty i komponował muzykę. Bo można nie tworzyć, ale gdy zajdzie potrzeba, może okazać się, że drzemią w człowieku możliwości o jakich mu się nie śniło. I wtedy warto je oczyścić z rdzy i wykorzystać. Czasem wystarczy spróbować, by uchylić drzwi do innego świata. Chodzi oczywiście o stwarzanie bogactwa miłych przeżyć dźwiękowych, łączących słuchacza z tym, co nieuchwytne a cudowne, wyzwalające namiętności, także z przeszłością i niebem i ziemią. Żyć radośniej. Zgrzyty lekceważył.   
     Światła uzupełniają muzykę, tak uważali członkowie zespołu, opierając się na doświadczeniach innych grup muzycznych, więc byli przekonani, że ją wzbogacają, dodają jej jakby skrzydeł, bo światło ich zdaniem ułatwiało rozprowadzanie dźwięków, światło olśniewa i zatrzymuje ruch kołowy, jeśli potrafimy je pobudzać odpowiednio do drgań i wywoływać zjawisko stroboskowe. Światło ułatwia słuchaczom kontakt z zespołem, pozwala na wchodzenie w tę muzykę, wyzwala dodatkowe emocje.
Tak uważali. Muzycy filharmonicy mówią, że to efekciarstwo. Najważniejsza jest czysta muzyka, a nie jakieś dodatki odwracające uwagę od zasadniczego muzycznego tematu. W życiu codziennym wzrok odrywa pierwszorzędną rolę, słuch jest na drugim miejscu, natomiast gdy idziemy do filharmonii na koncert, wzrok staje za słuchem.
     Wpadli też na kolejny pomysł – na uzupełnienie występów przebieraniem się do koncertów albo w czasie występów, co powodowało, że ich gra to na rozłożystej scenie prawie przedstawienie muzyczne, chociaż na pewno nie musical, który raczej ich denerwował niż wyzwalał psychicznie.
     Rafał doskonale już znający zespół, zafascynowany również jego  historią, wybrał się z przyjaciółmi na występy Genesis do Monachium.   
     To było 2 lipca 1992 roku. Sabina i Jakub – przyjaciele z lat szkolnych, mieszkający w Monachium, kupili bilety na występ na Stadionie Olimpijskim, dla siebie oraz Ewy z Rafałem i Ewy z Andrzejem.
     Andrzej pojechał swoim samochodem i dzielnie wytrzymał trudy kierowcy. Podróż mieli dobrą, bez przeszkód, jak na początki demokratycznych przemian w byłych państwach socjalistycznych. Tak im się dobrze jechało i gawędziło, że nawet się nie spostrzegli a już byli na granicy. Na granicach polsko-czeskiej i czesko-niemieckiej nikt ich o nic nie pytał, bagaży nie kontrolowano, nie przypatrywano się ich twarzom w sposób podejrzewający o nielegalny przewóz towarów. Żartowali, że mogliby przewieźć kilka kilogramów narkotyków. Ale to nie był udany żart.
     Aż do momentu, gdy straż graniczna zatrzymała ich pewnie ze sto kilometrów od granicy, już w głębi Niemiec. Wtedy nie uśmiechali się nie żartowali. Celnicy sprawdzili bagaże, pytali o narkotyki, chociaż pies, który ich obwąchał, niczego nie wyczuł.  

     Już na miejscu okazało się, że Genesis nie będzie grał.
     – Słuchajcie, jest nam przykro, ale Genesis nie wystąpi – powiedziała po przywitaniu zmartwiona Sabina.
     Usiedli nie wypowiadając słowa. Na brzegu tapczanu, na podłodze, na taborecie i krześle miękkim jak poducha. A przecież nie chciało im się  siedzieć. Dość  się  nasiedzieli w samochodzie. Ponad tysiąc kilometrów i zespół nie wystąpi. Ten przykry fakt zwaliłby z nóg także byka. Wybrali się za zespołem taki kawał drogi, a zespół nie wystąpi. Po prostu nie wystąpi. No tak, nie wystąpi! Niech to szlag! Dlaczego?
Nawet się nie rozebrali gotowi natychmiast wrócić, ale przecież przyjechali do przyjaciół.
Odpoczęli, zwiedzili Monachium.
     Kuba pocieszał ich: – Prawdopodobnie za dwa tygodnie znowu się zobaczymy.
     – No, nie wiadomo, nie wiadomo.
     – Musicie się zdecydować – powiedziała Sabina. Bilety na pewno da się sprzedać, ale szkoda by było.
     – Zaczekaj aż wrócimy do domu – odparł Rafał. – Zadzwonię.
     Po dwóch dniach wracali, jadąc z pełnymi głowami muzycznej pustki. Milczeli z pół drogi. Piękno i atrakcyjność miasta nie przesłoniły im do końca zawodu, jakiego doznali przez Genesis. Nie ważny był koncertowy ubiór, jak to u młodzieży. Ubrani swobodnie, w sztruksach i dżinsach, rozpinali koszule i tylko od czasu do czasu coś powiedzieli. Na szczęście nikt z nich nie palił i mieli przynajmniej czym oddychać. Silnik równo pracował, nie trzęśli się na dobrych drogach.
     Wracali. Pędzili, nawet nie zauważyli, że znowu są na granicy.        I nawet nie marzyli, że może jednak kiedyś wysłuchają muzyki tego zespołu. Lepiej nie mieć złudzeń. To w tych długich chwilach, liczonych w godzinach a potem w dniach, było nieważne. Genesis, taki Genesis i nie wystąpił. Po prostu. Niech to cholera. Nie wiadomo czy oni jechali, czy to drzewa się przesuwały, pchając ich w kierunku domów w Chorzowie.
     Nie grał w nich żaden instrument muzyczny z zestawu zespołu. Mieli żal do muzyków, że się nie liczą ze słuchaczami. To świadczy o braku odpowiedzialności. Ale starali się zrozumieć zespół, artyści mają prawo do kaprysów. A poza tym w życiu zdarzają się niepożądane przygody. Właśnie. To nie był kaprys. Bo za dużo by kosztował. Przeszkody techniczne, być może. Nie wierzyli, że to jakaś awaria jak w starym samochodzie. Usprawiedliwiali ich i w ten sposób starali się uspokoić.
     W końcu nie zrezygnowali z koncertu w przyszłości. Nie byli jeszcze pewni czy się zdecydują i w ogóle mieli wątpliwości, kiedy będą ich słuchać, ale powoli wiara zaczęła w nich narastać.    
     Gdy byli już w Chorzowie, Sabina zatelefonowała, że wszystko wie, zna termin koncertu i mają przyjechać za dwa tygodnie.
     Tym razem zespół pozostawił przeszkody na wcześniejszym przystanku i udało się, czara muzyki była pełna, goście na Stadionie Olimpijskim z zadowoleniem i ufnością zebrali się na płycie i na miejscach wokół boiska. Pogoda była znośna. Wśród fanów barwnie i nastrojowo. Oczekiwanie na wrażenia słuchowe narastało i wyzwalało niecierpliwość.
     Występ przebiegł zgodnie z planem. Program koncertu, który ich w pełni satysfakcjonował, Rafał schował głęboko do plecaka i potem nie potrafił go znaleźć.
     Starali się wyssać maksymalnie wszystkie dźwięki ułożone w piękne muzyczne poematy, poczuli wreszcie zadowolenie z przeżycia czegoś nadzwyczajnego. Wstawali, mało kto siedział, falowali rękami, publiczności wydawało się, że śpiewa. Po koncercie długo milczeli i wracali do domu znajomych jakby przepełnieni. Mieli wrażenie, że koncert trwał za krótko. Nareszcie stało się...
     Wyjeżdżali z Monachium spełnieni, zrealizowani, niemal... dźwięczni, ukołysani dźwiękami głęboko tkwiącymi w ich pamięci. Samochód jakby specjalnie ucichł, silnik starał się nie zakłócać w głowach muzycznych uniesień. Nucili w drodze powrotnej niektóre fragmenty melodii. Nie tylko, żeby nie poczuli się zmęczeni i śpiący.
Obudził się w nich też krytycyzm. Po pewnym czasie. Nie wszystko było takie arcy. To była też okazja, aby poszarpać zespół i muzyków w ogóle, muzyków niesłownych i kapryśnych, tych z ich ulubionego zespołu, oczekiwanych. Jeżeli kogoś się lubi, to nie znaczy, że trzeba być ślepym. Nastroje człowiek ma różne. To im się też należało. Zadra po skonsumowaniu muzycznego piękna, przestała wreszcie kłuć ich dusze. Dusze zostaną umyte, wyczyszczone.
      Ewa swoim dziewczęcym głosem, jak zwykle uśmiechnięta, powiedziała do Rafała: – Nie wszystko mi się  podoba, co gra Genesis. W muzyce rockowej łatwo trafić na cegłę. Jeżeli muzyka jest ostra, agresywna, nie ma w niej melodii, wtedy nie słucham, oddalam się myślami albo zamykam źródło muzyki, ale jeśli jestem na koncercie, nie wychodzę z koncertu. Widzieliście mnie obok was? Nie wyszłam. Bo Genesis grał i we mnie. Z innych zespołów lubię Yes, a w nim wokalistę Johna Andersena. Jeśli chodzi o Led Zeppelin, to już sprawa ma się gorzej. Oni są zbyt trudno strawni. Wolę coś lżejszego. Lekka jest wata, ale tą niektórzy zatykają uszy.
     – Ewa, dziewczyno, coś ty… – zaoponował Andrzej, ale nic więcej nie powiedział.
        Andrzeja podniecała kariera finansowa Genesis. – Dochody ich urosły do tego stopnia, że założyli własne studio nagraniowe. Najważniejsze były albumy, one przynosiły najwięcej pieniędzy.
Na początku lat osiemdziesiątych XX w. weszli w drugie dziesięciolecie istnienia. Już doskonali muzycznie wchodzili albumami na listy ważnych utworów. W 1980 roku sprzedali pół miliona biletów na swoje koncerty. – Chciałbym mieć tę forsę. To robi wrażenie. To było pod koniec ich tourne, jak policzyli… przed powrotem do Wielkiej Brytanii. Chyba tak… 
     – Jak uczęszczałem do podstawówki – mówił Rafał – napisałem taką prostą melodię i sam sobie zagrałem. W pewnym momencie  pomyślałem, że może mógłbym grać i występować… Chciałbym chociaż ze dwa razy… A w 1983 roku Genesis był na wielkim tournee w Ameryce, wystąpił ponad siedemdziesiąt razy. Po zawieszeniu stanu wojennego, jako studenci mieliśmy ograniczone możliwości zajmowania się muzyką w ogóle, nie tylko ze względu na brak czasu. Wiecie jak było. Dorwanie się do dobrej taśmy było sukcesem. Wtedy mieliśmy największą ochotę na taką muzykę.
     – A my chcieliśmy wystąpić i wystąpiliśmy… na miejscach dla widzów – śmiejąc się wtrąciła Ewa Andrzeja, prowadząca samochód. Po chwili powiedziała: – Ich muzyka czasem zbyt gwałtownie naciera na słuch, chce wyrwać z nas łagodność, przenika do wszystkich zmysłów jako konstrukcja muzyczna, ale czy jeszcze coś? Można by  rzec, że doskonale przewodzi ją deszcz, wtedy mknie w grzmot i błyskawice, tak  uważam. Słuchaczy ogarnia zmysłowe szaleństwo albo upojenie, albo gniew. To może mała przesada, ale te ułożone w szeregi dźwięki są jak dym, który zajmuje miejsca dla widzów i wciska się słuchaczom w oczy poprzez światło i dopiero wpada do uszu.  
     – Dysonans to niepozorne zakłócenie. Oni programowo doprowadzali do pewnych zaburzeń. Ale jednorazowe czkawki są do zniesienia. Może to takie ozdobniki – wyjaśniała Ewa Rafała. – Polifonicznie zdarli się aż do zaczerwienienia rąk. Taki jest ten zespół. Gra z pasją. Ale obrastają też w mgiełki i zamglenia.
     – Oczywiście – przytaknął. – Z muzycznego sprzeciwu, podporządkowanego uczuciom, sterowanym chociaż częściowo świadomością, może  powstać  ciekawa  muzyka, której  się chce nie  tylko słuchać, ale chce się uczestniczyć fizycznie w zjawisku, jeśli nie wejść na estradę, to przynajmniej  być  w  pobliżu i gestami, ruchem ciała dawać znać muzy-kom, że staramy się uczestniczyć w koncercie w sposób czynny, a oni niech grają, wyrywają nas z krzeseł do postawy stojąc i przenoszą do innego, bywa, że fantastycznego, nierealnego bytu.
     – Rzeczy odważne mogą być sprzeciwem wobec lichoty codzienności, ale mogą też być objawem naszej tęsknoty do czegoś jeszcze nieokreślonego, piękniejszego niż ta gromada dźwięków wzlatujących nad estradę – dodał Andrzej.
     – Ulepszeni duchowo możemy stać się doskonalszymi, służącymi ludziom tuż obok nas – mówiła Ewa Andrzeja.
     – Oni jeszcze jako młodzi muzycy byli zaczynem, tchnieniem, awangardą nacierającego rocka, już umieli zbudować rockową suitę, wzniecić muzyczny zachwyt. Gdy jakość wykonywania i lotność po niebie wykonywanych utworów spadała w dół, przeżywali wstrząs i mobilizowali się ponownie, przebudowując zespół - rzekła Ewa Rafała.
     – Genesis ukształtował więc odkrywcze brzmienie muzyki rockowej. Zgadzacie się ze mną? – zapytał Rafał. Nie usłyszał „tak”.   
     – Chcąc zdobywać muzyczną przestrzeń – mówił dalej – nauczyli się wykorzystywać na estradzie kostiumy i aktorskie gesty, a zastosowanie doskonałych efektów świetlnych dało w rezultacie nieznaną jeszcze widowiskową obwolutę programową. Muzyka brzmiała jakby dopasowana do ich ucharakteryzowanych twarzy i kostiumów, a kostiumy do muzyki. Śpiewali świetne literacko teksty na tle wymyślnej a czasem zupełnie prostej dekoracji i stwarzali nieziemski świat, którym fascynowali się fani zespołu, tak jak my.
     – Myślę, że tak genialnie to znowu nie wyglądało – skorzystała                    z okazji Ewa Andrzeja i uzupełniła wypowiedź: – Ale trzeba zaznaczyć, że ich pomysły czasem powstawały w czasie koncertu. Najbardziej jednak zwracali uwagę na wartość granej muzyki, to było ich celem, zwłaszcza, że tę muzykę nagrywano na płyty, które nie zawierały przecież ani scenografii, ani części technicznej czy świetlnej.  
      – No tak – mówiła Ewa Rafała. – Wyobraźcie sobie, że w czasie słuchania wyrastają konstrukcje stalowe, pełno ich nad sceną i zaczynają świecić reflektory… Jeżeli ich muzyka byłaby szkodą dla naszego słuchu, mogliśmy wyjść z koncertu. Jeżeli światło by nas oślepiało, również moglibyśmy postąpić w ten sposób. Ale tak nie uciekliśmy. Te konstrukcje potęgowały wrażenia.  
     – A ja niczego sobie nie wyobrażam – powiedział Andrzej. – Śpiewali, trochę recytowali, tło zapełniali melodyjnymi akordami.
Potrafią wykorzystać obficie instrumenty klawiszowe i gitary od kilku do dwunastostrunowych, jak ulał dopasowanych do partii słownej. Tak się gra. Chcą być super i to im się udaje. To mi się podoba i niczego dodatkowo nie widziałem.
     – Święci nie byli – mówiła Ewa Rafała. – Od czasu do czasu fundowali sobie alkoholowe nokturny. Potem po koncercie krzyczeli na siebie, aż do śmiechu włącznie, ciesząc się, że nie było aż tak źle, jak alkoholowa zamieć im się przedstawiała. Wtedy to nie był rock-and roll – trzęś się i kołysz. Trzęś się i kołysz.   
     – Co ty mówisz. Jeśliby… to nie wiem, czy powinniśmy słuchać ich z takim zaangażowaniem – powątpiewał Andrzej. – Bywało, że najpierw ulegali muzycznemu wariactwu, stawali się agresywni, patrzyli na publiczność jak na zgraję narkomanów, wyrzuconych z nieba, tak jak oni… zwracali się do publiczności słowami epitetami, atakującymi fanów, nawet rzucali instrumentami muzycznymi, zdaje się tamburynem i któryś miał taką moc, że rzucił fortepianem, a może gitarą, nie pamiętam już… Może mi się zdawało. Czuli się zbyt pewni siebie, prawie jak święci-grzeszni, ale wtedy ich nie słuchałem.
     – Szaleli do czasu aż zmądrzeli – mówiła Ewa Andrzeja. - Aż pojawiła się symfoniczna dojrzałość. Całe szczęście, bo mogło być źle i nie wiedzielibyśmy, że ono istnieją. Po nizinach dochodzili do delikatności. Ich oblicze muzyczne długo trudno był odgadnąć. Tak mi się wydaje. Jakby nie mieli twarzy albo posiadali dwie twarze, albo ta twarz była ukryta pod podwójnym makijażem. Jak to wśród gwiazd. Prawdziwe gwiazdy rodzą się i umierają. U nich też się to da zauważyć. Chociaż bardziej może wśród innych gwiazd. Gwiazdy pop-music powstają i umierają…
     – Oni zdobyli w historii tej muzyki trwałe miejsce – mówił Rafał. Mają po ponad sześćdziesiąt a jeszcze się odradzają. Jeszcze budują sławę. Grają tak, że  cały czas wiemy, co to za zespół, rozpoznajemy ich nie widząc. Zawsze mieli charakter – chwalił Rafał .
     – Jak tak długo występowali, a są przecież utalentowanymi muzykami, to kiedyś wreszcie musiała się uformować pełnia muzycznego kształtu i powstać prawie idealna technika wykonawcza – mówiła Ewa Rafała. – Zaczęli się szanować i to dało wspaniały efekt. Zachwyt zespołem był różny w różnych częściach świata. Ale trzeba też powiedzieć, że nikt się nie nudził na ich występach. Właśnie, czasem to były występki. Najwyżej fan się wściekał, co też się zdarzało. Niektórzy krytycy mówią, że oni
stają się nieśmiertelni bezpośrednio. Nie wiem, co mają na myśli. A niektórzy i tak ich nie lubią. Normalne.
     Ewa popatrzyła na Rafała i rzekła: – Połączyli wyobraźnię z Salwadorem Dali i muzyką pop. Wciąż posiadają strzeliste zapędy. Żyją chyba według nierdzewnego kalendarza. Nie zdarza się im co drugi dzień wsypa, może co trzeci… Żartuję.    
     – Powiew ich możliwości jest wciąż odczuwalny. Piszą teksty na komputerze i atrament z ubiegłowiecznego kałamarza nie plami ich nowych kompozycji – dodała Ewa Andrzeja.
     –  Ja wam powiem – rzekł Rafał – to nie sztuka zagrać, ale zagrać akordy i kilka wokalnych harmonii, tak, żeby światło gasło, to jest sztuka. Ich kariera ma cechy wielkiej muzyki. Ale trzeba też zauważyć, że oni są już zabytkami. I to nie szkodzi ich graniu. Jeszcze zobaczymy… Gdy 9 lutego 1973 roku wystąpili w Rainbow Theatre, to był najważniejszy koncert na całym przebytym szlaku. No i Genesis nadal gra jak sprawnie obracająca się maszyneria. Ale dekoracje, wariacje świetlne, to nie ich pomysł. Lubię jak muzyka mną szarpie. Ultrafioletowe światło z granicy widzialnego i zaświatowego dodawało występom dramatyczności, to skupia uwagę fanów. Światło  roznieca płomień. Peter kiedyś ubrał na głowę czerwone pudełko… Pamiętacie? Błaznował i otwierał swoją duszę. Przed nimi znikały bramy światła. A publiczność została uwiedziona ich muzycznymi możliwościami, akurat bez ekscentrycznych wybiegów i podskoków, a połączone dźwięki płynęły niemal pierzastymi obłokami. To była poezja. I na tym zakończmy, bo jeszcze to ktoś nagra, a może nagrał, oni wysłuchają i staną się zarozumiali. Ale  i tak będę ich słuchał.
     Jakby przejęli się dogłębnie tym, co usłyszeli. Poruszyli się recenzencko, poprawili dobrze zapięte pasy. Każdy z nich chciał coś rzec, ale z kolei Ewa Andrzeja nie dopuściła ich do głosu:
      – Jak kiedyś dolecieli do USA, to Nowy Jork przyjął ich po królewsku… To były któreś kolejne występy, szereg sukcesów i parcie dumy w piersiach – wykrzyknęła niemal. – To super instrumentaliści, co pewien czas dodawali wymyślone elementy widowiskowe, żeby więcej zamącić w widzach. Najlepszy dowód na to, że nasze zdanie nie jest takie jednoznaczne. Chcieli nadal mówić. 
     – Każdy może pokazać swoje możliwości i osiągnąć szczyty i oni to zrobili, szli po nich czasem skacząc i sięgając do obłoków – udało się powiedzieć Rafałowi. – Ich  sukcesy pogasiły w nich poczucie rzeczywistości, tej powszechnej, rozumicie, wicie… Gdy się opamiętali, zawrót głowy mijał, stawali się normalni, jednak pełni pasji i chęci do grania. Niebezpieczeństwo porażki czaiło się w różnych miejscach, ale muzycy jakby intuicyjnie potrafili je omijać albo wygaszać.  
     – Wiecie, że przez to nasze gadanie, ja lepiej czuję ich muzykę – zakończyła Ewa Rafała.   
     Po wielu latach, gdy nikt z nich nie przewidywał, że zdarzy się jeszcze raz taka możliwość, 21 czerwca 2007 roku zespół przyjechał na kilka godzin do Chorzowa. Pewności nie było, przynajmniej na początku, że dostaną bilety. Zrobił się w kraju spory szum i trudno było przewidzieć, co dalej. Zadziwiające było to, że po tylu latach od występu w Monachium oni zdecydowali się wystąpić w Chorzowie. To tak, jakby specjalnie i podświadomie uczynili to dla nieznanych im osobiście przyjaciół, bo Sabina i Jakub z Monachium (już mieszkali w Chorzowie) oraz Ewa i Andrzej też byli z Ewą i Rafałem na tym koncercie.
     Ewa Rafała powiedziała: – A może pójdziemy obejrzeć te zabytki? – wcale nie myśląc o tym, że będzie ich słuchać i oglądać.
     Wystąpili tylko w ten jeden wieczór. Obojętnie jaki on mógłby być, ale tylko raz. Artyści nawet nie nocowali w Katowicach. Nie dali zarobić hotelarzom ani jednego euro. To fanów nie interesowało.  Kiedy dowiedzieli się wiele miesięcy wcześniej o występach zespołu, czytając ogłoszenia i notki prasowe, kupowali drogie bilety w pośpiechu i bez zastanowienia. Ewa i Rafał zrobili sobie nawzajem niespodzianki.  
     Burze w tych dniach nie ochłodziły oczekiwań i nastrojów przed koncertem jak i w czasie grania. Najtrudniejsza była niepewność, czy czasem nie odwołają koncertu, bo przecież burze straszyły jak mogły i przewalały się nad miastem z błyskawicami, grzmotem i obfitym deszczem nie tylko w tym dniu.  
     Opady już o piętnastej trzydzieści zmoczyły zapaleńców, atmosfera zaczęła zwisać z nosów i twarzy czekających na otwarcie bram Stadionu Śląskiego. Już po spacerze po koronie stadionu albo jak niektórzy gadali: wokół kotła cudów, można było zająć wyznaczone biletami miejsca. Zmokli wszyscy i dopiero wtopieni w muzykę przestali sobie zdawać sprawę, że pada. Z chaosu zaczęła się rodzić harmonia. Ludzie po otwarciu bram walili między sektory i każdy oceniał, gdzie najlepiej usiąść. O dwudziestej był taki moment niepewności. Może się nie odbędzie? Odsunęli czarną kotarę i ukazała się scena. Menager Genesis wyszedł na
scenę zmartwiony gotów zgarnąć tę burzę poza teren koncertu, chociażby rękami, gdyby to było możliwe.  
     W tym dniu o dwudziestej zaczęło się lato.
Była chyba 20.47, gdy Mike i Phil z Tonym oraz Darylem i Chesterem wyszli na scenę. Rafał spojrzał na zegarek.
     Burza postarała się i dodała pęk efektów wizualnych. Chociaż deszcz zaszkodził instrumentom. Mogły zachorować na chrypkę. Faceci jednak się pozbierali i było okey.
Najpierw w chmurach błyskało słowami z rozterek, aż po pewnym wahaniu wybuchł późnowieczorny, mokry koncert w Chorzowie na Stadionie Śląskim.  
     Wszyscy, którzy wcześniej gromadzili się na murawie i w sektorach przez kilka godzin, a niektórzy przyjechali z głębi kraju i byli na stadionie już po południu, spacerowali po rozmokłym parku, a  deszcz nie ustawał i chowali się głębiej pod peleryny i parasole, i siadali na plastikowych siedzeniach przymocowanych do betonu stadionu, najpierw je starannie wycierając gazetami, a niektórzy posiadali nawet ręczniki; czytali mokre programy i krótką historię zespołu aż doczekali się występu. Czuli w sobie ogromną potrzebą słuchania muzyki i usatysfakcjonowania za pieniądze wydane na bilety. Dwie godziny przed koncertem nie wyglądało, że stadion będzie pełny. Spoglądali na wielki ekran o wysokiej rozdzielczości,  umieszczony na tyle sceny, jeszcze ciemny, martwy, a potem rozświetlany przez miliony diod, i nikt w to nie wierzył, że jest ich tyle… tych diod.  Kto niby je policzył. A z prawej i lewej strony dwa wysokiej rozdzielczości ekrany pokazujące muzyków na scenie i publiczność; pięć kamer chwytało przestrzeń i spłaszczało ją w obraz telewizyjny.  
     Tłum na Stadionie Śląskim rozżarzał się powoli, wciąż chłodzony opadami deszczu, wcale nie żartującego. Ruszali się z uniesionymi, poruszanymi nad sobą rękami, niektórzy dodawali do muzyki zespołu swój entuzjazm wyrażany krzykiem i śpiewem zbuntowanego morza.
     Ewa, zawsze chętna do wysłuchania koncertu, tym razem miała pewne opory. Może nie była w odpowiednim nastroju. Uznała, że zespół już jakby  się starł,  poszarzał, że  wyblakł i nie odzyska świeżości.
Jakby zauroczenie mijało. Na pewno aura była w tym pomocna. Musiała mieć coś na zachętę.
     Jeszcze dwa dni przed koncertem Ewa nie wiedziała o biletach. Rafał na wszelki  wypadek  Ewie nic nie  powiedział, chcąc sprawić jej niespodziankę, a potem opowiadał cudy niewidy. – Wiesz, grają dynamicznie. Lepiej niż dotąd. Ty lubisz taką muzykę. Taki dźwięk zapewniany jest przez aparaturę nagłaśniającą o mocy 42 tysiące watów, wyobrażasz sobie! A 470 sterowanych reflektorów umożliwia pokazywanie znakomitych efektów świetlnych, to będzie nie tylko koncert, ale widowisko. Lubisz światło. Zasilanie zapewnione jest przez 6 agregatów o łącznej mocy, która mogłaby zasilić w energię elektryczną 2600 domów mieszkalnych, nie wiem czy nie całe Osiedle Irys, Klimozowie i Tysiąclecia… Usta mu się nie zamykały. – Nie wiem, może tak, a długość kabli wynosi, wiesz, niesamowite, prawie osiem kilometrów. Jak z Chorzowa do Katowic. Trudno nie ulec zaskoczeniu i zadziwieniu. Mówisz czasem agregat. Te agregaty to specjalne zasilacze. A konstrukcja sceny będzie wysoka na ponad 28 metrów. Nawet nie drgnie, nawet gdyby była zawierucha burzowo-deszczowa i nie ugnie się w czasie toczenia beczek  w niebie, chociaż sięgnie do chmur.
I jeszcze dodał: – A wiesz, oni w tym roku odbędą trasę koncertową po Europie o długości 75 tysięcy kilometrów. To miała być zachęta.
     Rafał dotrzymał postanowienia i zrobił Ewie niespodziankę, i o biletach na koncert powiedział jej dopiero dzień przed występem zespołu. Kto komu fundował bilety? Rafał posiadał dwa po 160 zł., a otrzymał za darmo dwa po 500 zł. Swoje sprzedał za pół ceny. Można powiedzieć, że została nagrodzona jego sympatia do Genesis.
Ewa westchnęła.
     – Nie szkodzi –  powiedziała. – I też sprawiła Rafałowi niespodziankę: – Wiadomo, że chętnie ich wysłucham i obejrzę. Zwłaszcza za taką cenę. Wezmę namiot – żartowała – albo targowy parasol i ty się pod nim zmieścisz i ja.  
     – O, ale wiadomość. Ja pójdę w nieprzemakalnej kurtce z kapuzą na głowę. Pod kurtki ubierzemy ciepłe swetry. Tobie wystarczy parasol mniejszy od namiotu. No i tata nas zawiezie.
     Fani drżeli, ale nie z zimna, lecz czy koncert się odbędzie. Bo to wciąż była niewiadoma. Jeszcze przez dłuższą chwilę nie było pewności, a ktoś próbował zasiać panikę, ale deszcz ją szybko zmył. Na dłuższe opowieści nikogo nie było stać. Siedzieli cicho jak mysz pod miotłą.
Znowu: Koncert się odbędzie, nie odbędzie… Czyżby powtórka… Nie myśleli źle, myśleli pozytywnie.
     Oczekiwanie dobiegło do mety. Powiało muzyką przeszywaną deszczem:  rozpoczął  swoje występy  legendarny  zespół muzyczny Genesis, którego trzech członków miało dopiero po około 65 lat, o czym uszczypliwie ktoś powiedział, ale warto było przypomnieć, zwłaszcza, że  tego w świetle reflektorów, przez szarość deszczu nie było widać. Rafał od razu przypomniał sobie to, co już kilka razy wyświetliło mu się w pamięci, że 2 lipca 1992 roku z Ewą i przyjaciółmi Ewą i Andrzejem, jechali na występy Genesis do Monachium.  Wówczas też w sześcioro byli na koncercie, ale razem, teraz każda para miała inne miejsca. To przecież wielka przygoda. Właśnie. Tyle już czasu minęło… Teraz ten deszcz. Też się na przełożenie zanosiło… Już się przysposobili, byli gotowi płynąć na falach dźwięku i światła. Chcieli posłuchać w sposób nieprzeciętny i nieniszczący zarazem muzyki rockowej sprzed lat. W tej sytuacji może najczystszy dźwięk byłby gdzieś w okolicy ostatniego pietra konstrukcji scenicznej zespołu. Dobry rock jest jak dobry bigos – powiedział Rafał.
     – Im starszy tym lepszy, myślisz. I oni też wydają się być utrwaleni w mistrzostwie. Ewa mimo pewnego niezadowolona z pogody, pełna była muzycznego ducha. Pomyślała: Można głośno myśleć i nikt nic i nikogo nie usłyszy. Muzyka zajmie wszystkie miejsca ciszy, wypełni je i nadmucha maksymalnie. Można się uśmiechać niczemu nie dziwiąc. Zdecydowałam się i nie będę żałować. Nie będę.
     I Rafał z Ewą usiedli w sektorze dla VIPÓW. Ojciec Rafała zawiózł ich pod stadion. Sznur samochodów jak w piosence. Jak Paryż w latach sześćdziesiątych, zupełnie zmoknięty, ochlapany, szarość i przebitki sodowego światła. Na skrzyżowaniach czerwone, zielone, żółte, przyspieszone, raczej pospieszne. Fani spieszący ze wszystkich stron, policja regulująca ruch w dwóch kierunkach. Ręce w kieszeni albo z parasolem. Deszcz nieustannie padał i moczył ludzi. Może Ewa najpierw nie wykazywała entuzjazmu, natomiast później była bardzo ukontentowana po staropolsku, a Rafał wyraźnie podekscytowany i podenerwowany. Z dziećmi został dziadek Genek, za babcię Danusię, bo babcia poszła na koncert absolwentów szkoły muzycznej. Po koncercie wróciła i została do następnego dnia. A deszcz padał i szukał luk przydatnych do zepsucia koncertu.
     Tony Banks, Phil Collins, Mike Rutherford dawali z siebie dużo, ale czy mogli więcej? Oni byli głównymi aktorami na scenie.
     Pod koniec występów burza ponownie pojawiła się nad stadionem. Wróciła, tak jej się ten koncert podobał. Błyskawice dodawały emocji i akcentowały niektóre momenty muzyczne. Muzyka narastała, perkusja coraz głośniejsza i nagle błyskawica nad stadionem. To robiło wrażenie. W pewnym momencie Ewa i Rafał zostali pokazani na wielkim ekranie teledimu zainstalowanego przy estradzie. Ponad 40 tysięcy widzów, również z różnych stron Polski, zobaczyło nieznanych sobie miłośników Genesis… Błyskawica, grzmot. Akcent. Nowy obraz.   
     Po występach Rafał myślał: – Genialnie. Przypomnijmy sobie.    Chcesz wiedzieć? Zagrali najsłynniejsze przeboje „Mama”, „I Can’t Dance”, „No Son of Mine” i „Land of Confusion”, i przy ostatnich akordach tego utworu niebo zajaśniało, błyskawice rozwarły wrota, stadion pełen jasności. Grano też utwory z lat siedemdziesiątych, wtedy zespół był głównym roznosicielem rocka progresywnego.
     – Colins popisywał się na perkusji – mówiła Ewa. – Dobrze to wypadło, gdy przyłączył się drugi bębniarz Chester Thompson. Nie  można powiedzieć, że publiczność dała się porwać namiętności aktywnego słuchania, ale, ale… Drugim uzupełniającym był gitarzysta Daryl Stuermer – uzupełniła Ewa.  
     – „Home By The Sea” to jeden z najsłynniejszych utworów – dwie części, jak powiedział Colins „Stragchny dom”.
     – Na ekranie przechadzały się postaci z przebojów i okładek płyt. Raz dniało a raz atmosfera różowiała. Wysoko nad poziomy ulatywały muzyczne dokonania gitary Rutherforda i Tony Banksa na keyboardzie, Phil świetnie się popisywał na zestawie bębnów i talerzy. Czystość dźwięków wysoka, jakby kąpanych w czystej deszczowej, zachwycająca. Kto ma takie ucho do wyłapywania delikatności, takich muzycznych niuansów? Ja myślę, że nasz Kubuś...
     – Ciała widzów nagrzewały się od tej muzyki, wysychały koszule, za chwilę znowu mokły, ale atmosfera muzyczna była niezmienna. Doskonała, prawie idealna do wtopienia się w dźwięk, do stania się dźwiękiem. Stali z podniesionymi, poruszanymi w poziomie rękami. To już znany rytuał. Słuchacze byli mocni w krzykach, ale nie przeskoczyli muzyki zespołu.
     – Właśnie. Jak pamiętam, a wciąż pamiętam, na stadionie olimpijskim  pewnie  sto  tysięcy  gardeł wznosiło swój krzykliwy śpiew w wieczorne niebo. Wypływał z gardeł i ust melodyjny refren a na ekranie pojawiły się dawne zdjęcia i film zespołu Steve’a Hacketa i Petera Gabriela, zdaje się z lat siedemdziesiątych XX w.  
     – „Trowing It All Awal” i fani rozśpiewali się na całą szerokość płyty boiska i pod pułap ciężkich chmur, a one unoszone na dźwiękach nie śmiały zniżyć lotu, by zalać fanów, a wokalista zespołu zachęcał publiczność do rozmowy z nim. Chciało mu się mówić. Dobry muzyk gra dobrą muzykę i jeżeli meloman umie słuchać, nic więcej mu nie jest potrzebne. Tak się uważało… Tymczasem on chciał porozmawiać… Niech idzie do baru – trochę zniecierpliwiła się Ewa. – Co to za rozmowa… Chociaż na pewno wielu przybliżyła do muzyków, ale mogło być też odwrotnie. Fani na taki układ się godzili i nikt nie protestował.   
     – Następnym hitem koncertu było „Domino”. Nie pamiętasz.  Przypomnij sobie. Collins wykorzystał publiczność do zademonstrowania domina. Utwór porażał, czy też powalał dynamiką, zmieniał nastroje, zachwycał rytmem i piękną melodią. Jakby się wszystkie kostki waliły, jedna za drugą, a muzyka płynęła wartkim strumieniem. Galopowałem razem z instrumentami w utworze „In The Cage”. Heca, stałem się magiem, gdy słuchałem „Afterglow”. Porażenie zniosłem, jako elektryk…   
     – Zagrali też świetny przebój z dawna „No Son Of Mine”… Ale                o tym już mówiliśmy. Tak. To był koncert dla wszystkich. Wszystkich? Ach, także dla nas…   
     – Oczywiście, się wygłupiasz – stwierdził Rafał. – A co powiesz  o „Mamie”?
     – Albo ten pierwszy bis „We Can’t Dance” –  powiedziała Ewa.
     – Na mnie wrażenie zrobiła również strona techniczna. Zapadłem się razem z tą maszynerią.
     – Zapadłeś? Tak, rzeczywiście, można się zaprzepaścić w tym żelastwie i świecących diodach.
     – Chyba nie było rozczarowanych. Mimo wszystko. Było głośno, ale ekstra. Ich pomysły scenograficznie są kosmiczne. Doprawdy, to było koncertowe przedstawienie.
      – Byli wyluzowani, pozwól, żartowali nie na żarty.
     – Wokalista Collins potrafił nawiązać z nami kontakt. Ze mną. Widziałeś? Kiwał do mnie, ja nawet myślałam, że wziął gitarę i uniósł… Gdyby ją rzucił gotowa byłam ją złapać i zagrać razem z nim. Udawał. Zasiadł za bębnami i śpiewał. Ewa śmiała się serdecznie.
– Jest cały instrumentalistą. Powiedział po polsku „deszcz” i stadion wiedział, że pada deszcz. Zrozumieliśmy. Inaczej nikt by nie czuł, że jest mu mokro.
     A jeszcze później: – Po spektaklu przez godzinę grałem w tym deszczu na wszystkich instrumentach Genesis… Poważnie. Byłem przejęty do szpiku mówił Rafał. – To znaczy one grały we mnie. Taka ulewa, a taki piękny wieczór, do zapamiętania na długo. I deszcz bębnił razem z muzykami. Będzie nam przypominał, że byliśmy tam, w samym środku słuchając muzycznego początku lata.       – Zielona murawa pod nami zachowywała się przyjaźnie. Widziałam trochę latającego trawnika, ale nikomu nie szkodził. Nie zbierały się na trawie kałuże wody. Tak na marginesie powiem, że to ostatnie miesiące zielonej trawki na stadionie. Będzie nowa, trwalsza, podgrzewana. To będzie! Tę chyba sprzedadzą, przecież to kawał historii piłki nożnej. Teraz tylko czekać na następny występ, byle nie był na księżycu, bo jeśli w Europie, ale Europie z naszego sąsiedztwa, to kto wie… – dodała Ewa.
     – Przemiany w ich muzyce mają wspólny mianownik, czyniący ich gwiazdami na kolejne lata, ale można powiedzieć, że inni muzycy są też do nich podobni, i zupełnie inni, czasem nam się wydaje, że to zespół całkiem obcy, a po chwili pojawia się w nas nazwa Genesis, nawet gdy ich nie widzimy i nie ma na niebie napisu Genesis. O charakterze ich muzyki decyduje w znacznej mierze głos wokalisty. Ważna jest barwa głosu. Powiedzmy piękniej: tembr. Rozpoznajemy i odróżniamy ich muzykę od muzyki podobnie grających zespołów, jak tysiące fanów już nieco pomarszczonych, bo słuchamy tego zespołu na przestrzeni ponad trzydziestu lat, to wielki sukces jednych i drugich – wyjaśnił Rafał.
     – Kto ją rozpoznawał? Żartuję. Nie był potrzebny żaden detektyw – mówiła Ewa. - Zmienili się na twarzach, ale i przez twarze są rozpoznawalni. Postarzeli się i ich słuchacze, ale to w niczym nie przeszkadza. Są jakby przyrośnięci do fanów z dawnych lat. Ja do tamtych się nie zaliczam, i ty chyba też… Określani jako meganci pośród innych zespołów rockowych, z wielkim kontem osiągnięć, na pewno zasłużenie mają czołowe miejsce w historii tej muzyki. A my powinniśmy się teraz wyspać. Nasze dzieci niedługo wstaną, razem ze świtem, a my będziemy ziewać – powiedziała Ewa zamykając oczy. Nie chcę ich rozpoznawać.
     Zadzwonił telefon.
     – Rafał, odbierz.
     – Słucham, Rafał.
     Po chwili Ewa otwarła oczy i zapytała: – Kto dzwonił?
     – Nie zgadniesz. Tomek, ten z firmy zajmującej się wymianą murawy na Śląskim. Proponuje kupno fragmentu trawnika z boiska. Będą sprzedawać za kilka tygodni i powinniśmy skorzystać z okazji.
Cała murawa zostanie pocięta na kwadraty, będzie ich ponad tysiąc. Za stówkę będziemy mieli własny, historyczny skwerek – żartował Rafał.
     – To nie będzie w ogóle murawy na płycie boiska? – żartowała Ewa.
     – Będzie nowa, lepsza, zwijana, podgrzewana.
     – O! Wiedziałam, ale nie wierzyłam.
     – No to co? Kupimy?
     – Tak? I zainstalujemy ją może na balkonie? A może w kuchni na parapecie?  Zresztą, jak chcesz…
     – Oczywiście. Żartuję. Ojej, najwyżej zawieziemy na wieś do rodziców. To żywa pamiątka – powiedział Rafał i też ziewnął. – Muszę mu oddzwonić.
                                                                                                2007






piątek, 28 czerwca 2019

Indukcja

 Indukcja


     Gdyby magnetyczna... W celu wzbudzenia współczucia w drugim człowieku, człowiek czasem wspina się na wyżyny, by pokazać jak cierpi. Ujawnia cały wewnętrzny ból, wykrzywia twarz, pojękuje i zwija się, skręca w spiralę, jego ciało drga, łzy spływają obficie po policzkach. Tarza się po ziemi i podskakuje. Nie udaje. Promieniuje i działa na drugiego człowieka. Wtedy może się zgrywa. Co w nim wytwarza? Nic albo wiele. Dlaczego to robi? Ma swoje powody. Często pragnie w kimś siebie zaindukować. Chce w nim zaistnieć. Obojętnie jak – negatywnie czy pozytywnie. Chce być zauważony.
     Tak postępując osiąga znakomite efekty albo rozkłada się na czynniki pierwsze. Drugi człowiek może zawoła w powietrze i schodzą się ludzie.
     Wszyscy są zmartwieni, przerażeni, szukają pomocy u tych, którzy mogą pomóc. Człowiek, który wywołał taki zamęt, może nie być zadowolony. Znamy to z wielu wydarzeń przeżytych osobiście, opisanych lub opowiedzianych. Spowodował przepięcie ludzkich uczuć. A chodziło mu tylko o współczucie.
     Są tacy, którzy nie cierpią współczucia. Uciekają. To tak, jakby działając zmiennym polem magnetycznym na przewód elektryczny, wywołać w tym przewodzie nie tylko siłę elektromotoryczną, ale też spowodować, by w otwartym obwodzie popłynął prąd elektryczny, co jest fizycznie niemożliwe. Zawiłe. Wiem. Ale wiadomo, że prąd ucieka. W latach powojennych w niektórych wsiach tego jeszcze nie wiedziano, bo nie było prądu elektrycznego. Elektryfikacja dopiero nastąpiła.
     A gdy nadejdzie rok 2100 Planeta będzie się bać tego, co ludziom chodzi po głowie, co ludzie wymyślili w nanotechnice. Prąd będzie nieatomowy. Tworzywa sztuczne będą może wyrastać z ziemi, będą miały korzenie, jak marchew… śmieci zasypią planetę, energia elektryczna zamieni się w zamieć słonecznego oddziaływania. Działają już prądy powietrzne jak piekło; to powietrzne skrzydła nieszczęścia, coraz częściej zbyt potężne i przez to zbyt tragiczne. To już wiemy. Jeśli ocieplenie nie rozgrzeje Ziemi do... (powstrzymajmy się), to może prądy powietrzne będą życzliwe ludzkim poczynaniom? Człowiek o to się postara czy tylko stara?
     To już nie czysta fantazja, ale… „fantazja otorbiona”. Ileż zjawisk chciałoby się wywołać myślą i mową, uczynki pozostawiając niespokojnym duchom i pracowitym mrówkom. Myrmekolog niech ma pełne ręce roboty. Okazuje się, że w ten sposób nie da się wywołać nawet ducha.

     Ale pracownikowi najemnemu, który nie jest duchem, nie jest wszystko jedno. Chętnie przyjmie zaliczkę i robotę wykona albo odłoży do jutra.  Ale najważniejszy jest właściciel tej roboty za psi grosz, który podpływa luksusowym jachtem albo limuzyną wołającą o litość boską... Tak jest obecnie. A dalej, właściciel jest gotów płacić jeszcze mniej, i chętnie to czyni. Pewien Przewodniczący powiedział, że tak było przed II wojną światową, gdy sanacja opróżniała biedocie garnki. Teraz ludzie są świadomi i wiedzą dla kogo pracują. Powinni myśleć, że dla siebie. Ten przewodniczący nie pochodzi z ziemskiego padołu. Mała rzecz, a jakie wymagania. No jest jak było. Zarobki wystarczą na niektóre przejazdy i kromki chleba…Może też na tramwaj. A później... Jak będziecie diamentowi, dostaniecie komplet śniadaniowy. Co, po co? A, czy ja wiem…
     Szkoda, że Euklides nie był elektrykiem. 

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Grzybobranie

Grzybobranie



     Omłoty na terenach wiejskich przebiegały sprawnie i we wrześniu w tej okolicy chłopi zboże wysypali już na strychy i spichrze lub odwieźli do punktów skupu. Na polach pozostały stogi słomy, układane w różnej wielkości kopy, z wnękami na plewy i niektóre maszyny i narzędzia, jak pługi czy  brony.
     Przygotowywano się do wykopek ziemniaków, ale ludzie robotniczej i biurowej pracy, i amatorzy przygód, wybierali się do lasu na grzyby i nie myśleli o kartoflach. Wałęsanie się między sosnami, olchami, brzozami, topolami czy dębiną, zdzieranie własnej skóry przez korę drzew i drapanie jej przez gałęzie zagajników było przyjemnością, wyzwaniem i kosztem, który się ponosiło bez żadnego gadania. Szukanie, wypatrywanie kozaków, prawdziwków, podgrzybków, gęsich pępków, maślaków, a nawet olszówek, stanowiło nie lada atrakcję. Należało jednak najpierw wiedzieć, gdzie poszczególne gatunki rosną, w jakim lesie, a potem dopiero się wybrać i ich szukać. Cóż, kiedy żaden amator grzybobrania nie zdradzi takich miejsc. Dlatego pierwsze wyprawy to na ogół błądzenie po lesie z pustym koszykiem i zgubienie drogi.
     Do leśniczego Bolesława Olszówki w nadleśnictwie Koszęcin, przyjechał jego szkolny kolega Michał Kania z dziewczyną Maliną Kozacką z Chorzowa. To zaledwie trzydzieści kilka kilometrów...
To była sobota. Już się ściemniało. Michał zaplanował z Maliną, że posiedzą w leśniczówce do poniedziałku. Nazbierają grzybów, porozmawiają z Bolkiem i jego małżonką, Teodozją. Może uda im się jeszcze coś...
     Bolek i Tea przyjęli gości bardzo serdecznie, zwłaszcza, że przyjazd kogokolwiek do leśniczówki stanowił atrakcję dla obu stron. Po powitaniu od razu zabrali się do okazywania sobie wzajemnej  przyjaźni,  zrozumienia i radości. Tyle czasu się nie widzieli. Może z pięć lat... ale nie pamiętali, gdzie i kiedy  ostatnio się spotkali. Okazało się, że to było w ubiegłym roku, też na grzybach, tak, to jednak nie lata, lecz miesiące. Widać dobrze im się wiodło. To nie ważne, ważne, że znowu są razem. Stół w kilka chwil był zastawiony jadłem i piciem. Gospodyni przygotowała pieczeń z dzika z ziołami, także z jelenia, jeszcze ziemniaki, groszek z marchewką i czerwoną kapustę. Czym chata bogata. Michał i Malina mieli szczęście, ponieważ leśniczy coś nie coś upolował... Zanim zabrali się do późnego obiadu, wypili po jednym, aby dzik nie był dziki, a jeleń nie ryczał.
Tea nie jadła, miała dosyć dziczyzny, natomiast Michaś z Maliną świętowali z całego apetytu. Po takim obiedzie można pić, powiedział Bolek. Sądził po sobie. Tymczasem Michał nie należał do takich. W każdym bądź razie dali sobie w gaz i zapomnieli o grzybach. Nawet nie zdążyli się kochać. Poszli spać nad ranem, kiedy grzybiarze wybierają się na prawdziwki i kozaki. O ósmej Malina zerwała się z łóżka i krzyknęła do Michała w sąsiednim pokoju: - Michał, już ósma, wstawaj! Michał obrócił się na drugi bok, ale kiedy jego pani powiedziała, że mają pójść na grzyby, zerwał się na równe nogi i się zachwiał, jakby podłoga była nierówna.
    - O rany - powiedział - jestem na okręcie. Ale boli mnie głowa. Widzę rydze, cukrówki i kozaki...
    - I po co tak się urządziłeś? Idź do łazienki, umyj się w zimnej wodzie, może wrócisz do siebie - mówiła Malina.  
    - W lesie poczuję się lepiej - powiedział.
    Wypili herbatę, wzięli kosz z wikliny i wyszli bez większej dyskusji z gospodarzami. Tea tylko zauważyła:
- Grzyby rosną w nocy a o tej porze śpią, albo są już w cudzych koszach. 
-  Pozbieramy te, które nie śpią - odpowiedziała Malina.
    Spostrzegli, że kiedy zbliżali się do pewnych miejsc, z lasu wychodziło już kilka osób i kierowało się na przystanek autobusowy, albo wsiadali na motor. - Pozbieramy te, których oni nie spostrzegli - rzekł Michał. - Mają pełne kosze, popatrz - pokazała Malina.
    Mimo pesymistycznego nastroju poszli szukać szczęścia.
     Zagłębili się w zagajnik sosnowy, bo w nim właśnie rosły maślaki. Przedarli się przez wszystkie szeregi sosenek, ale maślaków było tyle, co kot napłakał. Nie zniechęcali się, dalej rosły brzozy w kwadracie około jednego hektara. Pod nogami drobne żółte listki, trawa na pół sucha, małe krzewy, nierówności. Pięć kozaków w różnych miejscach... To te niedostrzeżone przez poprzednich zbieraczy. Dalej były łąki i olchy. Tu rosły olszówki. Zbierać czy zostawić? Takie urodziwe, kusiły i mamiły...
 - Nie zbieraj! - ostrzegał Michał Malinę.
 - Odgotujemy i będą dobre - odpowiedziała. I zaczęli się sprzeczać. Pogodziły ich dopiero prawdziwki w odległej dębinie, do której nikt chyba nie dotarł. Wtedy Malina usunęła z kosza olszówki. - Szkoda lasu - powiedziała. Podgrzybków jakoś nie było latoś. Kiedy znaleźli się na przeoranym zagonie, odgradzającym las od drogi, na wypadek pożaru, pozbierali jeszcze kilkanaście gęsich pępków nie wiedząc jak te grzyby nazwać, ale byli pewni, że się nimi nie otrują, i pewnie z cztery prawdziwki pod dębami. Droga ich zwiodła, wyprowadziła za las w zupełnie innym kierunku. Zgubili się. Sądzili, że znajdują się z pięć kilometrów od leśniczówki, gdzieś koło Tworogu... Tymczasem wyszli z boru na wolną, płaską przestrzeń pokrytą ścierniskiem, z dwoma stogami słomy. Jeden znajdował się kilkadziesiąt metrów od nich i ten zauważyli, ale w zasięgu wzroku nie było widać ani jednego domu. Nie wiedzieli też, że w pobliżu biegła polna droga, dosyć uczęszczana. Michał nie zmartwił się tym. Już w lesie coś go napinało jak łuk, sprężało, pobudzało zmysły, zwłaszcza gdy Malina schylała się, by zerwać bedłkę. Teraz to wewnętrzne wzburzenie krwi jakby się wzmogło. Ujął swoją ukochaną delikatnie w pasie i rzekł: - Popatrz, jaka piękna nizina. Tylko ten stóg i my, a za naszymi plecami gęsty bór. Pocałował ją w policzek i poprowadził w pole, w stronę sterty słomy. - Gdzie ty się ze mną wybierasz, co? - zapytała.
- Zobaczymy, czy tam rosną prawdziwki - powiedział całkiem poważnie.
     Malina aż się zachłysnęła ze śmiechu. - Kłamca! - wykrzyknęła niemal. Ale nie protestowała. Poszli wśród sosenek i brzózek samosiejek, aż znaleźli się za ugorem, porośniętym szczawiem, kwitnącym jeszcze czerwono, bo pewnie spóźnionym w tym roku, a przecież spotkali już kwitnący wrzos. Przez ugór weszli na ściernisko.  W pewnej odległości od nich coś się działo i oczy Michała zarejestrowały rowerzystę jadącego przez skoszone, puste pola, ale ten obraz nie został zapisany w świadomości i Michał na razie w żaden sposób nie zareagował na niego, podobnie jak Malina. Epizod nie wart uwagi. Zboczyli trochę z drogi i zauważyli, że w pobliżu znajduje się jeszcze jeden stóg słomy, ale tego faktu też nie uświadomili sobie, był niepotrzebny. Nie zauważyli też, że ów rowerzysta już nie jedzie, lecz stoi i się na nich gapi. Mężczyzna  przy rowerze najpierw chciał zobaczyć w idącej parze znajomych, potem zaciekawił się, co oni będą robić, może idą do drogi, a kiedy zbliżali się do słomianego obiektu, przeszedł przez niego mały dreszcz i nawiedziły sprośne myśli. Zainteresował się tym, co może nastąpić i już wyobrażał sobie, jak tych dwoje głośno się kocha,  z rozmachem, a on patrzy... i nie wie co robić... aż zrywa się z miejsca, wsiada na rower i pędzi do leśniczego, by podzielić się wiadomością... 
     Tymczasem rozpalona prawie do białości para, jak można by  się pomylić, zniknęła za słomianym stogiem. Miejsce zadaszone słomą, owa wnęka, wydawać by się mogło, czekała na gości. Michał przestał kontrolować myśli, nie interesowało go, czy tam są jakieś maszyny, czy może plewy po młocce. Byli już trzy kroki od tego miejsca i Malina odstawiła swój koszyk z grzybami. Nagle zrobił się szum, słoma zaszeleściła, dało się słyszeć groźne mruknięcie i... z głębi niszy wyskoczył dziki zwierz! Rozszalały, przerażony, popędził miedzy nich i przed siebie, najpierw do drugiego stogu słomy, a potem nagle zrobił zwrot i biegł prosto na rowerzystę, zostawiając przerażoną parę, może nie widząc rowerzysty, czy też postanawiając zemścić się na nim za to, że ktoś ośmielił się przeszkodzić mu w miłym wylegiwaniu się w słomie. Rowerzysta, którego dało się zidentyfikować jako Jakuba z Nakła, patrzył na to, co się dzieje i się śmiał. Kiedy wreszcie zauważył, że zwierz jest o trzy metry od roweru i biegnie wprost na niego, rzucił rower i próbował uciekać. Malina i Michał też uciekali, ale w przeciwnym kierunku. Michał nawet krzyknął: - Na drzewo! Żadnego drzewa jednak w pobliżu nie było. Zanim się obejrzeli, zauważyli Jakuba, który  pozbierał się z miejsca i spojrzał za siebie. W tym czasie dziki zwierz był już w lesie, gdzieś między jałowcami, olchami, krzewami malin, krzewinkami czarnych jagód i paproci. Jakub wsiadł na rower i pojechał polną drogą do leśniczówki, gdzie właśnie się wybrał, by porozmawiać z leśniczym o kupnie budulca. Zastanawiał się przestraszony, co to było? „Przecież nie dzik. Wyglądało na barana? Przecież nie jelenia, bo on by się tam nie zmieścił. Wilk, niedźwiedź? Tu nie ma wilków. Niedźwiedzi też nie ma, poza tym one tak szybko nie biegają. Jaźwiec? Za duży. Dziki pies?... Nie będę się zastanawiał. Ale ta para  straciła na tym, nie powiem...” Michał z Maliną też się zastanawiali, co to za zwierzę siedziało w słomie? Oni w ogóle nie byli w stanie wymienić jakiegoś dzikiego zwierza. Coś było, ale co? Gdy ochłonęli z emocji, zaczęli się śmiać. Będziemy mieli co opowiadać - żartował pan narzeczony. - A co będziesz opowiadał? Że chciałeś mnie... Albo że jakiś zwierz nas chciał pożreć? A co to było?
     Zanim wrócili do leśniczówki, Jakub już zajechał do domu.
     Ledwo znaleźli się w obejściu leśnictwa, kolega borowy powitał ich słowami: - Podobno w naszym lesie niedźwiedź grasuje, siedział w stogu słomy i przestraszył jakąś parę, która się pod nim kochała. Czy to nie wy byliście? - zaśmiał się Bolek i kichnął do rękawa. - Opowiadał mi taki jeden... Malina  i Michał  zarumienili się i popa-
trzyli na siebie.
  - Widziałeś kogoś przy nas? - zapytała Malina.
  - Ależ skąd... Przecież myśmy... - Michał przerwał.
  - Ach, ja tylko żartuję. U nas nie ma niedźwiedzi -  poinformował  Bolek.
  - Zaraz, zaraz... Tak, widzę, teraz widzę... Tak, widziałem rowerzystę. Gonił go jakiś dziki kot... czy może łasica... a może dzik? A może nam się tylko wydawało - zastanawiał się głośno Michał.
- Nie rozumiem, przecież to on was gonił! - powiedział kolega 
leśniczy.
   - Nas nic nie goniło. To był ten facet, rzucił rower i uciekał gdzie pieprz  rośnie  - powiedział Michał.
   - No, to coś się tu nie zgadza. Kto kogo gonił? - zapytał Bolek i dodał:  - W tej okolicy są dziki... To może był dzik i on urósł w waszych oczach na potwora. Widzę, że rzeczywiście strach ma wielkie oczy! Czy tak było? - zapytał, ale nie usłyszał odpowiedzi.
     Tego dnia i gospodarze, i goście mieli co opowiadać i z czego się śmiać. Gdy Michał z Maliną wracali z grzybami na poniedziałkową kolację, na ulicę Gałeczki, przypominali sobie poszczególne momenty i zastanawiali się, co to było za zwierzę.
                                                                               1984


 



środa, 29 maja 2019

Spinacz

Spinacz

Fotografie moich przodków już pożółkły,
a nowe nie uznają przeszłości.
Mam kilka albumów, w których się kryję 
Albo wsiąkam w poezję Herberta,
Lipskiej czy Różewicza.

Zdaję sobie sprawę z tego,
że nie ma życia bez krótko istniejących,
zagubionych dusz  
w zapomnianych miejscach,
w zbuntowanych palcach
i drżących liściach osiki.

Niesiony w lektyce bogato zdobionej
sam jestem palankinem
i chociaż to w sumie ciężar globu,
sam siebie niosę.
Nie zaznaczam na korze miejsca pobytu. 
Podlewam awantury, uśmiecham się do
rozhermetyzowanych wyznawców pieniądza.
Lewitacja mogłaby być wyjściem.
Jazon odstąpił Argo,
a ja udałem się po mityczne runo do Kolchidy.
Otrzymałem złoto –
napęd i moment pędu
– spin z mechaniki kwantowej,
chociaż nie jestem mechanikiem,
lecz skromnym elektrykiem.
Każda fotografia to nowela,
powieść i strofa, i ja mam wciąż
czym oddychać i co czytać.




czwartek, 25 kwietnia 2019

Pani Władzia

Pani Władzia

Pani Władysława Kowalczyk urodziła się w 1914 roku. Nieszczęśliwy rok, bo wojenny i głodny. Bez względu na sytuację rodzinną, młodych mężczyzn pod zaborami wcielano do wojska, by oddawali życie za skłóconych zaborców i resztę Europy. Nie doznała w dzieciństwie ojcowskiej opieki. Dla niej filarem była matka. Gdy miała cztery lata Polska budziła się do życia w niepodległości. W 1916 roku jej ojciec wkroczył z Legionami Polskimi do Warszawy i doczekał szczęśliwie powrotu Piłsudskiego z twierdzy magdeburskiej, a 11 listopada razem z innymi legionistami odbierał Niemcom broń. Nie wrócił jednak do domu, zginął od przedostatniej kuli tej wojny.
            To był jeszcze niekształtny brylant nadziei na wolną ojczyznę, jeszcze z nieoznaczoną wartością. Przełom i początek, najpierw niewiadomego, później wciąż ciosanego i szlifowanego brylantu o pożądanej wielkości, której nigdy w wymarzonym kształcie nie osiągnięto.
                  Jako młoda dziewczyna z okolic Białej Podlaskiej patrzyła na świat przez obłocone, gołe stopy latem i zdarte buty zimą. Przez chatę pod strzechą i pusty żołądek na przednówku. Rodziny nie było stać na buty, a rękawiczki i ubrania z adamaszku były nieosiągalnym, ale i zbędnym luksusem.
            Ojczyzna jak źródło stała się dla niej upragnionym rajem z bajki, tu, pośród urodzajnych pól, z których zbiory nie wystarczały do zaspokojenia głodu mieszkańców. Chodziła z rodziną osiem kilometrów do kościoła i to była niedzielna rozrywka. Na tych terenach zawsze znajdowało się kilka bocianich gniazd, które dla mieszkańców wsi i okolicy przynosiły z dalekich krajów odrobinę optymizmu i oczekiwania na szczodrość losu. Na świt i strumień dobra z ruczaju.
            Wczesny ranek, południe i wieczór zaznaczały się wielką krzątaniną w obejściu: karmieniem trzody chlewnej i wypasem krów na wąskich poletkach łąkowych, a międzyczas, to ciężka praca w polu na niewielkim własnym poletku i w folwarku. Jeszcze korzystano z dworskich pastwisk i lasów, lecz serwituty nie zaspokajały potrzeb.
            Panie Boże, spraw abym dożyła stulecia mojej pokiereszowanej ojczyzny - marzyła po okrutnej hitlerowskiej nawałnicy. Postanowiła tak długo żyć, aż doczeka wymarzonego Edenu. Żyła więc w lęku i krótkich radościach, zawsze z wiarą i wizją dostatku i wygody. Nigdy nie miała czasu na zanurzenie się w leniwym lub gorącym nurcie życia. Nie chodziła na wystawy malarstwa i nie zajmowała się bezeceństwami. Jedyny obraz, który ją wzruszył, to były „Bociany” Józefa Chełmońskiego. Zasługiwała na więcej niż los jej przydzielił. Doczekała lat, gdy aby wyżyć z tej ziemi, należało podjąć dodatkową pracę. Później ziemi nikt nie chciał. Gdy Polska znalazła się w Unii Europejskiej miała dziewięćdziesiąt lat. Rozmawiałem z nią na wiejskiej drodze, pokrytej już asfaltem. Wypatrywała z ufnością jeszcze kilku wiosen, żeby temu krajowi stuknęła setka niepodległości, lecz zabrakło już sił i odeszła do Pana w wieku stu trzech lat i nie doczekała fanfar.
            Tak żyje wciąż znaczna część społeczeństwa, chociaż już nie porównuje swojej egzystencji do tej z przeszłości. Michał Całek ma inne zdanie na ten temat. Kocha tej kraj, w którym co roku wyjeżdża z żoną w czasie urlopu w inny rejon i zwiedza,  i znajduje setki uroczych zakątków, poczynając od Podlasia, Lubelszczyzny, poprzez Pomorze, Wielkopolskę, całą południową część Polski i dokumentuje, i dziwi się, że wciąż turyści nie wszystko potrafią i chcą zobaczyć, a jemu się wydaje, że powinni, to piękny kraj…