czwartek, 15 listopada 2018

Dwa bieguny

Dwa bieguny

To tu w 1919 roku podpisano układ pokojowy…
Siedzę w Galerii Zwierciadlanej w Wersalu -
zapatrzony w kunsztowny barok,
zasłuchany i ginący w niezapominajkach,
gdzie rozpięty i rozczochrany Lang Lang gra
zachwycająco cztery scherza Fryderyka Chopina.
Perły tonów tańczą między oknami,
złotymi posągami, kryształowymi żyrandolami -
raz przy pustej sali, to znowu,
gdy jest przydatna publiczność,
to przy niej, by utonąć w oklaskach,
i chcąc nie chcąc, objawia się przede mną sto lat
pokiereszowanej suwerenności kraju nad Wisłą.
Dwa bieguny, jak wschód i zachód -
miłość i cierpienie. Uroczysty czas spełnienia.

Wyobrażam sobie, jak tamtej, już wyzwolonej
z mglistego świtu jesieni odradzała się radość,
jak trudno było Ojczyźnie, znacznie trudniej,
niż się mówiło. Pojawiły się nierówności
i pękał fundament źródła.
Niebo opornie pozbywało się ołowiu
i drżało w lęku -
Polska wciąż kształtuje swoją wolność
i niezależność.

Składnikom odrodzonej,
świętej Ojczyzny, która chce być sprawiedliwa,
nadaje się nazwy i ustala prawa,
by rządzić w sposób mądry, ale i wyrafinowany.
I zdarza się, że jemy tylko zwodnicze słowa.
Przez sto lat zmiennej aury doszliśmy
do tego oto jaśniejącego miejsca,
lecz nadal tworzymy fronty atmosferyczne… 
Uroda kraju, zadowolenie jego dzieci 
i dostatek wciąż są nośnikami nastrojów,
lecz pożądanie często tarza się w łapczywości.

Wróciłem z Wersalu.
Umieszczam się na parapecie rozsądku
i wyglądam przez okno pogodowe,
i chłonę muzykę Chopina znad Wisły.
Ona uwzniośla słowa o niepodległej Ojczyźnie.
Przez to okno wyziera wielu rozważnych...

Wirtuoz kłania się zauroczonym słuchaczom,
odchodzi od fortepianu,
a ja wciąż słyszę Wielkiego Poloneza Es-dur…

                                                                      2018





niedziela, 21 października 2018

Prądy błądzące

                       

 

 Prądy błądzące

     Człowiek jest wielki. Potrafi szukać natchnienia i sensu bycia nie tylko w oczach ukochanej i w obwodach prowadzących do rezonansu napięć albo prądów. Są tacy, którzy znajdują je w przyrodzie, w strugach deszczu, czy powalonym pniu, a nawet w lejach pobombowych albo w galopie konia. I też szukają. Gdziekolwiek? Tego dokładnie nie wiadomo. Podpowiada im doświadczenie. Każde miejsce jest dobre. Bo człowiek jest wielki. Czy o to chodzi?
     W niedawnej klasie IIIc, nie wiem czy w liceum po reformie, a w technikum przed maturą, był taki czas, że każda z uczennic i każdy z uczniów chodził z głową w chmurach. Przynajmniej tak się mówiło w szkole. Zresztą, cóż innego, poza nauką, sportem i miłością mogło ich obchodzić. Pisali i rozwiązywali zadania, kochali się, biegali, grali w siatkówkę i kosza, pływali, wychodzili do miasta na popas, i mówili o miłości. Nie była to jednak miłość skrywana, miłość zwyczajna, co oznaczało, że chłopak chodzi z dziewczyną, dziewczyna chodzi z chłopakiem, czasem jak kolega z koleżanką, a często jak dwoje zajętych sobą z jednego powodu i nic w tym nadzwyczajnego. Nikt na takie sprawy nie zwraca uwagi, bo to nie jest podstawą do życia. To było coś więcej niż ocena negatywna i więcej niż wygrana na loterii, i nie zawsze oznaczało, że chłopak ma dziewczynę. To też było coś mniejszego, niż cena ukończenia szkoły, podtrzymywanie swoimi barkami stropu zmartwień. 
     To, co się zdarzyło w tej dwudziestopięcioosobowej grupie młodych ludzi, i jeszcze z nieznaną liczbą uczniów z innych szkół, a najważniejsze dotyczyło także nauczycieli, miało jednak znamiona jakiegoś zaćmienia, ale nie szaleństwa albo trąby powietrznej i doprowadziło dyrekcję szkoły, i kadrę pedagogiczną niemalże do zagubienia, jeżeli nie do zwątpienia i błędnego rozpatrywania wydarzeń w interesie szkoły.
      Przerobili już dawno „Lillę Wenedę” Juliusza Słowackiego i za radą profesora przeczytali z własnej i nie przymuszonej woli „Beatryks Cenci”. I się zaczęło, jak sądzono, właśnie po tej historii z dramatem. 
     Powstały spory, które przerodziły się w zainteresowania zupełnie inną sferą uczuć. Może jednak nie z tego powodu... a może i z tego. Oni protestowali przeciwko tragedii i bronili miłości, ale wplątali się niemal w dramat. Niektórzy twierdzili, że to komedia. Dramat czy komedia? Ponieważ jedno drugiego pragnęło, a pierwsze o tym nie miało pojęcia, bo to była miłość platoniczna, zrodziły się nieporozumienia, czy jest też inna? Pewna liczba uczniów i nauczycieli znalazła się w dość niespotykanej na taką skalę sytuacji. Dyskutowano wszędzie. Zwracano uwagę na stronę moralną postępowania dwojga młodych ludzi i opowiadano się za wolnością w miłości w każdym wieku. Niektórzy nie rozumieli, co to oznacza. Nie powinno mieć znaczenia, że ktoś ma tyle czy tyle lat, że ktoś jest profesorem, uczniem... Dojrzałeś, jesteś odpowiedzialnym człowiekiem, wolno ci... Rozdrażnienie i nerwowość z powodu innego zdania starszych, nie koniecznie nauczycieli, tudzież zakłopotanie rady pedagogicznej, nie miały w tym przypadku dużego znaczenia. Wszystkie historie, jakie się zdarzyły, chociaż miały wspólny mianownik, rządziły się po swojemu i biegły swoim torem, a osoby uczestniczące w nich lub stykające się z wydarzeniami, powodującymi ten stan rzeczy, przeżywały je w sposób raczej poważny i podążały w nieznanym kierunku tą samą drogą, bo cóż to byłaby za historia, gdyby chodziło o przedmioty, a nie o żywych ludzi.   
  Każda dziewczyna i każdy chłopak chodził w tych zaczarowanych dniach, tygodniach, jak w transie, transportowany na skrzydłach wzniosłych uczuć i w romantycznym nastroju, i zamyśleniu, z lękiem, że może się zdarzyć coś złego, co zniszczy ich uczucia, aż głowa zaboli i rozpacz wtargnie do serca. Ogarnięty tą drugą osobą, podążając za nią i pragnąc przebywać w jej pobliżu, mógł chodzić krętymi ścieżkami, błądzić  w lesie za Wisłą, szukać nawet samego siebie. Narodziła się i rozpowszechniła obawa, że tej drugiej osobie może stać się krzywda. Ponadto w towarzystwie umiłowanej osoby, mimo, iż opiekunowie mogli na przykład wydać określone zakazy i nakazy, ta pierwsza czuła się znakomicie i była szczęśliwa, a druga w pełni się z pierwszą identyfikowała. Naiwni zbierali szyszki z dębów i jabłka z olch. Niektórzy posadzili ziarnko cedru albo oliwki, chcąc dożyć do spełnienia się najważniejszego, co nie zawsze dało się określić. Oliwka rodzi w wieku sześćdziesięciu lat, a człowiek?
     W końcu dyskusje stały się mniej ważne, zaczęły zanikać, a pojawiły się właśnie westchnienia, zauroczenia, niemożliwość rozstania i tęsknota. Objawy są powszechnie znane i nie ma co się nimi zajmować. Wartość tych zdarzeń ma cudowne konary.
     Żeby zobaczyć więcej, poza środowiskiem szkolnym, wśród młodzieży z mianem „uczeń”, wystarczyło przejść się ulicami miasta. Najobficiej zjawisko objawiało się nad Wisłą, na bulwarze wśród klonów i lip, których młode liście zieleniały z uciechy na widok odmienionych, młodych twarzy, radosnego popiskiwania i perlenia się śmiechu. Poczynając od technikum papierniczego, wzdłuż murowanego parkanu tepepe, dalej liceum ogólnokształcącego, liceum wychowawczyń przedszkoli i aż do mostu, który niektórym poplątał się z mostem na Tamizie, jakby wspólną randkę odbywały dziesiątki dziewcząt z chłopcami mianowanymi na rycerzy. Niektórzy jednak z nadmiaru emocji nad bystrą rzeką woleli przechadzać się po moście, wyobrażając sobie, że znajdują się w Londynie i patrzą na Tamizę albo niektórzy zachodzili na Zielony Rynek, żeby popatrzeć na konie, marząc o podróży karocą, albo woleli posiedzieć na placu Wolności udając, że wokół nie ma nikogo oprócz nich i wolność jest zachłyśnięta. W każdym razie na zewnątrz nie było aż tak groźnie, nie dostrzegano przelewania się uczuć, wyciekania i czynienia potopu. Co nie jest takie pewne.
     Najwięcej działo się w szkole nad rzeką.
     Tak więc Klaudia zakochała się w profesorze fizyki, Andrzeju; Anna uwielbiała matematykę, bo wykładał ją profesor Tadeusz; Helena smutniała, gdy z klasy wychodził profesor od angielskiego, John; Mirka ożywiała się przed każdą lekcją polskiego, kiedy miał nadejść profesor Bolesław; Stach kochał się w profesorce od historii, pani Wandzie; Waldek szalał za profesorką języka rosyjskiego, panią Tamarą; Idzi włóczył się, jak cień za profesorką geografii, panią Ireną; Zenek ścigał oczami panią profesor od organizacji przedsiębiorstw, Zofię... a dopiero reszta klasy miała chłopaków i dziewczyny w innych klasach, w mieście, z innych szkół. Marek z IIIa ogólniaka chodził z Marylą z IIIc tepepe; dla Romana z tej samej klasy istniała tylko Jola z liceum pedagogicznego; Ryszard twierdził, że jego Krysia z ogólniaka jest cudowna; Niwiusz przyodziewał się w blask urody Maliny z technikum chemicznego. 
     Panie profesorki i panowie profesorowie najpierw domyślali się, że coś dziwnego zaczęło się dziać w zespole klasowym, a po kilku dniach nauczyciele doszli do wniosku, że oni wszyscy dostali bzika i chcą żeby pedagodzy też szaleli razem z nimi.
      Pewnego dnia profesor Tadeusz wszedł do klasy IIc i zauważył, że wśród  uczennic i uczniów  jest Anna z IIIc. Spojrzał na nią, zobaczył jej rozmarzone oczy, spojrzał na dziennik, by się upewnić, że nie pomylił klasy, rzucił okiem na resztę młodzieży i rzekł:
     –  Ja chyba jestem w IIc, prawda?
     – Tak, panie profesorze! – krzyknęła klasa.
     – To w takim razie, co tu robisz, Aniu? Przecież ty jesteś z IIIc.
Cała klasa w śmiech.  
     – Proszę o spokój! – podniósł głos profesor.
Gdy młodzież zamilkła, Anna nieśmiało, spuszczając oczy, odezwała się:
     – Lubię matematykę. Lubię też... –  nie dokończyła.
     – Bardzo się cieszę, ale ty masz teraz inną lekcję... Poza tym drugą klasę już ukończyłaś. Przykro mi, ale musisz wyjść. Co teraz masz za przedmiot?
     – Ona nie wie, bo jest zakochana w panu profesorze! – odezwała się uczennica za plecami uczennicy Anny.
     – Proszę o spokój! – zgromił uczennicę profesor Tadeusz nie dociekając, kto to powiedział.
     – Poszukaj swojej klasy i więcej tego nie rób, to jest bez sensu – rzekł urzędowo. Anna wyszła z sali, ale pozostała pod drzwiami. Przechodziła tędy wychowawczyni.
     – Czy ty jesteś chora, dziecko? Dlaczego tu jesteś, a nie na swojej lekcji? Przecież wy teraz macie... macie... Co wy teraz macie?
     – Dokładnie nie wiem, ale zdaje się, że język angielski.
     – No, to proszę... W której sali?
     – Nie wiem – odparła dziewczyna.
     – Zdaję się, Aniu, że musimy porozmawiać.
     – Już wiem – przypomniała sobie Anna i szybko oddaliła się od wychowawczyni. Pani profesor pokiwała głową. Anna jednak nie poszła na lekcję, ponieważ nie wiedziała, do której sali ma pójść. Bardzo to było dziwne, gdyż angielski młodzież miała zawsze w tej samej klasie lekcyjnej.
     Klaudia wpatrzona w profesora Andrzeja nie rozumiała, o czym on mówi, tymczasem on omawiał zjawisko rezonansu elektrycznego. To też była niespotykana lekcja, ponieważ Klaudia powinna być na angielskim. Profesor Andrzej, nie zwracając za bardzo uwagi, kto u niego jest na zajęciach, mówił o rezonansie i patrzył na Klaudię, a ona niemal mdlała z uwielbienia. Tak się jej podobał, był taki romantyczny i uduchowiony, że trudno to było wytrzymać. Ten  rezonans jakby go przestrajał i wzbudzał w nim dodatkową energię. Dziewczęta uśmiechały się złośliwie i czasem wypowiadały jakieś kąśliwe słówko, lecz ani Klaudia, ani profesor Andrzej nie słyszeli tych docinków. 
     Rysiu przyszedł na lekcję urządzeń elektrycznych z Jadzią. Profesor Alfred nic na to nie powiedział, bo nieobecna była Joanna, więc suma dziewcząt zgadzała się co do grosza. A może chodziło o co innego... Sprawa wyszła na jaw, gdy profesor był łaskaw zapytać Jadzię o sposoby regulacji obrotów w silnikach indukcyjnych. Wtedy Rysiu podskoczył jak na igłach i zaczął odpowiadać. Profesor Alfred bez zdziwienia zapytał Rysia, czy on ma na imię Jadwiga albo może zmienił płeć. Jadzia wtedy wstała i rzekła:
     – Ja nie jestem z tej klasy.
     – Wiem – odparł profesor.
     Rysiu przeprosił profesora, a Jadzię pocałował w rękę.
     Helena była na swojej lekcji, zgodnej z planem, którą prowadził John Monty, jak mówili uczniowie na profesora angielskiego. Razem  w zajęciach uczestniczyło dziesięciu uczniów i profesor był zadowolony, bo mógł z każdym porozmawiać w angielskim, a Helena wprost rwała się do dialogu z Montym. Dopiero na końcu lekcji nauczyciel zapytał, dlaczego w klasie jest tak mało uczniów.
Jeden z chłopców, Jarek, odpowiedział:
     – To bardzo skomplikowana sprawa.
     – Nie rozumiem, dlaczego nieobecność na moich zajęciach ma być związana z jakąś komplikacją? Czy ktoś może mi to wyjaśnić?
Wszyscy milczeli. Zadzwonił dzwonek. Uczniowie wyszli na przerwę. Tylko Helena została i natychmiast, bo tak akurat pomyślała, zadała po angielsku pytanie, czy pan profesor jest żonaty? Zanim usłyszała odpowiedź, że nie, pan Monty uważnie przyjrzał się dziewczynie i spostrzegł, że jest bardzo ładna.
     – Dlaczego pytasz? – usłyszała, gdy już się dowiedziała, że to poważny kawaler.
     – Dlaczego? – powtórzyła nie wiedząc, co odpowiedzieć.
     Zapytała:
     – Czy mogę być na następnej lekcji u pana profesora?
     – Na następnej? Dopiero jutro, dzisiaj następną mam w IVb...
      Orientując się, w której, Helena szybko przeszła do sali 215, gdzie na zajęcia czekała IVb. To były dziewczęta.  
Dziewczyny się znały i zapytały, czy Helena kończy dwa lata nauki w jednym roku szkolnym? Helena wykorzystała to pytanie.
     – Właśnie przeniesiono mnie do was – rzekła. – Będziemy razem zdawać maturę – zaśmiała się i bezczelnie usiadła w pierwszej ławce.
     Gdy Helena została na języku angielskim w wyższej klasie, jej koleżanki i koledzy mieli język polski. Były to chwile szczęścia dla Mirki. Profesor Bolesław nie tylko znał bardzo dobrze naszą literaturę, ale sam pisał i publikował w miejscowym włocławskim tygodniku. Toteż Mirka chłonęła jego słowa, a kiedy profesor kończył pewną myśl, ona starała się dodawać do tego własne zdanie lub tak manipulowała słowami, aby sprowokować profesora do rozmowy o miłości w literaturze. Tym razem zrobiła to tak jawnie, że profesor natychmiast domyślił się, spostrzegł, że ona go po prostu uwodzi. Pan Bolesław poczuł się nieswojo wobec młodzieży i nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć Mirce, uczepił się frekwencji.
     – A powiedzcie mi, dlaczego jest was dzisiaj, zresztą nie tylko dzisiaj, tak mało? Nie lubicie polskiego? Bumelujecie? Czy ktoś może mi odpowiedzieć na to pytanie?
I znowu Jarek się odezwał:
     – To bardzo skomplikowana sprawa.
     – Skomplikowana? Dlaczego? Jaki jest powód tak dużej absencji? – zapytał jeszcze raz profesor. Młodzież milczała.
     Mirka postąpiła podobnie, jak jej koleżanki z innymi lekcjami i poszła na polski do IVb, zostawiając swoją grupę na historii.      
     Pani profesor Wanda, kiedy weszła do sali i zobaczyła osiem osób, powiedziała do Stacha:
     – Gdzie jest reszta? Zawołaj ich, już jest po dzwonku. Stachu rozmarzony, onieśmielony wobec swojej ukochanej pani, zrobił się czerwony jak burak i wyszedł. Po kilkunastu sekundach wrócił i powiedział, że nie ma nikogo.
     – A więc wagary – stwierdziła pani profesor. – Tego się doczekałam, po tylu latach pracy.
Stachu chciał ratować sytuację i zaczął coś jąkać pod nosem: 
     – Pani psorko... oni są nieobecni... bo oni... każdy miał swoją sprawę... to znaczy oni są na innych... jakby to powiedzieć...
      Stasiu, co ty kombinujesz powiedziała pani profesor, która wiedziała, że Stachu się w niej podkochuje. I nagle zrobiła odkrycie: „Może oni wszyscy są zakochani! Ależ, to absurd!” pomyślała. Mamy piękną wiosnę... rzekła. Być może coś dziwnego się z wami dzieje...
     – Właśnie – podchwycił Stachu. Nie wiedział jednak, co dalej mówić. Wyskoczył z pomysłem: - Przygotowałem prezentację…
     – O czym ty mówisz? Dlatego pewnie opuścili zajęcia – dokończyła. – Jak już się zorientowałam, nie ma ich również na innych przedmiotach, a to już jest brakiem dyscypliny.
     W pokoju nauczycielskim już się mówiło, że coś się stało z IIIc, bo trzy czwarte uczniów jest nieobecnych. I rzekomo nie uciekli z lekcji, a ich nie ma... Czy ktoś może to wyjaśnić? 
     Pani profesor z języka rosyjskiego, Tamara, weszła do sali lekcyjnej w bojowym nastroju, chcąc ostro potraktować młodzież, ale zanim zdążyła się wypowiedzieć na temat frekwencji, pomyślała, że musi zaczekać, nie może o tym mówić do tak wielu uczniów. Tu, tak się złożyło, że było więcej uczniów, niż zapisano w dzienniku lekcyjnym. A gdy zobaczyła na swojej lekcji Waldka, a pomyślała, że mogłoby go nie być, uspokoiła się i przystąpiła do realizacji tematu. Nie wypadało jednak nie odezwać się wpierw do Waldka, który na to czekał.  
     – Waldeczku... jak tam twoje... samopo... zdrowie?
Waldziu wstał i rzekł:
     – Pani profesor, dzisiaj już lepiej, ale wczoraj to czułem się fatalnie, nie mogłem zapomnieć... o... o... pani profesor... Zgromadzenie uczniów udawało, że nie słyszy o czym on rozmawia z panią.
     – Ależ, Waldku, co ty mówisz! I pomyślała: „Po co ja się odzywałam? I co mam mu odpowiedzieć?” Przyszło jej na myśl, że może to obrócić w żart?
     – To nie ładnie, że już o mnie zapomniałeś.  
     – Pani profesor, no, nie tak zupełnie, właśnie... 
     – To się cieszę – nie pozwoliła mu dokończyć, obawiając się, że znowu powie coś takiego, że będzie żałować.
     – Jesteśmy wszyscy tacy zajęci... – udało się dodać Waldkowi.
     Podobnie było z geografią. Pani profesor Irena, gdy stwierdziła, że nie ma uczniów, którzy powinni być na lekcji, a są ci, których nie powinno być, postanowiła zareagować stanowczo i jednoznacznie, nie mogła się jednak połapać na początku, w której jest klasie. Tu też było kilku innych łebków, którzy powinni być na matematyce, na języku rosyjskim, czy polskim... I dwa razy sprawdzała dziennik, żeby się upewnić co do klasy.
     Bodziu, uwielbiający profesorkę, bo potrafiła go oprowadzać po wszystkich zakamarkach świata, rzekł:  
     – Pani profesor, proszę im wybaczyć, oni się opamiętają i jutro będzie już normalnie.
     – Nic z tego nie rozumiem, Bogdanie. Może ty rozumiesz i wiesz? – zapytała.
     – Chciałbym, ale ja też z tego nie wiele pojmuję. To znaczy nie wszystko do końca. Nie chciałbym tu jednak przeprowadzać jakiejś analizy, bo nie wiem, czy miałbym rację i mógłbym komuś zaszkodzić, a ja nie lubię bliźniemu szkodzić. Mogę tylko powiedzieć, że oni poszli na te lekcje, gdzie uczą ich ulubieni profesorowie, a niektórzy... za dziewczynami do innych szkół... Tylko tyle... mogę... Nie wiem tylko jak to jest, że w klasach nie ma frekwencji, mimo, że uczniowie są w innych…
     – Ty zdrajco! – przerwała mu Izabela, która siedziała tu z Jasiem z LO. – Jak możesz tak mówić.
Pani profesor spojrzała w jej stronę.
     – Belu, Belu, opamiętaj się! – rzekła pani. I zapytała: – Co to za pan siedzi przy tobie?
     – To mój kolega – odpowiedziała Beleczka.  
     – Kolega – powtórzyła pani. – To może w ogóle wyjdziecie z klasy i zawołacie tu wszystkich wałęsających się po szkole uczniów, co? Będzie przynajmniej jakaś frekwencja. Co wyście w ogóle nabroili? Ja nie wiem, co mam robić. Muszę  pójść do dyrektora.
     Wtedy Bogdan wstał, uśmiechnął się na całą szerokość swoich kształtnych ust i poprosił panią profesor:
     – Ja mam taką serdeczną prośbę, niech pani profesor przeprowadzi tę lekcję! Obiecuję, że wkrótce wszystko wróci do normalności. Ja tak panią profesor... jak pani mówi o Afryce, czy Ameryce, to ja po prostu... jak bym tam był. Naprawdę. I pani profesor ma taki... taki piękny głos, taki liryczny, że można się...
     – Bodziu, no ty jesteś! Bo ja cię zaprowadzę tam, gdzie jest siarczysty mróz!
     – Z panią profesor to nawet na Syberię bym się wybrał!
     – No coś podobnego, co za bezczelny chłopak. I co ja mam z tobą zrobić? – mówiła prawie załamana. – Nie masz dla mnie szacunku? 
     Bogdan znowu wstał i powiedział:
     – Bardzo przepraszam. Najmocniej! Mam olbrzymi szacunek dla pani profesor, naprawdę...
     To było umiejętne odwrócenie uwagi od problemu, ale dość niespodziewanie ktoś zapukał do drzwi.
  Pani Irena chciała podejść do nich i sprawdzić, ale drzwi się otwarły i do sali z wielkim przepraszaniem, że autobus się spóźnił, weszli Romek z IIIc z Jolą, która uczęszczała do liceum pedagogicznego. Pani przyjęła wytłumaczenie Romka, lecz uczepiła się Joli.
     – Co ty robisz w tej szkole? – zapytała, bowiem znała Jolę, ponieważ miała w tym liceum pół etatu. – Przecież ty nie możesz zostać tu na zajęciach – dodała zdumiona. Po chwili odezwała się ponownie takimi słowami:
      – Już wszystko zrozumiałam. Wy po prostu dostaliście wiosennego szału!  
      – Pani profesor, właśnie! – wstał Bodziu. – Och, pani profesor.... – rzekł i usiadł.  
     Pani Irena jakby się zawstydziła. Zaczęła prowadzić lekcję. Wkrótce dzwonek ją zakończył. Nikt jednak nie wiedział, jaki był temat...
     Fantazja, to nie za dużo? Końca nie było widać. Powrót do obowiązujących przepisów szkolnych może nastąpić, gdy poczujemy w sobie odrobinę rzeczywistości. Na razie kilka klas zostało zelektryfikowanych. Pod wpływem różnicy potencjałów popłynęły elektrony, wywołując iskrzenia i zwarcia. Jedna płeć do drugiej płci z pożądaniem i oczekiwaniem. Bywa, że inaczej nie bywa.
    Profesorka, pani Zofia mówiła, że w pierwszym prawie Taylora... wykonanie norm przez robotnika wymaga wielkiego, nudnego wysiłku. Zenon nauczył się praw ekonomii socjalizmu i kapitalizmu... Kolega Marek zapytał wtedy, czy w ogóle w socjalizmie są jakieś prawa, a Zenek ostrzegł go, że może od pani oberwać za takie bluźnierstwa. I zrobi jej krzywdę. Bo Zenek przez panią profesor Zofię nie pokochał soczewicy, ale… nie pozwoli niczego zepsuć. Nie miał jednak pewności, czy pani profesor też… A Bodziu, który podkochiwał się też w Dagmarze, prowadzącej pracownię elektryczną, dodał, że najdelikatniejszą kobietą jest pani Dagusia. Jak ona chwyta zaciski do łączenia przewodów, to ma się uczucie, jakby je pieściła... wtedy nawet prąd zaczyna błądzić. Naprawdę, on chciałby żeby jego tak dotykała, ale ona jakoś nie domyśliła się, przynajmniej początkowo, o co chodzi. Myślała, że o nic. 
   Kolejni bohaterowie, przytuleni do siebie, przyturlali się na następne nie swoje lekcje.
     Boże chroń króla! Co oni wyprawiają! Kordian chwycił Lillę w pół i zatańczył kankana. Jej siostra Roza ścinała sierpem makówki. Jej, Lilli, różowe usta w ogniu namiętności... Każda chwila ich tańca to pieszczoty. Profesor dyżurny na przerwie, przerywa zabawę i wpycha niesforną parę do książki. Nie udaje mu się i za karę musi sam się skryć w tej książce. Rozpoczęły się poszukiwania nauczyciela. Uczestniczą w tym Lilla, Roza  i Kordian. – Oszaleć można – woła Gordian. Nigdzie nikogo nie ma. Nauczyciele w dalszym ciągu nie chcą wiedzieć, co się dzieje. Chcą, ale nie mogą. Mogą i chcą. Nie, niby chcą, ale nie wiedzą... Twierdzą, że nic takiego, co zakrawałoby na skandal. Ale to też nie jest prawdą. Może jednak skandal. Przecież na przerwach zaczynają prowadzić ostre dyskusje o aktualnej sytuacji nie tylko w tepepe, ale w ogóle  w szkołach średnich we Włocławku!
   – Jako zespół klasowy jesteście do niczego, jako jednostki ludzkie nie potraficie stworzyć zespołu, na którego można by liczyć. Jesteście rozbrykani i nie służycie ludzkości – oznajmił pedagog szkolny Damian. – Nazywam się Dąbrowski, ale co ja mogę zrobić? Muszę was przystosować do rzeczywistości. „Ale jak – zastanawiał się pedagog. – Sam wpadłem w pułapkę i nie wiem, na jakie tory skierować sytuację, a tymczasem dyrektor Jan oczekuje ode mnie, że uczynię cud... Co ja mówię. Na jutro muszę coś wymyślić.”
      – Nie jest chyba za wcześnie na Franca Kafkę, Bruno Schulza    czy Stanisława Ignacego Witkiewicza; macie już w sobie coś z tych dzieł. Uciekacie przed tłumem? – pytał profesor Bolesław. – Cieszcie się, że nie jesteście sami. – W waszym wieku nie tylko każdy człowiek, ale każde drzewo, każde zwierzę jest waszym przyjacielem. 
      – Wiecie co – mówiła inna pani profesorka geografii w liceum pedagogicznym – dzisiaj weszłam do mojej klasy przez drzwi auli waszego słynnego tepepe! Mało tego, kiedy opuszczałam salę lekcyjną, przede mną otwarły się wielkie wrota do zamku i nimi dostałam się do skarbu Witolda Gombrowicza. Boże kochany, przecież ja go nie znam! – mówiła głośno do siebie. I wiecie co – zwróciła się do uczniów – jednym z zadziwiających skarbów nie była tajemnica skarbu hrabiego M. Ch., lecz szkolny globus, po którym wędrujemy i oglądamy świat. Pani profesor Irena z Bodziem są może już na Alasce... – powiedziała nieco ironicznie.
       To pani ich zna zdziwiła się Aniela. – To oni już tacy są sławni. Ja cię kręcę.  
     – Anielciu, co z tobą – powiedziała pani.
     Młodzież nie dziwiła się zwierzeniom pani profesor.
 Na przykład Alina z IIIc tepepe opowiadała w liceum pedagogicznym (nie demagogicznym) na lekcji fizyki, że wczoraj wróciła do domu przez okno w kuchni profesora Andrzeja. Nikt jakoś nie zauważył, że takie wydarzenie powinno natychmiast zostać zaliczone do podejrzanych, nie wiadomo, czy nie godzące w dobro moralne szkoły. I zapytała profesora, czy istnieje takie prawo, które mogłoby potwierdzić, czy może wyjaśnić logikę absurdu. Bo profesor Andrzej wszystko potrafi wyjaśnić.
     – To prawo wyobraźni – rzekł profesor. – Każdy ma do niej prawo. Alina uśmiechnęła się do pana Andrzeja.
     – Cieszę się, myślałam, że zwariowałam.
Profesor Andrzej zwrócił się do ucznia Henia:
     – Proszę odprowadzić koleżankę do wyjścia, musi wrócić do swojej szkoły. Heniu ociągał się i zaskoczony, zakłopotany tym, że Alina musi wyjść, że tak łatwo zostali zdemaskowani, zapytał, czy on może też wyjść za drzwi?
     – Możesz… – powiedział nauczyciel i wtedy natychmiast Alina z Heniem wstali i nie słuchając, co jeszcze profesor ma do powiedzenia,   a więc co chce powiedzieć w drugiej części zdania, a tego nie chcieli usłyszeć, opuścili salę. A profesor chciał jeszcze dopowiedzieć: ...ale w czasie przerwy międzylekcyjnej. Uczniowie drgnęli obawiając się, że pan się zdenerwuje. Nawet Bolesław Bierut na portrecie się skrzywił i chciał krzyknąć, ale bał się upadku... A może tylko kichnąć, bo ktoś kichał żeby zagłuszyć atmosferę i towarzysz Bierut mógł się zarazić katarem. Nie wiadomo, co się stanie, gdy pojedzie do przyjaciół i się będzie spowiadał. Może dostać przeciągu iii...
     Pewnego dnia Lilla z Kordianem usiedli na samym końcu klasy, przy wolnym akurat, dwuosobowym stoliku. Chcieli być sami. Profesorka od organizacji fabryk nie zwracała na nich uwagi. Tak było najbezpieczniej. Bo dziesięć metrów od nauczycielki, za wysokimi plecami kolegów. Dobrze, że nie za wysokim parkanem, a do tego jeszcze nieprzemakalnym, to znaczy takim, przez który nic nie widać. Dla nich ścianą byli uczniowie siedzący przed nimi. Szeptali sobie do ucha, powstrzymywali śmiech, robili słodkie miny, a koledzy wszystko słyszeli i jakby to czuli. Byli jak podminowani materiałem wybuchowym.
       Co to za lekcja? pytał któryś z nich.
     – Co to za para za moimi plecami?
 Klasa była rozdrażniona, chociaż skupiona na słowach nauczycielki, jednak jakby nękana przez dziwne zjawisko niedorzeczności. Jakaś niewinna niemoralność się wkradała.
    Zenek wodził oczami za panią profesor Zofią i co chwilę podnosił rękę w górę, a pani profesor udawała, że nie widzi tej ręki. Chciał się o coś zapytać albo coś dodać od siebie, a pani nie chciała lub obawiała się tego, co może powiedzieć, a może nie miała czasu, tyle jeszcze materiału nauczania do realizacji... 
    Wysoce skolektywizowani uczniowie potrafili znieść dawkowane im cierpienie. (Jakie cierpienie? Nowe Wiadomości to cierpienie? Nie przesadzajmy). Każdy z nich już kochał i szanował dziewczyny, więc starali się wytrzymać. (Ach, o to chodzi, no tak...). Ich koleżanki z tej samej klasy były mniej odporne. Zgrabna figura, miła twarz, błękitne oczy, oczy piwne, zielone... te usta w nowiu...
  Gdy nie potrafili sobie poradzić z własnymi uczuciami, to normalnie się zakochiwali, bez zbędnych ceregieli. 
     Profesorka mówiła:
    – Lenin powiedział, że „system Taylora jest naukowym systemem wyciskania potu z robotnika”. Kordian przybliżył swoją twarz do twarzy Lilli i dotknął swoimi ustami jej różowych ust, i zapomniał, że jest na lekcji. Pewnie Lenin jeszcze żywy... Obudził ich śmiech kolegów i profesorki, która dała się unieść sytuacji, czy też nie zdzierżyła tego, co się wokół działo. Widziała. Jednak powiedziała:
     – Przecież ich nie ma, z czego się śmiejecie?
Wtedy zespół klasowy spojrzał na Zenka i już wszystko było wiadomo. On to zachowywał się, jakby siedział w ławce z panią Zofią.
     W innej klasopracowni działo się podobnie.
   – Co ja mam z wami zrobić? Idźcie do parku – powiedział profesor z psychologii. – Nie możemy bawić się w seksuologię, ponieważ mamy ważniejsze sprawy do omówienia.  
    Liliana zapytała:
     – Czy są ważniejsze? To idźmy do parku.
     – Bez dwóch zdań – odpowiedział. – I jeszcze jedno: wypraszam sobie robienie z moich zajęć erotycznego klubu. 
  Klasowa para z wyobraźni zespołu klasowego, Roman i Beata, wyszła... Oni to, także, przytulali się do siebie, bo uważali, że psychologia jest takim przedmiotem, który się nadaje do opisywania miłości. Po ich wyjściu profesor przemówił do obecnych:
     – Wy jesteście w porządku. Ale co ja mam zrobić z pozostałymi uczniami? Są jeszcze ze trzy pary... Tak, nasza psychika to efekt właściwości mózgu. Na organizm wywierają, jak wiecie, wpływ gruczoły o wydzielaniu dokrewnym. Musiało się ostatnio nawydzielać w was różnych substancji czynnych, które spowodowały wielkie zamieszanie w waszej psychice. Nie sądzę jednak, że wasze organizmy źle funkcjonują. To jest chwilowe. Wasze procesy uczuciowe, jak radość, smutek, żal, tęsknota, miłość... – profesor popatrzył uważnie na twarze uczniów – lęk, nienawiść, zazdrość, wstyd nie wykazują odchyleń, jak sądzę z obserwacji, a to, że tak postępujecie, jak postępujecie, obecnie, to tylko chwilowy wyraz stanu waszego ducha. Jak mówię, dużo do powiedzenia mają gruczoły. 
    Maryla z trzeciej ławki jakby nie słyszała, co profesor powiedział. Zdobyła się na kontrowersyjną, czy może niegrzeczną uwagę:
  – W panu profesorze też kochają się dziewczyny, jest taka Dorota...
     Profesor poczuł się jak niedźwiedź na gorącym blacie. Tyle słów wypowiedział i co? Podskoczyć czy wytrzymać? Nie jest misiem i nie ćwiczy odruchów warunkowych albo... bezwarunkowych. W sali zapanowała cisza, chociaż profesor spodziewał się rechotu. „Widać, że oni nie są za bardzo dojrzali emocjonalnie” – myślał.
     – Tak... – zaczął – przyznam się, że ogarnęła mnie bezradność. Potraficie postawić człowieka w trudnej sytuacji. Cóż, czuję się zaszczycony, chociaż może nie powinienem... Ponadto... uważam to za żart, który wybaczam. Maryli zrobiło się głupio i przeprosiła, ale potwierdziła, że to prawda.
     – Wiecie co, ja chyba pójdę na urlop dla poratowania zdrowia - nagle profesor zmienił ton. – To, co słyszę od paru dni może człowieka doprowadzić do wariactwa. Już nawet rada pedagogiczna jest bezsilna. Co chcecie przez to osiągnąć?
   Walek, drużynowy ZHP wstał i zapewnił nauczyciela, że nikt z młodzieży nie ma złych intencji, że są to młodzieńcze oczarowania wiosną... przez płeć przeciwną... Zamieszanie minie jak nadejdą klasówki. Usiadł.
   Profesor podchwycił jego myśl i rzekł:
     – O, widzisz, doskonały pomysł. Trzeba od tego zacząć.
    Walek zerwał się z miejsca i niemal przerwał nauczycielowi.       Tylko nie to. Boże, co ja narobiłem. Przepraszam, tak mi się powiedziało. Bardzo proszę nie wykorzystywać mojego idiotycznego pomysłu. Musiałbym zmienić szkołę, panie profesorze... Proszę nie rozmawiać z nikim na ten temat, proszę...
     Nauczyciel zamilkł, niczego nie obiecywał, ale też dalej na ten temat nie rozmawiał z młodzieżą. Zostawił ich w niepewności. W czasie przerwy Walenty nie mógł się obronić od ataków słownych koleżanek i kolegów. Dopiero po matematyce trochę ucichło. Na szczęście nikt z uczniów nie rozgłaszał niebacznej wypowiedzi kolegi nieco za szybkiego.
     Profesor Julian uczył podstaw elektrotechniki. Ten przystojny i niestety, już żonaty mężczyzna, lubił uczennice. Mawiał, że gdy jest ich dużo w klasie, czuje się jak w ogrodzie. Gorzej, gdy chce rozmawiać  z kwiatami, wtedy okazuje się czasem, że one są nie tylko piękne, nie tylko pachnące, a zdarza się, że kłują. Z takim kłopotem lekcje wyglądają różnie. Na ogół jednak nikt nie narzekał. Chłopcy lubili profesora za męskość i wiedzę, dziewczęta też za wiedzę, chociaż bardziej za jego aparycję, ale znalazła się jedna, Renata, która swoją więcej niż sympatię, okazywała w dziwny sposób: przez kilka dni jakby siedział w niej „figlik” i on namawiał ją, aby profesorowi przeszkadzać. Stroiła omdlewające miny, każdą część garderoby profesora oglądała osobno, uśmiechała się tajemniczo, mrużyła oczy, gdy na nią spojrzał, pokazywała pół kolana lewej nogi, sama na ochotnika ścierała tablicę, żeby być bliżej nauczyciela i żeby go dotknąć... Profesor Julian zauważył dziwne zachowanie uczennicy już na drugi dzień, jednak zlekceważył jej sposób bycia, aż nagle i on poczuł się dziwnie inaczej i kiedy to już się stało, gdy ona zaczynała swoją grę, on peszył się i był strasznie skrępowany. Zamiast zwrócić jej uwagę na niestosowność takiego zachowania, powstrzymywał się od reprymendy, czy jakiegokolwiek reagowania. Wówczas Renata dochodziła do optymistycznego wniosku, że oto i pan profesor wpadł.
     W rozmowie z koleżankami i kolegami w pokoju nauczycielskim usłyszał, że ten „proces chorobowy” trwa już od jakiegoś czasu. Zdziwił się, zwłaszcza, że u niego na zajęciach frekwencja wynosiła ponad 90 procent.
   – Mogłeś nie wiedzieć – powiedziała koleżanka Tamara, bo ty masz lekcje w drugiej klasie, a tam może jeszcze dojrzewają.           Nie sądzę. Niektórzy są nad wyraz... może nie umysłowo, ale fizycznie  na  pewno. Kiedy  mówię  o  liczbach  zespolonych,  głupio  się uśmiechają. Najbardziej, gdy w zadaniach mamy do czynienia z liczbami urojonymi, wtedy się zaczyna...
 Gdy zjawił się na lekcji swojego przedmiotu w następnym tygodniu, był zaskoczony, że już po wszystkim. Renata siedziała w środkowym rzędzie i pilnie notowała, i w ogóle cały zespół jakby przeszedł jakąś kurację. Profesor Julian w wolnej chwili popatrzył w okno na ścianę Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej i rzekł:
   – Zdaje się, że wiosenne nieporządki w naszych sercach i duszach już mamy z głowy, co?
    Starosta klasy chciał wstać i coś powiedzieć, jednak profesor go powstrzymał:
     – Nie musisz, ja tylko tak...
   Ponieważ u starszej młodzieży jeszcze nie było klarowności, wciąż zdarzały się drastyczne, czy też zabawne albo denerwujące sytuacje, zebrała się rada pedagogiczna, by porozmawiać. Najpierw obradowali tylko nauczyciele, a później zaproszono młodzież.
   Dyrektor Jan powitał wybrane grupy młodzieży, głównie tej, która była zamieszana w wydarzenia mające czasem posmak perwersji, i spytał, czy wiedzą, dlaczego zostali zaproszeni?
Oczywiście, że wiedzą. Wobec tego, co mają do powiedzenia? Nikt się nie odezwał. Trudno tu cokolwiek powiedzieć, jeżeli oni nie odczuwali potrzeby dzielenia się publicznie swoimi uczuciami. Przecież to są ich przeżycia, osobiste i klasowe, a nie publiczne i dlatego nie będą mówić na ten temat wobec wszystkich. Waldek, jako rzecznik tej młodzieży, zaczął właśnie w taki sposób przedstawiać ów problem zaburzeń w szkołach.
    – No i co dalej? Czy mamy podjąć jakąś decyzję? Nie można dopuścić do dezorganizacji pracy szkół – mówił dyrektor Jan, a grono słuchało i nie zamierzało podejmować żadnej decyzji.
    – Nie będzie dalszego ciągu – zapewnił rzecznik młodzieży. – Uzgodniliśmy, że w tym miejscu nasza przygoda wiosenna się kończy.
   I chociaż żal nam się rozstać z... no... wiecie państwo, to jednak rozum zwyciężył. Czy tak, koleżanki i koledzy? – zapytał rzecznik po harcersku. Nikt mu nie odpowiedział, że to koniec, święto rozumu. Żaden z uczniów nie chciał dopuścić do siebie takiej myśli, wiedząc jednak, że naprawdę... bez dwóch zdań, to koniec romantycznego wybuchu.

Skończył się okres kwitnięcia tulipanów. Nauczyciele byli urzeczeni młodzieżą i uśmiechali się, od czasu do czasu przekazując sobie jakieś uwagi.
    Ci, którzy spóźnili się ze swym wiosennym płomieniem, musieli teraz się powstrzymać, nie mogli przyłączyć  się do  ogółu, pozostał im tylko ten czas, który nie obejmował zajęć lekcyjnych. Gdyby się w nim nie zmieścili, mogłoby dojść do niebezpiecznej sytuacji. Oceny ze sprawowania poleciałyby w dół i może rodzice zostaliby poproszeni do szkoły.
     – Dlaczego wszystko, co wspaniałe, zawsze musi się tak szybko skończyć? – pytała rozczarowana Maryla. – Ja się nie zgadzam.
     – Ja też nie – przyłączył się Bogdan. – Ale chcę chodzić do tej budy. – Żal mi tylko profesorek...
     – Może ty myślisz, że one też były zakochane? – zapytał Józek z IIIc. – Są bardziej dojrzałe niż my. Nauczyciele się nie zakochują. Zważcie to, gdy się znów spotkamy na lekcjach. Ja osobiście widzę w tym rękę towarzysza Kupidyna, którego namalowała Malina i wywiesiła w auli szkolnej. Przecież to się zaczęło już w karnawale. Gdy tańczyłem z moją Julią, dowiedziałem się więcej, niż gdybym był w tę historię zamieszany. Mówię wam, miłość ma różne oblicza.
     – Masz szczęście – powiedziała Klaudia. – Nie zastanawialiśmy się nad tym.   
  Prądy błądzące znalazły wyjście z zagmatwanego obwodu                i rozpłynęły się po drogach, które im wyznaczono.
 Trzeba jednak sprawdzić, czy nie nadgryzają torów kolejowych i rurociągów stalowych.
   Gdzieś około lat dziewięćdziesiątych XX w. młodzież podobnie się zachowywała, ale bardziej odważnie i w sposób mniej tolerancyjny. Pewnego, innego wiosennego dnia, gdy tamta młodzież stała się nieco szpakowata, jak Waldek, Zenon, Lilla i cała grupa innych, poważnych osób, w tym nauczycieli, wpadła na pomysł, że wiosenne nastroje powinny ujść jednego dnia, żeby w ten sposób nie tracić więcej niż trzeba. Skorzystano z faktu datowanego w kalendarzu, a dotyczącego nadejścia wiosny i ogłoszono dzień wagarowicza.
     No i teraz, kto w tym dniu chce pójść na lekcje, i wejdzie do klasy nie zastaje w niej nieznanych uczniów, lecz pustą salę lekcyjną.
                                                   przed 2000

                                   

sobota, 6 października 2018

Pan Kanapa

  Pan Kanapa

     Pan Kanapa zmęczony robotą położył się po obiedzie na Leżance i zasnął. Sen pochłonął go jak gąbka wodę. W takiej sytuacji z łatwością mogły się zdarzać w nim najwspanialsze, ale i przykre przygody. Już na początku snu przyszła do niego Wersalka i łamiąc się wpół, popiskując w zawiasach, zaproponowała, by się z nią połączył w trwałym związku małżeńskim i żeby w wyniku tego związku mieli małe Foteliki, które by wyrosły na Amerykanki i jeszcze Tapczaniki i inne cudeńka. Była tak nastawiona seksownie, że zobaczyła umeblowany cały pokój jadalny, sypialnię, pokój dziecięcy, a nawet przedpokój i ganek, a do tego jeszcze mebelki ogrodowe. „Moje łono jest przepastne i gdy się w nie zanurzysz, doznasz rozkoszy jakich jeszcze nie znasz i nie poznasz, jeśli ze mną nie wejdziesz w bezpośredni kontakt. Oprócz dzieci, które już wymieniłam, moglibyśmy mieć jeszcze miękkie Taboreciki na kółkach i mebelki gięte z bambusa, także Krzesła wyścielane gąbką i Kozetki z napędem na prąd elektryczny... Czy mam wymieniać dalej?” Pan Kanapa, który wysłuchał jej namiętności wyrażonych na razie w słowach, poruszył się gwałtownie i przerażony propozycją nie do przyjęcia, bo przecież on tak się tylko nazywa, próbował się przebudzić, by uwolnić się od tej natrętnej kandydatki na rodzicielkę. Szarpał się więc ze snem i trzymał spodu Leżanki. Próbował nawet mówić. Bełkotał: „O czym ty mówisz? Na pewno chodzi ci o Leżankę. Ja się tylko tak nazywam i nie potrafię z... Wersalką. Daj mi spać, odwal się albo się przebudzę i... pożałujesz”.
„No dobrze, dobrze, nie oburzaj się tak zaraz – przestraszyła się Wersalka. - Przecież to przyjemne zajęcie spać i mieć erotyczne sny - przekonywała. - Spróbuję z Leżanką, jak ty nie chcesz.”
I nagle Wersalka zaczęła podskakiwać, wykonywać dziwne, podejrzane ruchy, a Leżanka widząc, co się dzieje, zaczęła skrzypieć, trzeszczeć, piszczeć, wrzeszczeć, miauczeć, stukać, szczękać, gdakać, kwakać, gulgotać i jęczeć, co Wersalkę najpierw wprowadziło   w stan ekstazy, ale kiedy przekonała się, że Leżanka broni się przed Wersalką, wpadła we wściekłość i zaczęła obłapywać Leżankę i niemal gwałcić! „Co ty sobie wyobrażasz, że jesteś może jakąś pięknością? Albo dziewicą? Może jeszcze nikt na tobie nie leżał, może powiesz? Zaraz się przekonamy” - krzyczała Wersalka i starała się robić swoje. Pan Kanapa dopóki miał dosyć miejsca na Leżance, gdy się uspokoił, jak mu się zdawało we śnie, równo oddychał i obserwował, co te dwa meble wyprawiają. Nawet go to bawiło i zaczął się śmiać przez sen, a żona obserwując męża, śmiała się z nim, nie wiedząc z czego. Gdy jednak Wersalka stała się natarczywa i zaczęła przygniatać Leżankę, próbując ją objąć w miłosnym uścisku, pan Kanapa zaczął się dusić i już sobie wyobrażał, że zostanie spłaszczony przez te dwa głupie meble, w tym przez jeden zbyt namiętny, który zabierał się bezpardonowo do jego Leżanki! Tego było już za wiele. Postanowił wstać i oddzielić Wersalkę od Leżanki. Zerwał się z całej siły z miejsca i... zaledwie uniósł głowę. Zaklął siarczyście, co mu się udało i rzekł do mebli: „Jak zaraz nie przestaniecie się... (tu padło odpowiednie słowo), to słowo honoru, obie was wy... (znowu udało mu się wyrzec odpowiednie słowo) i... będziecie wrzeszczeć, dlaczego to tak... długo trwało”. Po tych słowach zauważył, że meble się uspokoiły, natomiast jemu robiło się jakoś coraz bardziej błogo. Cały, w każdym miejscu ciała, był dziwnie naprężony i rozochocony. I czuł, że z wielką namiętnością wbijany jest na pal! Co się dzieje? – pytał niespodziewanie we śnie i chcąc sprawdzić, po prostu otwarł oczy i zobaczył nad sobą swoją żonę, całą w ogniu palących się zmysłów, która mu pomagała w pewnych czynnościach manualnych, aż Leżanka znowu podskakiwała, krzyczała, trzeszczała i skrzypiała... 
                                                                                      1988






niedziela, 16 września 2018

Miejsce

     Znajdowałeś się w takim miejscu, że myślałeś, jak tu bajecznie. Woda z mózgu. Spokojna głowa i cisza na wynos. Odbijały się w niej sny jak w lustrze. Zaraz równina pól. Kiedyś wyszedłeś z wody jak pływający robal. Akurat kwitły grzybienie białe. Bieliły się i śmiały do słońca, a ty myślałeś, że do ciebie. Ten robal trzymał w ręce nenufar i nie wiedział, co z nim zrobić. O mało co nie dostałbyś rozgrzeszenia, ale wstawił się za tobą znajomy, łasy na co łaska. Teraz sobie pokpiwasz, ale wówczas trwało oczarowanie i złość na niszczyciela.
     Oparłeś się prawym ramieniem o sosnę i wchłaniałeś pejzaż, namalowany przez Stwórcę; nie mogłeś się ruszyć, bo wydawało ci się, że jak się ruszysz, to ten obraz natychmiast zniknie albo przewróci się drzewo. Więc trwałeś w tej pozycji. Myślałeś: „Gdyby teraz była ze mną Wiola”. W tej urzekającej ciszy, czasem przerywanej ptasimi trelami, słyszałeś własne serce. Ktoś w nim rządził. Nie mogłeś się ruszyć. Nie chciałeś, bo nie zamierzałeś zburzyć tego milczenia wokół siebie. Myślałeś: „Świat ma chyba sześć stron, a nie tylko cztery, bo inaczej nie byłoby tego zakątka, uroczego jak dziewczyna skonstruowana z drogich kamieni, przyozdobionych fioletowymi dzwonkami.”
Nadpłynęła chmurka i przyglądała się tobie i wodzie jeziora.     Odbita  w tafli topiła niebo. Rozjaśniła swoje pomarszczone czoło i uśmiechała się do kwiatów, mrugnęła do ciebie, potem zaczęła ciemnieć i jakby nabierać wody. Szarzała, gęstniała nie wiadomo dlaczego. Myślałeś: „To niemożliwe. Zacznie padać zwykłym deszczem”. Przez przybrzeżne trzciny i rogożę przeleciał szept wiatru. Myślałeś: „Ciekawe, co szeptał drzewom. Może o tym, że będzie padać kroplami kryształów.” Po chwili jeszcze raz poruszyły się trzciny, sitowie i rogoża, ale tym razem jakby ktoś pojękiwał. Już zaczęło boleć cię ramię. Nie wiedziałeś, co z sobą zrobić. Wiatr doleciał i do ciebie i zaczął cię szarpać i podpowiadać: „Rusz się, zaraz zacznie padać. Zmokniesz”. Ruszyłeś się wreszcie i usiadłeś pod sosną.
     Tymczasem wiatr ucichł, chmurka zsunęła się ze słońca i ciepłe promienie zaczęły głaskać cię po twarzy.
Zielone talerze liści nenufarów znowu ustawiły się wokół kwiatów, jak łodzie ratunkowe i poddały się dziennej gwieździe.
     Zacząłeś tęsknić za kimś, za czymś... nieokreślonym, jeszcze za granicą rzeczywistości, za porannymi mgłami. Mgły dawno rozeszły się po oczeretach. Ale nie po kościach. I oto w powietrzu pojawił się dziwny szum. Sądziłeś, że to twoje myśli tak szumią. Słońce ani przez moment nie grzało mniej niż przed chwilą. Na wodę i ziemię zaczęły spadać krople ciepłego deszczu. W słońcu błyszczały jak spadające diamenty. Myślałeś: „Niesamowite. Cudowne.” Od razu przypomniałeś sobie opowiadanie twojej siostry, Patrycji, która właśnie nad tym jeziorem, zachwycała się padającym deszczem. Deszcz zmył kurz z trawy i liści krzewów i nagle ucichł. Błyszczące w słońcu diamenty rozpłynęły się w wodzie i ukryły w zieleni. Zamieniły w strumyczki spływające z liści. Zmokłeś wcale się tym nie martwiąc. Myślałeś: „Może z Henriettą spotkam się gdzieś na Mlecznej Drodze?” Nagle zaczęła grać wielka orkiestra, złożona ze świerszczy. A przedtem widziałeś, jak świerszcze naciągały struny z promieni słonecznych, jak muzycy stroili instrumenty, nie domyślałeś się jednak, że usłyszysz Romantyczną Symfonię Słońca. Wróciłeś do domu na dźwiękach muzyki natury. Długo jeszcze orkiestra grała hymn chwały dla urody, łaskawości życia i dzieła boskiego artysty. Postanowiłeś coś z sobą zrobić. Takiego, by zostać mistrzem. By też tworzyć piękno. By przekonać się, czym piękno różni się od brzydoty. Starałeś się, tyle mogłeś powiedzieć w podsumowaniu. Aż wyrosłeś z fantazji i mitów, a reszta była niewielkim zawodem.
     Zasiałeś w ogrodzie nie tylko cztery pestki wiśni. Masz swoje miejsce gdzieś tu na ziemi.
     I Biernat z Lublina pobłogosławił. 
                                                                                                                            2006

piątek, 31 sierpnia 2018

Feniks i pustak

Feniks


     Odrodził się z popiołów i dostał do mojej szafy, spodziewając się, że przechowuję tam razem ze Słońcem, świętego ptaka Benu – ptaka Słońca. Jego starszego brata, ukrytego w legendzie egipskiej. Umiera by się odrodzić po wiekach. Mnie to uwiera. Przyleciał, by się przekonać. Jak lepiej, odrodzić się z popiołu, czy ze zwłok starego Feniksa? Co jest genialne? Może być czaplą, orłem, pawiem na tle tarczy Słońca, duszą. Niektórzy z nas mają duszę smutku, niektórzy duszę w żelazku albo tylko namiętności, tylko ducha miłości albo duszę wielobarwną, kryształową, niestety łatwo pękającą. Jeżeli Feniks uosabia bezciało, to jest  ona lazurowym niebem, które zdarza się, że się zaciemni, może wówczas padać grad, można też odlecieć do nieba na łuku tęczy, jeżeli jest po burzy. Za dusze zmarłych. Dusza wyrwana z kontekstu. Można też zachwycać się pomrukiem zbliżającej się awantury i innymi jej symptomami, jak bliskie błyskawice spojrzeń i chmurzyska zagradzające dostęp do jasności myślenia. Albo przyciemnione sumienia, jak okulary przeciwsłoneczne. Zburzona wrażliwość, jak skóra krokodyla. A także można wsiąkać w ciszę przed burzą, tę wokół nas i nasłuchiwać. Ale czy mamy wtedy na myśli Feniksa?
      Do mojej szafy bibliotecznej Feniks zagląda podczas mojego snu i rozmawia z książkami. Jest wścibski. Żadna z nich nie kryje tajemnicy, o którą mu chodzi. Czy jest rozczarowany? Nigdy tego nie powiedział, ale się domyślam, że boleje nad domami bez książek. Czy jest jeszcze coś ponadto? Jestem pewien, że tak. Feniks, odradza się w moich myślach, czyta je i kombinuje, z czego jeszcze mógłby powstać kolejny raz. Z czego jeszcze mógłby się odrodzić?
     A co na to Paweł z Tarsu?         


                                                    
  Pustak


     Proszę wstać przy zadawaniu pytania. Proszę pytać. Dlaczego nie zadajesz pytań?
Daleko jesteś od siebie? Odległość nie ma znaczenia.
Kto zadał to pytanie? Nie słyszę.
Proszę o następne... Dlaczego pytasz? – pytamy. Głupie pytanie.
     Pytania są jak przedmioty. Nie prawda. Są jak świat żywy. Jedne puste jak balon, inne ciężkie, jak ołów, są pytania jak kwiaty, jak osty. Motyle. Pasikoniki. Jętki. Są takie, które denerwują, doprowadzają do wściekłości. Przypominają niektóre gatunki zwierząt... Budzą niedźwiedzie. Przygnębiają. Wprawiają nas w zakłopotanie. Wywołują spokój albo spontaniczną radość. Są zarzewiem emocji. Naprowadzają na właściwy tor, po którym mamy się poruszać. Ale tor jest do nikąd. Brak światła. Komplikują sprawy proste. Pomagają rozwiązywać zagadki. Są bronią w ustach mądrych ludzi. Ułatwiają życie. Podwyższają ciśnienie.

Rozpalają dyskusję. Rozzuchwalają zarozumiałych. Podcinają pewność siebie. Niepokoją zachłannych pazerantów u władzy. Zamiast wieść do prawdy, prowadzą do paszczy rekina. Skracają czas oczekiwania na odpowiedź, której nie będzie. Wprowadzają zamęt w logicznym myśleniu. Są nieodzowne w poszukiwaniu nowych praw i idei. Nie pomagają, jeśli nie mamy czasu. Doprowadzają człowieka do zagubienia.
     Mogą nas zgubić i odnaleźć, ale nie powinny zniechęcać.
     Ludzie nieświadomi nie mają problemu z zadawaniem pytań. Nie zadają ich, nie zastanawiają się nad biegiem dnia i rzeki. Jeśli nie ma wiedzy, nie ma pytań.
     A jesteśmy czasem jak świat roślinny. Inni ludzie są jednak nam potrzebni. Jak doker przy rozładunku statku.
     Nie ma nic w moich annałach o Stanisławie ze Szczepanowa.   


                                                                                                                     2006


niedziela, 12 sierpnia 2018

Wycieczka do Londynu



     Lata dziewięćdziesiąte XX w. i już można. Tak po prostu.
Zorganizowano wycieczkę do Londynu. Ale trud organizacyjny nie był taki sobie, wsiąść do tramwaju i zajechać…
Może być Londyn – cieszyliśmy się. Na razie nikt jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, że jest to już realne. 
     Gdy zaczęły otwierać się możliwości, już kilka lat potem, jak Joanna Szczepkowska powiedziała w telewizji: – „Proszę państwa, czwartego czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”,      i jak zdumieliśmy się jej komunikatem, bo nie wiedzieliśmy, że w  Polsce był już komunizm, a wtedy mieliśmy jeszcze inne myśli, bardziej rozczochrane, nadymane wiatrem sprzecznych ideologii, a tu nagle świat poza granicami stał otworem i wabił nas swoją wielkością i dobrobytem. I nagle ktoś chciał zorganizować wycieczkę do Londynu. Poczuliśmy w sobie sporo entuzjazmu. Inflacja szalała, ale w wyniku tego szaleństwa ochota rosła jeszcze bardziej, taka ochota niezdyscyplinowana, wysoka, spontaniczna. Podjąć decyzję. Podjęliśmy bez namysłu.    
     Co wiemy o Londynie? Nie to, co powinniśmy.
     Przeczytaliśmy, że Londyn położony jest w południowo wschodniej Anglii nad dolną Tamizą, w odległości około 75 km od jej ujścia do Morza Północnego, na pagórkowatej nizinie do 186 m n.p.m. Basenu Londyńskiego, między pasmami wzgórz Chiltern na północ i Nort Downs na południu. Żona czytała głośno i pytała, czy już wiem. Poszukaliśmy na mapie i stwierdziliśmy, że się zgadza. Odpowiedziałem, że wiem, ale nie mam pojęcia jak to miasto wygląda. Najstarszą częścią Londynu jest City o powierzchni 2,7 km. W 1888 roku utworzono County of London, które podzielono w 1899 na 28 dzielnic o łącznej powierzchni 505 km. – Słuchaj, to ważne. Tym się zachwyciliśmy. Zostaniemy ze dwa miesiące i zwiedzimy wszystkie dzielnice. Tak zwany Wielki Londyn o powierzchni około 1800 km kwadratowych w pierwszej kolejności. – Ojciec mi mówił, że to najbardziej płaskie miasto na świecie. Łakomstwo narastało. Już wiedzieliśmy, że do 1965 roku był trzecim pod względem
 wielkości zespołem miejskim na świecie – po Nowym Jorku i Tokio. – Jakie  miasto  chciałoby się zmierzyć z Nowym Jorkiem.

Ciasna zabudowa Wielkiego Londynu rozkwita na obszarze ponad 1600 km kwadratowych. Do zdziwienia pół kroku. Dla nas jasna strona medalu. Pewnie dlatego mój ojciec mówił, że to miasto jest najbardziej rozlazłe i przysadziste na świecie – powtórzyłem, aby żona była pewna, że tak jest. Ciemna strona medalu. Nie ma co go porównywać z Nowym Jorkiem, gdzie widać na każdym kroku chęć wznoszenia się do nieba, bo N.Y. postawiony jest na opokowych skałach i można wysoko, a w Londynie wygodniej rozrastać się w poziomie, i dla tego miasta wystarczy tyle, ile jest. Jest największym ośrodkiem przemysłowym Wielkiej Brytanii, o, tu nie będziemy wątpić, największym portem, na pewno, największym ośrodkiem naukowym i kulturalnym Królestwa, dobrze; posiada stare tradycje teatralne, dlatego pewnie już pomarszczone, zobaczymy. Najsłynniejszy teatr czasów elżbietańskich: Globe Theatre. – Sam jesteś Globe Teatre – usłyszałem.
     Zaraz też poszukaliśmy miejsca i obiekty godne naszych oczu i trudu łazikowania, by zobaczyć, doznać uczuciowego wstrząsu, załadować przeżycia do mózgowej kasety i przemycić przez wszystkie granice do Polski. Weźmy na przykład przeszłość. Muzea spełniają pożyteczną rolę. Należy jednak bliżej określić jaką.Bo wielu nie ma zamiaru oglądać staroci, widać w dzieciństwie bawili się tylko nowizną, a pewnie zapomnieli, że ta nowizna się zestarzała, a inni je podziwiają i zachwycają się wprost proporcjonalnie do entuzjazmu, zaraz przypominają sobie, co najlepsze było w historii danego kraju i w czym jest be. Berberys. Dziwne skojarzenie. Znamy u nas zwyczajny, może być ozdobny, oczywiście berberys, a muzea to nie tylko wiedza, również ozdoba, a tu pełno nadzwyczajnych…  
   Zatem należało załatwić formalności, z których kilka było najeżonych jak kolczatka. Paszport to podstawa wyjazdu. Jak tory kolejowe albo przewody trakcyjne.
   Rozpoczęliśmy nowy tydzień w dobrych humorach i z tego powodu zapomniałem się ogolić; żona zapytała, czy przypadkiem nie używałem jej szczoteczki do zębów jako pędzla. Ujawnianie się, że jesteśmy ci i ci małżeństwami, a tamci nie, nie miało sensu, ale ktoś to podkreślił, że nie znamy się i nie wiadomo czy się poznamy. Józef Toczek utrzymujący kontakty z organizatorami słowackimi, sporo się nagimnastykował, zanim mu wyszło, że wycieczka się odbędzie. Słowacy już posiadali względnie wygodne, dalekobieżne autokary. U nas autokary jeszcze się nie zadomowiły.

Opowiadałem sobie w śnie, że koszt na jedną osobę dla członka związku wynosił 4 miliony 800 tysięcy starych złotych. Dowiedzieliśmy się, że razem z dwoma kierowcami słowackimi i przewodniczką panią Małgorzatą, w eskapadzie uczestniczyły 44 osoby (A imię jego jest 44 – nie mogłem się odpędzić od tej myśli: Jezus Chrystus, Adam Mickiewicz, Napoleon Bonaparte), a wśród nich pani Bronka – nauczycielka wychowania fizycznego, pan Jan – znakomity matematyk, przed laty wychowawca świetnej klasy uczniów w Słowaku – Liceum, do którego uczęszczał Robert, i Karolina – absolwentka chorzowskiej Szkoły Muzycznej. Bardzo miastu potrzebna.
     O czternastej wyjechaliśmy z Chorzowa Batorego do Cieszyna, gdzie przesiedliśmy się do słowackiego autokaru JUNS i pojechaliśmy do Piesztian w Słowacji. Panie z tyłu za nami powiedziały, że jedziemy do Lwowa przez  Rzym. Byłem nawet gotów uwierzyć, ale to dlatego, że                w pewnym momencie ogarnęła mnie przemożna senność, że tylko częściowo byłem czynny.
     Dojechaliśmy  do  Piesztian. Tam  przenocowaliśmy w hotelu ODE-
VAK, a na drugi dzień o szóstej rano ruszyliśmy w dalszą drogę – przez Bratysławę i Wiedeń, przez Niemcy od południa na północ i dalej – przez Belgię do Calais we Francji, skąd promem przez kanał La Manche do Dover w Anglii. Wyokrętowanie, zaautobusowanie i jazda do Canterbury.   
     Tak więc w pierwszych dniach maja 1996 roku po przejechaniu wielkiej liczby kilometrów, które nas zmęczyły, dojechaliśmy ze sporą grupą chorzowskich nauczycieli do Londynu. W sumie ponad dwa tysiące kilometrów w jedną stronę, co uznaliśmy za wyczyn stulecia. Podróż weszła nam w kręgi szyjne, kość ogonową i kolana, spuchły nogi. Jechaliśmy do piątej z minutami następnego dnia pierwszego maja. Nieco wracając myślami wstecz, w drodze kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się na parkingach żeby zostawić niepotrzebne płyny, wydzielone do pojemnika zgodnie z przeznaczeniem. Po przejechaniu granicy czesko-austriackiej, następna kontrola paszportowa była dopiero w Dover. Wydawało się, że autostrady nie mają końca i są jak taśma rozwijana przed nami i zwijana za nami. Tacy byliśmy ważni. Dzień i noc, słońce i chmury, ciepło i chłód, osady i miasta, zielone równiny i wzgórza, kępy drzew i nieduże tereny leśne...
    Najpierw Canterbury w hrabstwie Kent. Siedziba arcybiskupstwa anglikanizmu i prymasa Anglii. Jeszcze spała. Prymas też.

Nie było zimno. Wczesny, zmoczony na chodnikach ranek uśmiechał się chwilami pogodniejącym niebem. Czynny jakiś szynk... Wydać pierwszy funt czy go tylko obejrzeć? Przedsmak. Zanim zwiedziliśmy katedrę, przeszliśmy się po zaspanym jeszcze mieście starych, ale zadbanych piętrowych domów i zamkniętych sklepów. Kto by w niezbyt dużym mieście tak wcześnie otwierał sklep. Co innego zarobić na piwie… Monotonia i znużenie ustępowały. Zużycie. W katedrze wgapialiśmy się w grobowce arcybiskupów, oglądaliśmy piękny gotycki styl architektoniczny. Katedra jest cudowna. Ktoś nie był dowcipny i powiedział, że nie nadaje się na mieszkania. Budowana w latach 1070-1503! Łapaliśmy powietrze i się za głowy, i tak chodziliśmy po tym chyba czterdziestotysięcznym mieście. Nie doszliśmy do pałacu Tudorów i to był nasz pierwszy zawód. 
     Po wczesnym i mokrym ranku, po zwiedzeniu miasta i katedry z podnieceniem zaczęliśmy zbliżać się do Londynu.
     Chcieliśmy by Canterbury było wspaniałym wstępem i tak było.
I wreszcie przedmieścia stolicy Wielkiej Brytanii, liczącej dwa tysiące lat. W miarę zbliżania się do centrum Londynu, miasto rosło i piękniało; powoli zapomnieliśmy o zmęczeniu i prawie bezsennej nocy w autokarze. Coraz bardziej wzrastało nasze zainteresowanie obiektami, które mijaliśmy po drodze. Nasza wiedza o Londynie może nie była imponująca, ale pomogła nam w rozpoznaniu niektórych historycznych budowli. Dojechaliśmy do dzielnicy hoteli, niedaleko Hyde Parku, pod numer 47/48 Leinster Gardens, Heritage House Hotel, Londyn W2. Otrzymaliśmy oboje z żoną pokój numer 2 na parterze. Na zewnątrz hotel był odnowiony i nie różnił się wiele od innych, natomiast wewnątrz – stary i zużyty, żeby nie powiedzieć zardzewiały. Okno naszego pokoju wychodziło do „komina" powstałego ze ścian hotelu; wyposażenie pokoju to stary stolik o powierzchni ćwierć metra kwadratowego, stara szafa, chyba jednak nie z czasów królowej Wiktorii, szerokie łoże, zaścielone ciemnoniebieską bielizną pościelową, na bieliźnie koc przykryty kapą i wszystkie te części pościeli wciśnięte były pod materac w tyle łoża, a przód ułożony na dwóch poduszkach. Prysznic i ubikacja wbudowane zostały w pokój w postaci oddzielnych kabin. Gniazdo elektryczne wtykowe różniło się od gniazd wtykowych stosowanych u nas i należało pobrać w recepcji tak zwany adapter za trzy funty kaucji, który dopasowywał naszą wtyczkę do angielskiego gniazda wtykowego.

To umożliwiło korzystanie z prądu za pomocą naszych urządzeń. Jakich? Rozglądam się. A, tak, jest grzałka elektryczna, którą można włożyć do szklanki i zagotować wodę. Krany w umywalce zainstalowano w jej narożnikach, co uniemożliwiało jednoczesne korzystanie z bieżącej zimnej i gorącej wody, chyba że nalaliśmy wody do umywalki, która przecież służy do mycia i pozwala na oszczędne korzystanie z życiodajnej cieczy, wtedy po napełnieniu zakręcaliśmy…
     Po częściowym rozpakowaniu bagażu, kąpieli, spożyciu posiłku i krótkim wypoczynku wyszliśmy całą grupą na zwiedzanie miasta. Karolina Kozubska, Bronka Janiszewska i Jan Swadźba – również nazywany przez uczniów Jasiem oraz Józef Toczek oraz Danusia ze mną trzymaliśmy się razem. Weszliśmy do Hyde Parku, którego obszar jest prawdopodobnie mniejszy od Parku Kultury w Chorzowie. Zauważyliśmy przede wszystkim wielkie trawniki, równe prawie jak stół, trawa krótka i na bieżąco strzyżona. Wokół nich zieleń drzew, kwietniki, na ścieżkach ciężkie stylizowane ławki. W tym okresie kwitły też drzewa pewnego, nieznanego mi gatunku, rosnące pojedynczo nie tylko w parku, ale także w różnych miejscach na ulicach, także w Canterbury. Wszystkie gałązki tych drzew były gęsto obwieszone pękami różowych kwiatów, które przyciągały wzrok i bardzo zdobiły otoczenie. Widok poetycki. Trawniki wykorzystywano do różnych zabaw i gier, a po wyznaczonych bieżniach jeżdżono konno. W parku odbywały się też ćwiczenia gwardii królewskiej.
   Po kilkudziesięciu minutach doszliśmy do Opactwa Westminster, zobaczyliśmy Parlament i usłyszeliśmy Big Ben. Ale z wielkim zainteresowaniem zwiedziliśmy przede wszystkim Opactwo. Edward Wyznawca, natchniony widokiem normandzkich kościołów, wzniósł na terenie moczarów świątynię, której konsekracja odbyła się w 1065 roku. Po tygodniu od tej uroczystości król zmarł, a jego nagrobek znajduje się w głównej części Opactwa Westminster, wzniesiony  przez Henryka III w XIII w. Pierwszym koronowanym królem w Opactwie, w Boże Narodzenie w 1066 roku, był Wilhelm Zdobywca i od tego czasu odbywają się tam wszystkie koronacje. Pochowana jest też w Opactwie większość monarchów, aż do początków XIX stulecia. Oglądaliśmy również grobowiec Marii Stuart oraz inne grobowce i pomniki sławnych i zasłużonych, również wspaniałą kaplicę Henryka VII z XVI wieku... Ostatnia koronacja odbyła się tu w 1953 roku, gdy królową została Elżbieta II

 Windsor. W Opactwie pochowanych jest aż 3300 zmarłych, wśród nich królowa Elżbieta I, pisarz Karol Dickens, wspaniały  muzyk kompozytor Georg Friedrich Haendel, uczony Isaak Newton… Jest tu też tablica pamiątkowa Williama Sheakespeare’a. Nie obeszło się bez zdjęcia.
    Wielka świątynia, rozpychająca naszą wyobraźnię. Ale czy święta? Tej świętości nie było widać. Zbyt sensacyjna, budząca emocje i kryminalne historie.  
   Chwilami świeciło słońce. Po wyjściu z Opactwa spacerowaliśmy po mieście, oglądaliśmy z zewnątrz Parlament i Opactwo, słuchaliśmy objaśnień przewodniczki: – Patrzymy na Houses of parlament czyli The Palace of Westminster. Nad Tamizą. To neogotycki gmach, długi jak jamnik z głową podniesioną wysoko. Główny budynek posiada 280 metrową fasadę. Żeby zobaczyć całość, trzeba  nieco kręcić głową. Jest to patrzenie na wielką historię, przeżywanie jej w okamgnieniu. Czujecie to państwo? Widzicie? Największy parlament świata. Wewnątrz znajduje się 1200 izb. Doprawdy, można stracić wiarę. Pani przewodniczka nie wyjaśniła, dlaczego można by stracić wiarę.
     Przewodniczka mówiła dalej: – Na północy gmachu znajduje się to, co nas wprawia w bimbanie, wielki Big Ben. Bądźmy pogodni.      Słuchamy, fotografujemy, żeby zajechał z nami do domu. Niechby stanął gdzieś w okolicy Miechowickiej. – Turyści zegar na wieży nazywają Big Benem. Pokazuje czas, od tego jest, ale Big Ben to olbrzymi dzwon z 1858 roku, ważący 14 ton i wybija godziny.     
     Gapimy się wdrapując na wieżę, patrzymy pochłaniająco, ale nie znika, chcieliśmy, aby zadzwonił na nasze życzenie, ale on pewnie nawet o tym nie wiedział.   
  Zmieszani z tłumem przechodniów, zagłuszani hałasem przerywanej fali pojazdów, wśród których było bardzo wiele czarnych taksówek o nadwoziach z lat zaraz powojennych, ale nowych i czerwonych piętrowych autobusów miejskich, nie czuliśmy się zagubieni. Szliśmy główną ulicą Oxford Street, zadarci i zadziwieni, i zadowoleni, że jesteśmy w tym miejscu i może niektórzy z nas poczuli się jak król lub królowa na tronie koronacyjnym, ozdobionym szlachetnymi kamieniami, które oglądaliśmy w Opactwie Westminster.
    Był już wieczór, miasto rozbłysło milionem świateł i zmieniło swój wygląd, stało się bardziej tajemnicze i jakby zaczarowane, ale przechodniów i pojazdów nie ubywało; ktoś z nas widział Dickensa, w ja widziałem Conan Doyle’a; mieszkańcy Londynu i turyści mieli wciąż wiele  spraw do załatwienia, więc jechali, szli, czynili zakupy, siedzieli przy biurkach i stolikach  restauracyjnych, jedli lunch i pili herbatę, spieszyli się i bezmyślnie wpatrywali w wystawy zwykłych i eleganckich sklepów. Na kilka chwil staliśmy się londyńczykami i to nas fascynowało i satysfakcjonowało.
     W pewnym momencie pani Małgorzata powiedziała, że zostawia nas na Oxford Street. Spojrzała na mapę, odwrotnie trzymaną w ręce i wskazała kierunek – prosto i na końcu ulicy w lewo do Hyde Parku, a tam jest zaraz nasza ulica. I poszliśmy... w odwrotnym kierunku. Gdy zorientowaliśmy się, a w tym czasie rozbici byliśmy na kilka grupek, znacznie oddaliliśmy się od naszego hotelu. Dopiero po kilku analizach mapy i zasięgnięciu łamanym angielskim informacji od życzliwego przechodnia, o dwudziestej drugiej dotarliśmy do naszej siedziby.
     W czwartek wstaliśmy o ósmej. Odnowieni, wzmocnieni snem czuliśmy się dziarsko i młodo. Ciekawi byliśmy śniadania – co też nam podadzą. Spodziewaliśmy się, że będą jajka na boczku i grzanki, a były grzanki, masło, dwa rodzaje dżemu. Do wyboru – herbata z mlekiem lub kawa. Wybraliśmy pachnącą, gorącą, bardzo smaczną kawę z mlekiem; wypiliśmy po trzy filiżanki. Nie byliśmy rozczarowani. Zjadłem dwanaście trójkątnych grzanek, Danusia znacznie mniej. O dziesiątej poszliśmy przez Hyde Park pod pałac królewski Buckingham. Przy drodze dojazdowej i głównej bramie, ozdobionej złotem w górnej części, a także wzdłuż parkanu oddzielającego Pałac i dziedziniec od terenów przypałacowych, zgromadziły się tłumy turystów, którzy przyszli oglądać uroczystą zmianę warty; wszystkie miejsca przy parkanie były już zajęte, a rosły, a więc słusznego wzrostu policjant w czarnym mundurze i czarnym, znanym nam z filmów, hełmie, odsuwał gapiów od bramy. Drugi dżentelmen podobnej postury działał po lewej stronie bramy. Turyści wykorzystywali ich obu, stając przy każdym z nich to z lewej, to z prawej strony i wykonując zdjęcia. Obaj nie protestowali, nie stali też sztywno na baczność i przez to zdjęcia mogły być ciekawe. Po obu stronach głównego wejścia do Pałacu, a więc już za ogrodzeniem, a także przy wejściach bocznych stali wartownicy, za których plecami znajdowały się budki wartownicze. Gdy udało się nam obojgu powoli dopchać do płotu, po lewej stronie głównego wejścia do Pałacu stał już oddział gwardii królewskiej. Dowódca wydawał jakieś komendy, a potem maszerował kilkakrotnie wzdłuż szeregu gwardzistów i wymachiwał szablą, natomiast inni stali nieruchomo. Pokazywali nam kim są i co robią dla nas. Była 10:50, gdy usłyszeliśmy zespół kobziarzy, jakby grających coraz głośniej, a tymczasem oni  szli z zewnątrz i zbliżali się do głównej bramy, prowadzili następny oddział gwardii. Po kilkunastu minutach usłyszeliśmy, gdzieś tam za pomnikiem Wiktorii, orkiestrę. Znowu muzyka narastała, stawała się coraz głośniejsza, aż ujrzeliśmy „dęciaków", którzy prowadzili następny, większy oddział. Zaczęły się przepychanki, a w międzyczasie do pałacu przyjechał powóz zaprzężony w cztery konie, z asystą konną na przedzie i z tyłu. Książę? – zastanawiali się ludzie. Karoca zniknęła w pałacowej bramie, uspokoiło się, tymczasem orkiestra ustawiła stojaki nutowe w półkole i zaczęła grać marsze, a dowódcy wydawali komendy, rozprowadzali gwardzistów i kontrolowali strażnice. Każdy przemarsz oddziału lub pojedynczego gwardzisty kończył się krokiem, polegającym na podniesieniu do poziomu zgiętej w kolanie kolejno lewej i prawej nogi, a następnie wykonaniu przytupu, co było jakby zaakcentowaniem zakończenia marszu i dawało odpowiedni efekt. Zastanawialiśmy się, jak oni mogą się poruszać w tych zsuniętych na oczy, ciężkich, dużych i puszystych, czarnych czapach – przecież nic nie widzą. Ktoś żartobliwie zauważył, że oni nie muszą widzieć, bo mają jaskrawo czerwone mundury, widoczne z daleka i nikt na nich nie wejdzie i nie wjedzie, nie ma więc obawy o rozdeptanie. Piękna fanfa. Co się nie robi… Chcieliśmy zobaczyć, bo to dla nas i zobaczyliśmy. Co jeszcze dla nas? – ktoś krzyczał wewnętrznie.
     Dziesiątki turystów wykonywało zdjęcia, kamerowało przebieg zmiany warty. Danusia wsunęła prawą rękę za kraty, wzięła aparat fotograficzny z lewej ręki i wykonała prawą kilka zdjęć. Widząc kolorowe oddziały gwardii królewskiej trudno było się powstrzymać, bo w tej wyjątkowej dla nas chwili, to co widzieliśmy wydawało się szalenie ważne: Popatrz! Tam byliśmy. Myśleliśmy, że tak właśnie powiemy. Popatrz! Pomnik Wiktorii. A to Pałac Buckingham. Popatrz. Dlaczego nie patrzysz? Już widziałem.
   Gra orkiestra dęta. Słyszysz? Słyszę. Jacy oni bajkowi! Na zdjęciu też gra? Jakby wyszli z jakiejś książki. Jakiej? No właśnie. A oni robili rzeczy nieważne, byle zadowolić turystów i podtrzymać tradycję, i dostać pewną kwotę funtów na to, żeby znowu mogli… Zabawnie to wyglądało, nie będę przemądrzały, byłem zachwycony, gdy dowódca sprawdzał ze wszystkich stron jednoosobową strażnicę. Są to jednak normalne czynności kontrolne i nie ma się czemu dziwić, i ja wcale się nie dziwię, ja to aprobuję, a poza tym przed każdym pałacem prezydenckim jest jakaś straż i wcale nie chodzi o tradycję. – Już więcej nie jadę z tobą na wycieczkę. A do Londynu  na  pewno. Zagapiliśmy  się,  że  słuch  nam zaginął; wzrok trzymał kierunek, a za terrorystami jeszcze za bardzo się nie rozglądano.
     Kiedy nagapiliśmy się, a była już godzina dwunasta z minutami, przewodniczka zwołała swoją owczarnię, policzyła nas i powiedziała krótko: – Idziemy do Galerii Narodowej. – Po ile bilety? – ktoś zapytał. – Zobaczymy – odparła pani Małgorzata. Okazało się, że wpuszczają wszystkich bez biletów. Czwartek to dobry dzień tygodnia.
     Doszliśmy do słynnego placu Trafalgar Square, gdzie odbywają się demonstracje społeczne i polityczne, a także uroczystości – zabawy noworoczne. To wielki plac uznawany za centrum Londynu.    
     –  Proszę pani, kiedy zbudowany?
    – Jak to kiedy, w pierwszej połowie XIX wieku, a nazwę przyjęto od słynnego admirała Viscounta Nelsona. Centralnym punktem jest kolumna Nelsona, wysoka na 170 stóp, to jest ponad 50 metrowa, bądźmy szczegółowi: w czterech narożnikach kwadratowej podstawy cztery wielkie, brązowe lwy odlane z brązu z przetopionych francuskich dział, to stróże i obrońcy placu i kolumny. – A lwy pilnujące szkoły muzycznej w Chorzowie gdzieś zaginęły. Były betonowe, ale zabytkowe i szkoda lwów. – Miejmy nadzieję, że nie uciekły. A jeśli chodzi o Nelsona, to pokonał on francuską flotę w bitwie morskiej niedaleko hiszpańskiego przylądka Trafalgar w 1805 roku. Podziwiamy też pomniki króla Wielkiej Brytanii Jerzego IV z 1840 roku, proszę spojrzeć, generała Charlesa Gordona i amerykańskiego generała Georgia Washingtona i sir Charlesa Napiera z 1855 roku. Natomiast pod ziemią przecina się pod placem pięć linii metra, a także tu dojeżdża wiele autobusów kilkunastu linii.Czy państwo oczekują jeszcze szczegółowszych informacji?
    – Co Nelson lubił najbardziej? Chodzi mi o potrawy.
    – Ale pan ma strzały. Zrazy Nelsona? Nie mam w tej chwili menu Nelsona i trudno mi powiedzieć. Ale to nazwisko dużo nam mówi, prawda? Dodam jeszcze, że w latach sześćdziesiątych (XX w.) Trafalgar Square był miejscem spotkań buntowników artystycznych i politycznych, takich sobie i hipisowych futurystów beznadziejności, przeciwników wojny w Wietnamie, wśród których była i Vanessa Redgrave i Tarik Ali. Gdy trwała przerwa w wielkim koncercie rozrywkowym, w czasie którego można było popalić haszysz i powrzeszczeć, ale nie tylko w tym czasie życie manifestacyjne nabierało czerwonych barw.

Oni wtedy tacy byli. Rozłazili się na cztery strony świata, myśleli, że uda się im strącić Słońce z piedestału, ale oni buntowali się nic z siebie nie dając. Taka lekka szczegółowszczyzna.
Ciekawe, co by zrobili, gdyby zabrakło trawki? Może by się udali razem z baranami na pastwiska… Wtedy Lenin też dobrze się czuł na Placu Czerwonym. Teraz już mniej dobrze. To w tamtych latach wynaleziono sposób na nudę, uważano bowiem, że wszystko, co robiły starsze pokolenia jest beznadziejne.
     – Czy dzisiaj jest inaczej, proszę pani? Pani kontynuowała:
  – Wtedy młodzi najlepiej czuli się w pubach i modnych dyskotekach, na stałe puszczających korzenie na całym świecie. Ten styl istnienia i zaspokajania potrzeb haszyszowo – seksualnych, za sprawą spaczonych handlarzy i wyzyskiwaczy ludzkiej naiwności i zaściankowej zachciankowości, tudzież zaciekawienia wynikającego z niewiedzy i głupoty, ogarnął dość szerokie rzesze młodzieży, narzucając im styl życia w niszach ściekowych, które podniecały i wyniszczały, a „tamtym” naganiały pieniądze do banków i portfeli.
     To było mrożące. Rozumieliśmy, co pani przewodniczka miała na  myśli. U nas też zaczyna się dziać.
     Wstąpiliśmy do toalety i baru. Och, zrobiło się lżej.
     W pobliżu monumentalny gmach, to Galeria Narodowa, na deser wykwintny jak legumina z sosem z marcepana. Nie ma takiego. Bogactwo nie tylko artystycznej przeszłości. Gołębie nas nie interesują. Mamy w Chorzowie. Być może pigeons się obraziły, bo nie siadały w pobliżu, omijając wycieczkę, nie tak jak w Paryżu na placu przed Ratuszem, gdzie obdziobują uszy. 
     Weszliśmy, a potem poszliśmy zgodnie z kierunkiem zwiedzania, ale wielka liczba obrazów wielkich malarzy zamąciła nam porządnie w głowach. Obrazy to dusze czasów, których już nie ma. Muszę ich wszystkich, których zapamiętałem, wymienić. Czuję to. Chcę zapamiętać, żeby móc się wymądrzać: Holbein – ojciec i syn, Cranach, Giotto, Leonardo da Vinci, Botticelli, Rafael, Tintoretto, El Greco, Bruegel, Van Dyck, Tycjan, Caravaggio, Michał Anioł, Jordanes, Rembrandt, Rubens, Velazquez, Picasso, van Gogh, Cezanne, David, Goya, Delacroix, Canaletto... Nadmiar, można zemdleć albo zapomnieć gdzie się jest. Rozkosz. Poruszaliśmy się nieco osłupiali, chociaż nie jak słupy, chociaż nie pierwszą galerię zwiedzaliśmy, byliśmy przecież w Ermitażu, w Wersalu i w Luwrze, rozmawialiśmy z czasami Napoleona, a jednak... Za mało czasu.

Za mało. Jak strawić to, co w oczach? Mało, mało… Co nam stało? Niemożliwe, pani przewodniczka mówi, że policzyła, jest ponad 2300 obrazów. Policzyła? Uśmiechamy się i rozumiemy panią przewodniczkę.
Najstarszy obiekt malarski w tej Galerii pochodzi z 1250 roku. Nas na początku ucieszyło to, że Galerię można zwiedzać bezpłatnie, ale już w środku natychmiast zapomnieliśmy, że nie wydaliśmy kilku funtów.
    Z wrażenia, czy też z urzeczenia usiedliśmy parę razy w miękkich fotelach. A może to było zmęczenie? Do tego się nie przyznawaliśmy. Czuliśmy się tak, też nie pierwszy raz, jakby ktoś kazał nam wypić w krótkim czasie wiadro znakomitych trunków. Należało pić z sensem, delektując się, oglądając to i owo, smakując i przeżywając. Zdzierżyliśmy jakoś ten natłok wrażeń, z których sporo pewnie się rozlało. Po zakończeniu zwiedzania i wyjściu na zewnątrz Galerii Narodowej – otoczenie, w którym się znaleźliśmy drażniło nas swoją szarością i hałasem.
   W pobliżu Galerii znajduje się kościół św. Marcina. Kiedyś? bezdomni znajdowali tu schronienie, a biedni otrzymywali pożywienie.
W czasach współczesnych kościół znany jest z Koncertów muzyki poważnej, nie tylko klasycznej. Przy kościele działa, znana w świecie Akademicka Orkiestra Kameralna, na której „wzorował się" nasz dyrygent Maksymiuk i również podobną orkiestrę założył. Nie znaliśmy tej orkiestry. Nie wiemy więc w jakim świecie, a może w którym? Czy jest kilka światów? To zależy. W programie z 2 maja: Bach: Koncert Brandenburski nr 4 i 5; Vivaldi: Guitar Concerto in D major; natomiast 3 maja o 19.50 w programie Mozart: Symfonia nr 1 „London", Violin Concerto in A major, Eine Kleine Nachtmusik, Symfonia nr 29. Ceny biletów: £15, £12, £9, £6 (funtów).
Oto czego nie zobaczymy i nie usłyszymy. W czasie naszego pobytu w kościele orkiestra miała akurat próbę. Nie wiedzieliśmy wtedy, że 15 maja wystąpi na Festiwalu w Łańcucie. Oboje z żoną słuchaliśmy i oglądaliśmy jej występ w telewizji Katowice, co było dla nas iskrzące i miłe.
     Radośnie kumkam. Z ulotki: CONCERTS at St MARTIN-IN-THE-FIELDS Join our monthly Mailing LIST... Ale o co chodzi – szepcze wiatr do ucha. Proszę państwa, muzyka jedwabiem pociągnięta.
     Kościół posiada piękny portyk koryncki i elegancką wieżę iglicę. W krypcie mieszczą się między innymi księgarnia i restauracja. Nie wejdziemy. Nie mamy za dużo funtów i brak czasu. Są w kościele ważne portrety... Proszę powiedzieć, jakie? Jakie.

Jakie, ważnych osób z przeszłości. Jeszcze zapiszcie adres: ST MARTIN-IN-THE-FIELDS, TRAFALGAR SQUARE LONDON WC2N 4 J .
     W Muzeum Brytyjskim tłumy zwiedzających. Być może dlatego, że to czwartek? Znowu czwartek? Cały czas. Jak na Londyn przystało.
Nie trzeba płacić wstępu. Nie. W wielkim holu ruch jak wśród pszczół. Ktoś stał z ulem i tłumaczył się przed strażnikiem, że to nie z muzeum. Że to jego prywatny ul. Pszczół na razie nie ma, bo poleciały na zbiór nektaru. A jak się pan nie odczepi, a one przybędą, to może odbyć się żądlenie. Strażnik zrezygnował. Dał wiarę w prawdziwość słów turysty. Obok nas pełno ludzkich istot, których nie znamy. Ul się wyniósł. Ludzkość miała swoje bieżące interesy.
   – Czy tych ludzi też mamy oglądać? – zapytałem pani przewodniczki.
    – Zobaczycie państwo, ile można było zdobyć zabytkowych przedmiotów, gdy było się kolonizatorem. Ktoś: – Wszyscy grabili. Wszyscy to z pewnością wszystkie ludy na przestrzeni wieków. Pani Małgorzata nie wdawała się w dyskusję. Największe zainteresowanie  wzbudzały mumie egipskie i posągi cesarzy rzymskich. Koniecznie należało wykonać kilka zdjęć. Ustawiałem się do foto z Neronem i Kaligulą… No właśnie. Nie było? Kto powiedział? Nasza grupa rozpierzchła się po całym muzeum; zostaliśmy z żoną porwani przez nurt zwiedzających i płynęliśmy wokół drogocennych wysp ze starożytnej biżuterii, złotych naczyń, nieznanych nam przedmiotów codziennego użytku, narzędzi... aż do posągów rzymskich cesarzy i mumii egipskich – cmentarza za szkłem i otwartych trumien z ludzkimi szczątkami w zwojach tkaniny. Szukałem Totmesa III – najbardziej wojowniczego faraona, który był królem Egiptu od około 1502 roku p.n.e. To przecież nie Dolina Królów. Tak, Totmes zadziwił mnie siedemnastoma zwycięskimi wyprawami, dzięki którym rozszerzył terytorium kraju jak żaden z faraonów. Odniósł zwycięstwo pod Megiddo, dotarł do Eufratu, zatem Egipt sięgał aż do tej rzeki na zachodzie; w wyniku podbojów w Nubii dotarł aż do IV katarakty. Nałupił ze swoim wojskiem różnych skarbów i zawsze wracał cało i zdrowo. Po nim rządził jego syn Amenemhotep III. Już jako dziecko został namaszczony do rządzenia, ale odsunęła go macocha Hatszepsut. Gdy zmarła, a może z polecenia Totmesa została otruta, przejął rządy. Na starość kazał zniszczyć płaskorzeźby Hatszepsut, a jej grób, być może polecił również zniweczyć, taki nienawistnik z niego. I jeszcze mają o tym mówić turyści? O czym rozmawiać… turyści…? To znaczy mają o czym. Już milej byłoby o Nefretete i Echnatonie.

Ach tak, to tyle wieków za nami. Czy coś się zmieniło? Przewodniczka ma rację. Nałupił. Właśnie. Bandaże, mumie… zwoje… Totmes udoskonalił narzędzia wojny. Wprowadził jako broń łuki, używał w walce rydwanów, zastosowano zbroje z brązu. Brąz kojarzy mi się ze świecznikami.
   – Można obejrzeć, ale w Kairze – poinformowała. Rozczarowanie lekko pofałdowało czoła. Resztki zapisane na murach, skałach, opisujące wojny Totmesa. W Muzeum Brytyjskim ich nie ma. 
     – To gdzie można go spotkać?  
     – Nie uważał pan. Mówiłam.
     Stanąłem przy posągu Hadriana, a Danusia wycelowała we mnie i pstryknęła. Pewności nie było, ale powinno się udać. Utrwaliliśmy siebie przy mumiach, gablotach, naczyniach, narzędziach i przedmiotach ozdobnych. Ale po co? Nie wiemy, która mumia kim była za życia, nie wykonywałem żadnych notatek, nie mieliśmy katalogu. Pośpiech jest stratą czasu. Komu potrzebny jest ten starożytny świat? Wszystkim. Denerwujące pytanie. Dziesiątki lat żmudnej pracy archeologów. Historia i legendy. Zobaczyliśmy przeszłość, która wywarła na nas wielkie wrażenie. Ale nie tylko o to chodzi. Oni byli przed nami, nie wypadliśmy sroce spod ogona.
   Umówiliśmy się, że po zwiedzeniu Galerii spotkamy się na schodach do tego kościoła, opiewanego muzyką. Tymczasem stało się coś dziwnego, czego nikt nie zaplanował i nie przewidział.
   Oto wyszli za nami dwaj Ambasadorzy Hansa Holbeina młodszego – jeden z globusem, a drugi z cytrą, stanęli naprzeciw nas. Globus i instrument leżały na stole, nie musieli daleko sięgać.
     – Państwo są już tu, przy kościele – odezwał się ten w krótkiej pelisie z białymi, puszystymi wyłogami i ze złotym medalionem na złotym łańcuchu, zawieszonym na szyi. – Najważniejsze, że zdążyliśmy – dodał, wykonując ręką ruch jakby chciał zdjąć z głowy płaskie (jak naleśnik) nakrycie.
     – Zmęczyliśmy się trochę, bo to pierwsze nasze zejście z obrazu – powiedział ten drugi w brązowym, ze skóry okryciu, długim do ziemi, podobnym do szlafroka i szarpnął palcami struny cytry.
   – Przepraszam – powiedziała wcale nie zmieszana przewodniczka. – Panowie przyszli do nas? 
     – Nie spodziewaliśmy się i jesteśmy zaszczyceni – odezwała się moja żona.
      – Drobiazg – odparł ten ze złotym łańcuchem. I rzekł:
     – Państwo nas oglądali z takim zainteresowaniem i przejęciem, że postanowiliśmy odwdzięczyć się jakoś. Ich łagodne oblicza jeszcze bardziej stały się przyjazne.  
     – Zwłaszcza, że państwo, aby się z nami spotkać, przejechaliście ponad dwa tysiące kilometrów – powiedział ambasador w pelisie z wyłogami i globusem w dłoniach.
     – Oto nasze podarki – rzekł ambasador w skórzanym, długim okryciu – globus i instrument szarpany.
     – Panowie są bardzo szczodrzy – zauważyła pani Karolina.
     – Doprawdy – powiedział pan Jan – jest to cudowne i nieprawdopodobne. Czy wolno nam przyjąć takie podarki? Sprawdzę równaniem z trzema niewiadomymi.
     – Aż tyle niewiadomych? – zdziwił się Holbein.
  – Pani Danuto, oto instrument – zwrócił się do żony ambasador       w długim okryciu.
   – Uprzejmie dziękuję, jestem zaszczycona – odparła moja małżonka. – Jeżeli przyjmę ten prezent w imieniu naszej grupy, to co będzie z obrazem ? Przecież nie wstawimy tam gitary.
     – Proszę się nie martwić, poprosimy Hansa żeby domalował te dwie rzeczy – pocieszył ją ambasador z globusem.
     – Obawiam się, że jest to niemożliwe – powątpiewała moja żona.
     – Szanowna pani, jeżeli my tu jesteśmy, to i uzupełnienie obrazu przez Hansa jest możliwe.
     – Macie panowie rację – zgodziła się – ale nasza radość nie miałaby końca, gdybyście panowie położyli te przedmioty w tych samych miejscach, które przeznaczył dla nich Holbein młodszy.
     – Czy pani mówi w imieniu całej wycieczki? – zapytał któryś z panów ambasadorów.
     – Tak – potwierdziła pani Bronisława.
     – Jestem tego samego zdania – dodała pani Małgorzata.
Pan Jan zażartował:
     – Ja też, ale ja nie uczę ani muzyki, ani geografii. Jestem matematykiem. Moi absolwenci…
     – Panie Janie, wiemy, wiemy, są znakomici, tak jak pan. Mamy też instrumenty przydatne w matematyce – powiedział ambasador ze złotym łańcuchem. – Niestety, dzisiaj już nie zdążymy ich państwu przynieść, ale zapraszamy za rok, dokładnie 2 maja 1997 roku. Przyjedziecie państwo? Odpowiedzieliśmy wszyscy zgodnie i z entuzjazmem:   
     – Tak! Uprzejmie dziękujemy za zaproszenie.
Pan ambasador w długim, brązowym okryciu powiedział na koniec: 
     – Najwygodniej będzie przylecieć samolotem. A na lotnisko poślemy po państwa powozy.
     – Bardzo dziękujemy – odparliśmy chórem.
     Po tym wydarzeniu, gdy panowie ambasadorzy już się oddalili, zapanowała konsternacja. Cisza. Nikt nie potrafił sobie uświadomić, co się stało i czy w ogóle coś się stało? Zaproponowałem, abyśmy obejrzeli jeszcze raz obraz Hansa Holbeina, ale nikt na to się nie zgodził i postanowiliśmy zwiedzić kościół świętego Marcina.
Umówiliśmy się, że spotkamy się na schodach do świątyni. Tymczasem wybiegli za nami dwaj Ambasadorowie Hansa Holbeina, jakby nie chcieli się z nami rozstać. Pan Jan powiedział do pana Eustachego: – Jak pan to zrobił? Ten obraz należy szybko odnieść do muzeum, bo nigdy stąd nie wyjedziemy.
Eustachy śmiał się jakby usłyszał niesłychanie śmieszny dowcip. A to dlatego, że Eustachy kupił sobie kserokopię obrazu! Dziesięć funtów. Tanio. Bardzo drogo jak na naszą kieszeń. Obaj panowie podpisali kopię w imieniu Holbeina. Widocznie byli uprawnieni.
     Kiedy zakończyliśmy zwiedzanie, usiedliśmy w holu, aby zjeść kanapki i napić się soku owocowego, który nosiliśmy ze sobą.
Podszedł do nas strażnik ze srogą miną i zaczął coś mówić. Zrozumieliśmy, że nie wolno w tym miejscu niczego konsumować. Pewnie miał rację. Wyszliśmy przed zaśmiecony gmach i usiedliśmy na ławce między kolumnami. Strażnicy zaczęli wypraszać turystów z gmachu i dziedzińca Muzeum. Godzina zakończenia zwiedzania tuż. 
     Zebraliśmy się przed główną bramą i po sprawdzeniu obecności poszliśmy do Soho Square. Tu na kilku uliczkach skupione są sklepy pornograficzne, bary i restauracje oraz „punkty uciech erotycznych"? Na co tu się gapić? Nie było nam ani porno ani duszno. Byliśmy głodni. Gdzie się podziali seksualiści?
Znaleźliśmy nieduży bar, do którego wcisnęła się spora grupa
osób z naszej wycieczki. Zamówiliśmy rybę z frytkami i sałatką jarzynową. Na to było nas stać. Oboje zapłaciliśmy 8,5 funta, inni nieco więcej. Kelnerką była polska dziewczyna. Zapytałem:
     – Od dawna pani tu pracuje?   – Od dziesięciu minut – odparła.

Zaraz przypomniał mi się kawał. W tramwaju pewna dziewczyna powiedziała głośno do swej koleżanki:
     – Jestem w ciąży!
     Koleżanka zdumiona popatrzyła na nią i na faceta, na którego kolanach tamta siedziała i nie zauważyła nic szczególnego. Wydawało się jej, że to niemożliwe. Zapytała:
     – Od kiedy?
     – Od pięciu minut!
     A koleżanka pomyślała: „Jak on to zrobił?”
     Chyba zbieg okoliczności. Zabieg. By się przydał. Dziewczyna szukała pracy i weszła do tego właśnie baru. Ponieważ bar był pełen Polaków, a ona była Polką szukającą zajęcia – szef zatrudnił ją, potrafiła przecież mówić po polsku i znała język angielski. Była studentką. Mogła podawać rybę smażoną z frytkami i sałatką jarzynową. Do tego piwo albo woda mineralna.
     Kilka razy przechodzili obok nas inni Polacy i wtedy poczuliśmy się bardziej swojsko i raźniej w tym egzotycznym, ludzkim gąszczu, ale nie próbowaliśmy z nimi rozmawiać. Najważniejsze, że byli. Rodaków spotkaliśmy również w Galerii Narodowej, w barze przy naszym stoliku.
   Ostatnim punktem programu dnia było oglądanie Londynu wieczorem. Tysiące latarni ulicznych, kolorowe reklamy, oświetlone słynne budowle i ciekawsze inne obiekty, tysiące świateł samochodowych i świateł na skrzyżowaniach, atrakcyjnie oświetlone wystawy sklepowe – wszystko to razem spowodowało, że centrum Londynu wyglądało niezwykle, nie chcę powiedzieć, że bardzo romantycznie, bo to zbyt zwykłe i oklepane.  
     Jeszcze raz oglądaliśmy Parlament, Opactwo, Trafalgar Square, Picadilly Cirkus ze statuą Erosa, Buckingham i pierwszy raz – Tower i Tower Bridge, na który patrzyliśmy z niedowierzaniem, bo może to nieprawda, że go widzieliśmy?
Po przejechaniu Tower Bridge znaleźliśmy się jakby w innym mieście – ciemniejszym, spokojnym, o małym ruchu ulicznym. Nie ten Londyn.
W dzielnicach, w których są fabryki i warsztaty, wieczorem jest dość ciemno, mniejszy ruch i mniej bezpiecznie. W dzielnicach biurowych ruch przypada na godziny urzędowania – do siedemnastej, osiemnastej, dziewiętnastej; nieduży ruch panuje w dzielnicach mieszkaniowych.
Tłoczno jest na głównych ulicach wzdłuż i wszerz miasta.
  
Była może 21.50, gdy przejechaliśmy znów przez Tower Brigde na Tamizie i pojechaliśmy na parking.
     W piątek nasze Święto Narodowe 3 Maja.
Nie myślimy o tym, że święto. Zabraliśmy z hotelu bagaże, Danusia przygotowała stos kanapek na drogę. Zanim jednak opuścimy Londyn, jeszcze wiele zobaczymy, mamy czas do późnych godzin popołudniowych.
   Zaczęliśmy zwiedzanie od długiej jazdy przez zatłoczone centrum. Na każdym skrzyżowaniu postój. Pojazdy smrodzą i czekają na zielone światło. Czasem wydaje się nam, że już nie ruszymy z miejsca. Że Londyn to same skrzyżowania – czerwone i zielone światła. Poruszamy się  z prędkością żółwia, który ogląda wystawy sklepowe. Przydałby się ekspresowy wiatr. W pewnej chwili, dość niespodziewanie, przewodniczka mówi przez mikrofon: – Widzicie państwo te kolejki? Przejeżdżamy obok Gabinetu Figur Woskowych Madame Tussaud’s. Wszyscy        z naszego autokaru rozglądają się, szukają tego słynnego budynku, co ich bardziej interesuje, niż kolejki, którymi pani Małgorzata chce nas przestraszyć i zniechęcić.
    – I co, nadal macie państwo ochotę zwiedzać Gabinet Figur Woskowych? – mówi po kilku sekundach. Minęliśmy budynek Gabinetu, autokar jechał dalej, nie wiadomo gdzie. Zapanowała cisza, potem były szmery, a za chwilę mały rwetes. Pierwsze odezwały się niezadowolone dwie panie, siedzące za nami, do nich dołączyliśmy i my z naszej podgrupy. Rzeczywiście, patrząc na dwie około pięćdziesięciometrowe, potrójne kolejki – jedna dla turystów indywidualnych, a druga dla wycieczek – można się pokryć lękiem i zwątpić, ale być w Londynie i nie zobaczyć Madame Tussaud’s, to byłoby nie do wybaczenia.
   Po naradzie z panem Józefem Toczkiem, kierowcami i niektórymi turystami, przewodniczka przedstawiła plan:
     – Proszę państwa, jedziemy przez Tower Bridge za Tamizę, tam na parkingu zostawimy autokar i zrobimy spacer po Tower Bridge. Dojdziemy do Tower of London, jeśli będziecie chcieli zwiedzić to słynne królewskie więzienie i przechowalnię klejnotów, jest tam królewskie berło z największym 530 karatowym brylantem, nazywanym Gwiazdą Afryki, to proszę bardzo. Więzienie to zamek z kamienia, słynna twierdza. Do XVI wieku mieszkali tu królowie, potem przenieśli się do Westminster Palace. Więziono tu Elżbietę I, na dziedzińcu stracono Annę Boleyn i Katarzynę Howard. Najstarsza w twierdzy jest Biała Wieża.

A potem kto z państwa będzie chciał w nim zostać to proszę bardzo… przepraszam, pojechać  ze mną  metrem  do Madame Tussauds po bilety,
to też proszę bardzo, a reszta państwa przyjedzie pod Gabinet autokarem. Czy odpowiada państwu ten plan?
     – Tak – zaśpiewał chór..
     Idąc zza Tamizy przez most wykonywaliśmy utrwalanie obiektu na kliszy fotograficznej i oglądaliśmy jego niespotykaną konstrukcję.
W wieżach umieszczone są urządzenia do podnoszenia środkowej części mostu, gdy między nimi ma przepłynąć żaglowiec albo duży statek. Była taka nimfa, która między nogami przepuszczała żaglowce z postawionymi masztami… W tym czasie na drugą stronę mostu można przejść wchodząc schodami na wieże i po pomostach – na lewy lub prawy brzeg Tamizy. Most nas prawie oczarował, jak dziecko duża zabawka, też mostowa, którą nasze wnuki trzymają na półce w swoim pokoju.
  – Czy możemy go zabrać do domu? – zapytałem panią Małgorzatę.   – Oczywiście, nie wiem tylko czy zmieści się w autokarze.
   – Ale zmieści się na kliszy fotograficznej – powiedziałem. – Właśnie. Dobry pomysł. Zabierajcie państwo, ile chcecie.
Dla seniorów wstęp do Tower po 5,5 funta. Z dużego dziedzińca weszliśmy do budynku, gdzie przechowywane są klejnoty koronne. Przedtem jednak szliśmy w półmroku zygzakiem między barierkami, w tłumie zwiedzających i oglądaliśmy na trzech ekranach koronację Elżbiety II, dwór królewski i klejnoty. Zanim przeszliśmy przez komnatę film się skończył. Odnotowuję: Widzieliśmy klejnoty koronne królów i królowych Wielkiej Brytanii. Szlachetne kamienie oprawione w złoto. Kunszt jubilerski. Dzieła artystów. Sztuka pierwszej klasy. I dalekie od codziennej szarości, przeplatanej drobnymi radościami... Jak się nazywały?
Wśród grubych murów i baszt, wokół miejsca straceń na placu – starsi i dzieci białe i czarne... i my jak dzieci. Żona stanęła za grupką tych uroczych stworzeń, którym opiekunka coś opowiadała, może właśnie o tragicznych scenach sprzed setek lat, a ja uchwyciłem ten moment i władowałem do pudełka przez obiektyw. Poczułem, że zadrżałem. Jakbym na drewnianym pniu zobaczył zakrwawioną głowę, która akurat rozstała się z resztą ciała i straciła życie spadając do kosza. Zobaczyłem jeszcze inny obraz: Stoję przy zakrwawionym pniu. Widzę jak któreś z rodziców odcina łeb kurze albo kaczce. Nie było innej możliwości żeby ugotować rosół, albo czerninę. Doznałem małego dreszczu. Nie powinienem chyba takich rzeczy oglądać. Danusia po wykonaniu fotografii szybko odeszła od miejsca, gdzie żywi tracili nadzieję i życie.
     Od tamtych wydarzeń dzieliła nas gruba warstwa czasu, a jednak spotkanie ze śladami dość dalekiej przeszłości, specjalnie spreparowanymi, żeby wywoływać dreszczyk, zrobiło na nas duże wrażenie i zgasiło uśmiechy. Dla tych, którzy tam tracili głowy, to miejsce było wyróżnieniem, ponieważ odchodzili z tego świata w obecności tylko kilku osób i ciszy, bez udziału hałaśliwej gawiedzi, traktującej ścięcie jako widowisko. Kiedy wyszliśmy za mury Tower poczułem ulgę. Podświadomie uważaliśmy pewnie, że nasz świat jest lepszy.
    Zło, które dzieje się daleko od nas, wydaje się abstrakcją i chociaż często nas przeraża, nie odczuwamy zagrożenia, chyba, że zbliża się do nas. Potrafimy współczuć w nieszczęściu, zadowoleni, że to nas nie dotyczy. Potrafimy się oburzać i wstawiać za kimś, jeżeli mamy w tym swój interes. Nasz świat nie jest lepszy.
    Spotkaliśmy się nad Tamizą niedaleko Tower Bridge, gdzie znowu pani Małgorzata sprawdziła, ilu nas jest. Rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Większość wolała jechać autokarem do Madam Tussaud’s i nie wydawać funtów na podróż metrem. Wracając za Tamizę na parking, bo metro nie jest znowu taką atrakcją, chyba żeby jechał nim Winston Churchill albo spotkalibyśmy w nim Charlesa Dickensa, jeszcze raz obejrzeliśmy most (w tym samym dniu jeszcze dwa razy autokarem przejeżdżaliśmy przez Tower Bridge), upewniliśmy się, że nikt go nie rozmontował, nie wysadził z siodła, nie ukradł, nie wysadził w powietrze. Szedł chłop bez Tower Bridge przez czapki i zaszedł do Hożofa.
     Akurat pan Jan wykonywał nam zdjęcie na tle wieży mostu, gdy w niedalekiej odległości zauważyliśmy znaną, słynną postać książkową i filmową, mianowicie Sherlocka Holmesa. Już z daleka uśmiechnął się do nas troje. Powiedział:
     – Pani Danuto, panie Eugeniuszu, panie Janie – witam państwa w Londynie na słynnym moście. Cieszę się ze spotkania. Tyle o państwie słyszałem, że postanowiłem spotkać się z miłymi gośćmi w tym nietuzinkowym miejscu. Wprawdzie mój ojciec Artur Conan Doyle o tym nie wie, ale w tym wieku rodzic nie interesuje się, co jego „rodzony” syn wyprawia. I nie czekając na to, co powiemy, kontynuował:
     – Zapewne jesteście państwo zaskoczeni i zdumieni. Otóż nic w tym nadzwyczajnego. Od mojego przyjaciela doktora dowiedziałem się, że jesteście państwo w Londynie. Reszta to sprawa dedukcji.
Ale opowiadajcie, co  nowego w  Polsce? Nie  byłem nigdy w tym kraju, to prawda, wiem jednak, że dokonano u was historycznego zwrotu. Zawsze byliśmy zarozumiali i najważniejsza na świecie była nasza wyspa. Ten pan Lech Wałęsa, co skakał przez płot, przeskoczył historię. Tak można powiedzieć. Wałęsa jest symbolem przemian w Europie. To jest genialne. On się z wami dzisiaj spotka. Nie jestem zadowolony tylko z tego, że zachodni politycy i dziennikarze więcej piszą i krzyczą o obaleniu muru berlińskiego niż o Solidarności. Wiadomo, że gdyby nie było Solidarności, Mur Berliński – że wypowiem te słowa zaczynając od dużych liter – miałby się dobrze. No i enerdowcy, którzy najpierw uciekali do zachodnich Niemiec, teraz by nie musieli narzekać, że są dyskryminowani po zjednoczeniu kraju. I tu znowu Pan Wałęsa…
Właśnie chciałem zaproponować spacer po gabinecie Madame Tussaud’s. Wiem, chcecie jechać autokarem. A może dorożką? Nie chcecie. Czy widzieliście Winstona? On też się wyraża chęć spotkania z wami zobaczyć. Jakie to niespotykane, prawda? Może mniej się będziecie dziwić, gdy powiem, że lubię egzotykę? Już dawno tylu Polaków tu nie bywało, co obecnie. Dawno, to znaczy od czasów II wojny światowej, bo jak zapewne wiecie, taka wojna była i Polacy walczyli o swoją wolność razem z Brytyjczykami. Pan premier Churchill będzie tu za chwilę. On wie swoje o tej wojnie i Polską za bardzo się nie przejmuje, ale jak mi wiadomo zauważył, że taki kraj w Europie istnieje. Na razie nie wyjaśni wam sprawy rozszyfrowania maszyny szyfrującej Enigmy, bo to byłaby kompromitacja dla Brytyjczyków, ale z czasem będziecie tymi, którzy tego dokonali.   
Potem powiedział: – Chce wam wyjaśnić, dlaczego zaraz nie było demokracji w waszym kraju. On czuje się odpowiedzialny za powojenny porządek świata. Ale to polityka, a ja się do polityki nie mieszam. Tak więc po dwóch włosach w klapie marynarki i wschodnim wietrze rozpoznałem przybyszów z Europy środkowej, a po tym, jak państwo oglądaliście muzea i budowle Londynu, że to piękne... przepraszam. Podjechał powóz i pan Holmes tak szybko wsiadł do niego i tak gwałtownie odjechał, że nie zdążył dokończyć zdania.
 Żona powiedziała do pana Jana:
     – Co on właściwie chciał?
   – Gdyby powiedział nam, kto zabił... – Nie zabił – przerwałem żonie – on dzisiaj chciał być kimś innym. – Nie sądzę, on już zawsze będzie detektywem – deduktorem – wtrącił pan Jan.
     – Deduktorem? – zdziwiłem się. – Nie ma takiego słowa.
     – Nie było – powiedziała żona – teraz już jest.
Pan Jan nawet nie mrugnął, nie poprawił się, tak miało być dla żartu, a ja wziąłem nowe słowo na poważnie.
     – Najwspanialsze jest to, że zamieniliśmy z nim kilka zdań – powiedziałem.
     – Myślę, że niczego nie zamienialiśmy – poprawił mnie pan Jan.
     – Ważne, że nas rozpoznał – powiedziałem. I zastanawiałem się, co było rzeczywistością, a co produktem odpadowym złego samopoczucia, jakby to była sprawa honoru.
     No i doczekaliśmy się. Pan premier nadszedł od strony, gdzie stał nasz autokar. W ustach cygaro, w ręce parasol, powolny krok, zdecydowany wyraz twarzy. Zatrzymał się kilka metrów przed nami i zaczekał aż się zbliżymy. Nie mieliśmy odwagi przejść obok niego, ale również uznaliśmy, że nie wypada się zatrzymywać i patrzeć mu w twarz, nie chcieliśmy bowiem uchodzić za niewychowanych. Pan premier doskonale wiedział, że jesteśmy w kłopotliwej sytuacji i nie czekał aż popełnimy jakąś gafę.
     – Dzień dobry państwu w Londynie na Tower Bridge.
     – Dzień dobry – odpowiedzieliśmy chórkiem po angielsku.
Pan Winston lekko się uśmiechnął.  
     – Idziemy w przeciwnych kierunkach, ale spotkamy się wkrótce. Na pewno nie potrwa to tak długo, jak wasza podróż do demokracji. Dzisiaj widzę wszystko inaczej, ale wtedy, w czasie wojny i po zwycięstwie, najważniejsze było odgrodzenie się od komunizmu. Musieliśmy chronić zachód, wierząc jednocześnie, że mamy rację. Dużo tu do mówienia. – Pan – zwrócił się do mnie – czytał moje pamiętniki... – Przepraszam – przerwała mu moja żona – nagrodzone Noblem. – Rzeczywiście. Zatem zna pan moje stanowisko w różnych kwestiach politycznych. Krótko mówiąc: Nigdy nie przepraszam, ale pragnę zrozumienia, dlatego tu jestem.
  – Cieszymy się ze spotkania – powiedział pan Jan. – W matematyce taką sytuację nazwałbym algebraiczną.
  – Ja również. życzę państwu wielu miłych wrażeń. Ponad algebraicznych. Zanim się spotkamy ponownie, będę rozmawiał jeszcze z kilku waszymi rodakami. Właśnie nadchodzą. Obejrzeliśmy się. Byli to nasi znajomi z autokaru, a wśród nich panie Bronia i Karolina.
     – Z kim rozmawiacie? – zapytała Bronia.
     – Jakby ci to powiedzieć – Danusia na to.
     – Big Ben – powiedział gość i odszedł chowając się w dźwięku dzwonu słynnego zegara.
     – Nieobecni mogą odejść – powiedziałem.
     – Czy mieliśmy może przywidzenie? – zapytała Danusia. – Nieobecni mogą nadejść.
     – Nie sądzę – odpowiedział pan Jan. – To nasza wyobraźnia.
W matematyce niezbędna, inaczej uczeń nie zrozumie nauczyciela.
   – Albo inaczej my nie zrozumiemy Churchilla – dodałem uzupełniająco.
    – Dlaczego on chce się jeszcze raz z nami spotkać – zastanawiała się żona. – Nie lubię polityki.
   Po kilkudziesięciu minutach autokar nareszcie dojechał do Madame Tussaud’s. Na widok dwudziestometrowej, poczwórnej kolejki uszy nam oklapły i zwątpiliśmy, czy uda się nam zwiedzić Gabinet, możemy nie zdążyć. Pani Małgorzata nie miała jeszcze dla nas biletów. Zajęliśmy miejsca, przewodniczka policzyła, ile i po jakiej cenie musi kupić bilety.
     – Proszę się nie denerwować, zdążymy – powiedziała i odeszła.
     Po około czterdziestu pięciu minutach byliśmy z biletami przy
wejściu do Gabinetu. Na biletach mały obrazek profilu kobiecej twarzy z czerwoną wstążką w żółtych włosach, namalowany drukiem. Fri 03/05/96 WELCOME TO MADAME TUSSAUD “Where the people meet The people". GR SENIOR MT... Ta sama twarz była też tłem dla tych informacji. Przy wejściu kupony od biletów oddzierały żywe kontrolerki, czego jesteśmy pewni, chociaż nie sprawdzaliśmy. Weszliśmy w schodowy tunel, prowadzący chyba na drugie piętro, gdzie trafiliśmy na pierwszą figurę woskową, obleganą przez zwiedzających. Rozpoznaliśmy w niej znanego aktora, grającego silnych mężczyzn, walczących ze złem – Szwarcenegera. Nie zrobiłem jednak zdjęcia, bo jakaś kobieta z aparatem fotograficznym uzurpowała sobie wyłączność do tego supermana i nie pozwalała się z nim fotografować. Pomyślałem sobie: Gdzie jest Churchill? Miał tu być. Mógłby mi pomóc. Do licha, przecież to moja wyobraźnia, nic nie zrobię. Przyjrzeliśmy się figurze. Podobny, ale na filmach jest jakby potężniejszy. Pan Winston Churchill bardzo mocno zadomowił się w mojej głowie. Czułem się jakby pisklę chciało przebić 
skorupkę jajka i wydostać się na zewnątrz. Przecież nie jest to żywa postać historyczna, którą widziałbym na czele orszaku Wielkich. Jeżeli przy następnych figurach będzie podobnie, to pozwolimy Winstonowi przebić skorupkę. To może  oznaczać, że będę bezczelny i mimo zakazu, będę fotografował niektórych. Jesteśmy w kraju, gdzie ludzie mają poczucie humoru, które nam odpowiada.
   Pierwsza następna figura to znana murzyńska dziennikarka, prowadząca dziwne programy w telewizji.
     – Zrób sobie z nią zdjęcie – zaproponowała żona. – A kto to jest? Było napisane, ale okazałem się ignorantem. Danusia wykonała zdjęcie. Niech będzie. Z Borysem Beckerem, słynnym tenisistą – też, dla Roberta. Becker nie był za bardzo podobny do siebie prawdziwego, co również Robert stwierdził i zdjęcia mu nie daliśmy. Kolejni znajomi z gazet, ekranów kin i telewizorów oraz z historii pojawiali się to tu, to tam, na tej samej posadzce, co my, również na podestach, zmieszani z tłumem zwiedzających. Łatwo można było się pomylić, zwłaszcza, że oświetlenie wykonano tak, by tworzyło odpowiedni nastrój. Dlatego niektóre figury ludzi nam obcych, ustawione wśród zwiedzających, wydawały się być osobami zwiedzającymi to osobliwe muzeum. Żona lekko potrącając jedną z figur powiedziała „przepraszam". Niektóre wyglądały jak oryginał i o pomyłkę nie było trudno, ale kilka znanych i słynnych postaci nie podobało się nam. Papież Jan Paweł II miał za szczupłą twarz i za bardzo nasuniętą na czoło tiarę. Kanclerz Niemiec Helmut Kohl również nie przystaje do obrazów swojej osoby z ekranu telewizyjnego, jest szczuplejszy. Niektórzy mają pustkę w oczach. Wszyscy patrzą w przestrzeń, jakby gdzieś tam było prawdziwe, wspaniałe życie. Gdyby stało się tak, że wszyscy tam zebrani nagle zaczęliby wykonywać swoje zawody      i pełnić odpowiedzialne funkcje... a ich słowa, lecące w przestrzeń, zostałyby zmaterializowane, wtedy my wszyscy zwiedzający bylibyśmy woskowymi figurami, których nikt nie zna.
Z wyjątkiem kilku osób. Czy pan, sir Winston Churchill chce przemówić? Na kanapie przy pewnej osobistości egzotycznej siedzi dziecko.
     – Popatrz, gdzie to dziecko usiadło – mówi Danusia.
     – To też figura – mówię, gdy przyjrzałem się dokładnie.
Gabinet zwiedzaliśmy wspólnie z panem Janem. Pan Jan uznał, że wiele z tych kukieł nie zasługuje, aby zrobić im zdjęcie w naszym towarzystwie! I miał rację. To my wybieramy i nie zależy nam na tanich zaszczytach? Odczuwaliśmy podniecenie, ogarnęły nas emocje.

Unosiliśmy się nad tym zbiorowiskiem zwiedzających i zwiedzanych jak opary nad mokradłem. Czasem było śmiesznie, romantycznie, strasznie, ale też obojętnie. Madame Tussaud’s... założycielka... Winston Churchill.
Tu sir przebywa – odezwałem się półgłosem, a Winston dosłyszał moje słowa i powiedział:
   – Proszę powiedzieć, z kim? Kto to są ci panowie obok? – zapytał              i zaraz dodał: – Mogę nie wiedzieć. Nie było już mnie. A potem uzupełnił: – Nie będę na razie pana przewodnikiem, ponieważ nie ma mnie kto zastąpić. Ten Winston, którego widzieliście na moście nie zjawił się jeszcze, a może w ogóle go nie będzie...
   – Wtedy byliśmy w innej aurze. A może zdarzył się jakiś wypadek? – wymknęło mi się bezmyślnie.    
     – Wypadek ? – zdziwił się Noblista. – Sam pan w to nie wierzy.
     – Nie wierzę.
     – Może porozmawiamy o powojennej historii? – zaproponował premier.
     – Na amerykańskich filmach też wciąż chcą rozmawiać i jeden drugiego pyta, czy chce porozmawiać – powiedziała moja żona. Myślę, że sir się nie obrazi, przecież pan zna Amerykę.     
   Stanąłem obok a Danusia utrwaliła mnie razem z Winstonem Churchillem. Otoczyli nas zwiedzający. – Jestem jeszcze popularny – powiedział sir Winston.
     – Naprawdę – przytaknął pan Jan. – Ale to tylko złudzenie – dodał.  
     – Proszę zrobić mi zdjęcie z prezydentem Billem Clintonem – zwrócił się do mnie pan Jan.
     – Oczywiście – zgodziłem się. – Ja również chcę mieć zdjęcie z prezydentem Clintonem – powiedział Winston w taki sposób jakby był dzieckiem.
     – Nie wiemy jak to zrobić, chyba, że przeniesiemy pana do grona amerykańskich prezydentów – zastanawiał się pan Jan.
     – Zgadzam się, to tylko moment – usłyszeliśmy odpowiedź byłego brytyjskiego premiera. Danusia była znudzona tym fantazjowaniem:  – Niektórzy w tym miejscu dziecinnieją i wydaje im się, że wiele rzeczy, które ich otaczają ma cechy ludzkie, żyje i można z nimi pogadać. To animizm. Nie uważasz?
     – Wiem, nawet więcej – odparłem. – Prawie wszystko, co oglądaliśmy było martwe. Jak inaczej można pogadać z przeszłością?

Jeżeli mamy coś z tej wycieczki utrwalić w nas, to musimy skojarzyć z ruchem i słowem, a więc z życiem. Prawie z życiem.
     – Można na przykład przed katem czytać jego życiorys – żarto-
wał pan Jan.
     – Myślę też, że niektóre postaci współczesnych nam czasów powinno się ustawiać tu jako oryginały i w ten sposób izolować od reszty społeczeństw.
     – Od tego są więzienia – zauważyłem.
     – Proszę popatrzeć na tego – wskazał pan Jan – on nie powinien rządzić państwem, a rządzi, nie siedzi w więzieniu, a powinien, bo to terrorysta.
     – Utożsamiamy się z ludźmi, jeżeli mówią to, o czym myślimy, co  jest zgodne z naszymi poglądami, wyobrażeniami o świecie – mówiła żona – jeżeli potrafią działać dla naszego dobra i są szczerzy i oddani społeczeństwu... Będzie ich z dziesięciu?
     – Gdyby był chociaż jeden... – powiedział pan Jan.
     – Tak, jak tylko się ujawnią i pokażą kim są... Natychmiast do izolatki! – żartowałem.
   Nie ma co udawać, tyle znanych osobistości, w większości bardzo do siebie podobnych, robi wrażenie. Trudno wymienić wszystkie znane dawniej i obecnie postaci. Dawni monarchowie, obecny królewski dwór z królową Elżbietą II, premier Winston Churchill w otoczeniu znanych angielskich polityków, prezydent USA Bill Clinton w otoczeniu prezydentów Stanów, papież Jan Paweł II w otoczeniu kardynałów, kanclerz Helmut Kohl, prezydent Lech Wałęsa, William Szekspir czyli Sheakespeare, młody Mozart, aktor Mel Gibson, Charlie Chaplin, Marylin Monroe, Chichcock, zwariowany Jackson, Włodzimierz Lenin, Henryk VIII z żonami, którym ściął głowy, Kadafi, Husajn, dwa Hitlery (na korytarzu w gablotach)...
     – Zrobimy sobie zdjęcie z Henrykiem VIII ? – zapytałem.
    –  Z tym mordercą nie chcę mieć nic wspólnego – odparł pan Jan. – Również z terrorystami – dodał.
     Utrwaliłem pana Jana z Billem Clintonem. Danusia chciała mieć zdjęcie z Jacksonem, Chaplinem, papieżem, Wałęsą, Gibsonem, małym Mozartem, Beckerem... Ja z Beckerem, Kohlem, Wałęsą, Janem Pawłem II (wspólne z obu naszymi rodakami), Szekspirem, Monroe, Churchilem, Collins... Zdjęcie Hitlera wykonał młody Żyd, ubrany w płaski z dużym rondem kapelusz, z boku twarzy długie pejsy. Może ten, który przyjeżdżał do Auschwitz na marsz żywych, i rozrabiał w hotelu, bo Polacy to antysemici, jak niektórzy z nich uważają i trzeba ich nauczyć rozumu? Nie ważne. Gdy spojrzałem na niego ze szczerym i życzliwym uśmiechem  musiał  się  poczuć skrępowany, bo  przestał  mierzyć  w oprawcę,
 jednak po sekundowym namyśle pstryknął... Nie dla nas ta figura pacykarza – zbrodniarza. Odeszliśmy.
   Pewien Rosjanin, zanim zrobiono mu zdjęcie z Leninem, pogłaskał wodza po łysinie, co wszystkich wokół rozśmieszyło. Kilka osób przyglądało się nam, gdy wykonywaliśmy fotografie z Janem Pawłem II                   i Lechem Wałęsą. Wiedzieli, że to Polacy. Gdy czekałem czy jakiś obcokrajowiec zrobi sobie fotkę z Janem Pawłem, doczekałem się tylko faceta, który stanął przy Wałęsie.
     Zeszliśmy na niższą kondygnację. Ciemno, jęki, muzyka pełna grozy i ponurości, i wywołująca dreszcze. Z rozpalonej? zupy w kotle wystają ręce, trupy z odciętymi głowami, wózek pełen ciał bez głów, za kratami wisielec, jakiś bandzior, wielokrotni mordercy, gilotyna z ruchomym ostrzem na krótkim odcinku, kosz pełen odciętych głów... Wygląda to wszystko na makro makabrę. Do następnego „stanowiska” należało przejść pod gilotyną. Danusia zastanawia się, czy przejść. Biegnie do nas i w tej chwili gilotyna wykonuje ruch, lekko opada, a ona przekracza linię w tempie jakbyśmy byli daleko, a to tylko trzy kroki.
     Nie widzieliśmy innych ludzi, chociaż się o nas ocierali.
  Każdy przeżywał spotkanie z tym odtworzonym, martwym światem inaczej i nie był w tym miejscu obojętnym obserwatorem. Po tej wielkiej porcji wrażeń weszliśmy przez przypadek do baru, gdzie można zjeść nie tylko rybę z frytkami i wypić cocę. Nie mieliśmy już dużo czasu, powinniśmy zaraz wyjść do autokaru. Zjedliśmy jednak rybę z frytkami, pan Jan też coś skonsumował. Zaczęliśmy szukać drzwi wyjściowych, ale bezskutecznie. Przed nami pojawił się rząd czarnych taksówek, ciągnionych przez łańcuch. Próbowaliśmy się wycofać, ale mężczyzna z obsługi zagrodził nam drogę i wskazał na pojazdy. Doszliśmy do wniosku, że pewnie tylko w ten sposób można wydostać się na ulicę. Wsiedliśmy nieco ogłupiali i jazda... Taksa się zamknęła, przycisnął nas do siedzeń metalowy pałąk i naprzód... Obejrzeliśmy się czy jedzie z nami pan Jan. Był z tyłu kilka wózków dalej. Poruszaliśmy się pół obrotowo, aby widzieć co się wokół nas dzieje. To był Londyn rozrywkowy. Barwny, wesoły, pełen ruchomych manekinów, śpiewających i grających, skaczących i fikających koziołki. Półcienie i kolorowe światła...

Fantastyczne, ale czy zaczeka na nas autobus? Może za następnym zakrętem będziemy już wysiadać? Nie, jeszcze nie. Jeszcze jeden zakręt i przygody w dzielnicy rozrywki. Czy my cokolwiek widzimy? Migotliwy Londyn, lud bierze udział w igrzyskach.
     Wieki płyną a my w tej taksówce. To tu coś wrzeszczy, to tam zabawa i cyrkowe wygibasy. Jakaś głowa komuś spadła. Kto to był? A nasz autokar jedzie przez Londyn i płacze, bo nas w nim nie ma! Niedługo my zaczniemy ryczeć, jak ta podroż się nie skończy.
     – Ale ubaw – mówię do Danusi. Żona się śmieje.
  – Wpadliśmy, ale zobaczymy wszystko. Niektóre sceny zaskakują, coś się dzieje znienacka. Ale co? Już następna karuzela i orkiestra gra ścinanemu. Biegną konie, na Służewcu?
Matematyk Staszek kiedyś powiedział: – Trzy wydarzenia zaskakują nas znienacka: miłość, śmierć i sr…ka.  
  Nareszcie wyjeżdżamy. Wysiadamy nie narzekając, że już wyjechaliśmy z tunelu. Przy biurku siedzi woskowa pani i nam się przygląda. Już chciała coś powiedzieć, ale zastygła w postawie: „chciała”…
  – Może coś przemycamy? – mówi Danusia. – Wrażenia – odpowiada sobie.
     Przy drzwiach wyjściowych stoi facet i pilnuje porządku.
     – Ten jest prawdziwy – mówię do żony. – Właśnie, że nie, to też pan-figura.
     – Ten drugi, bo ten pierwszy... – dotykamy tego pierwszego, a on nagle zwraca twarz w moim kierunku i się uśmiecha.  
     – O, przepraszam – mówię. Nic nie zrozumiał, ale wiedział, o co chodzi.
   Już na ulicy znowu podszedł do nas Winston Churchill i powiedział: – Porozmawiamy następnym razem. Nie zdążyłem. Okazuje się, że obecnie mam więcej zajęć, niż gdy premierowałem. Poza tym mieliście państwo za dużo obrazów przed sobą, doznania zmysłowe wpijały się           w państwa z dużą chęcią. Naparstki do osłony palców nie były konieczne. Żeby mówić o wydarzeniach z historii, trzeba mieć spokój. Życzę szczęścia i zdrowia. Sto lat! Do zobaczenia za rok... dwa... dzieścia.
     – Ty pewnie myślisz, że jesteś na weselu – śmieje się żona.
I dodaje: – Teraz do domu. Jestem ciekawa zdjęcia z Beatlesami
i dworem królewskim.
     Kiedy przyszliśmy na miejsce odjazdu, zaraz obok Madame Tussaud’s, autokaru jeszcze nie było. Odetchnęliśmy z ulgą.
     Wyjechaliśmy z Londynu w sobotę około godziny 17.15. Zrobiło się słonecznie i ciepło. Jadąc autostradą, widzieliśmy na zielonych łąkach angielskie krowy, których około 120 tysięcy ma być w przyszłości wyrżniętych ze względu  na chorobę – gąbczastość  mózgu, która jest prawdopodobnie zaraźliwa dla ludzi. Pasły się również stada owiec. Z daleka wyglądały jak niewielkie kamienne głazy rozłożone na zielonym tle. Nie było jeszcze wśród nich tej jedynej, klonowanej.
     W Dover było po deszczu. O 21.00 mieliśmy prom.
Na promie w kawiarni wypiliśmy kawę wzdychając, bo to już i zrobiliśmy zakupy prezentowe w sklepie bezcłowym. Dla Joli wodę toaletową Nina Rici za 27,5 funta, dla Roberta litrową metaksę, dla nas Grants whysky, Gilberts, gin i herbatę angielską. Szpan jak pięciocalowy gwint. Dla miasta cały Londyn. Przyczepiły się też do nas hurtowo torby do pakowania. Na pamiątkę. Bardziej na pamiątkę. Było więcej ochoty niż pieniędzy, a nie dało się zamienić jednego na drugie. Wciąż łakomi na obce produkty...
   Droga powrotna nie była już tak nużąca i długa. Może się wstąpiła, specjalnie dla nas. W Piesztianach nocleg, a w niedzielę do południa – spacer i lody w kawiarni. Im bliżej domu byliśmy, tym bardziej czuliśmy się zniecierpliwieni. Londyn został na razie w tyle, gdzieś za wodą i mglistymi obrazami w wyobraźni.
     Z Chorzowa Batorego taksówką, płacąc za dużo, jak sądziliśmy.
   Zaraz po naszym powrocie zatelefonował syn z synową. Na nowo podekscytowani opowiadaliśmy zapominając o senności…
     Pierwsza noc po podróży wyszła z bajki.
   Otrzymaliśmy od Anglików wszystkie zabytki i ja je osobiście konwojowałem, martwiąc się, gdzie zostaną ustawione w Chorzowie, mniejszym nieco od Londynu. Odtąd cały świat stoi otworem, oprócz Władywostoku.

                                                                           2002