wtorek, 4 lutego 2020

Poważna zabawa

      
              


 
        Poważna zabawa


      Na komputerze chłopcy już się znają,
      klikają myszką, naciskają klawisze,
      ale nie zawsze z tego frajdę mają.
      Nie każda mysz na komputerze pisze.

      Zdarza się, że zamiast motylka
      pojawia się na ekranie czarownica,
      bo naciśnięcie klawisza to tylko chwilka
      - zamienia lwa w pokracznego panicza.

      I już mamy efekt niepożądany.
      A Kubuś mówi, że nie chce i basta,
      bo nie lubi, wolałby instrument
                                              dmuchany                                                   
      albo instrument szarpany z ciasta.

      Może też być flet, bęben, duża trąba,
      co trąbi na cały świat,
      i trąbi jakby wybuchła bomba?
      Aż zakwitnie agawy kwiat.

      Bywa, że Piotruś się stara, aby Kubuś
      nie chciał co chce, ale żeby chciał
      co widzi na ekranie, na przykład
                                     puszczyka dziubuś.
      Dziubek zamknięty na kłódkę miał.

      Wreszcie obie strony sporów nie widzą końca,
                                                                                                                 
      poszturchują klawiaturę i myszką
                                                          skaczą,
      aż komputer zdenerwowany nagle sam
                                                   się wyłącza.

    Ale czy tak jest naprawdę
                      wiedzą tylko Piotruś i Kubuś.

                                                          18.10.2003  
                                                        
                     

Orzeł

        

 

          Orzeł


          W powietrzu
         czuje się jak karp w wodzie,
         a kierowca w samochodzie,
         jak ślimak w trawie,
         a tatarak w stawie,
         jak wróbel na dachu,
         a struś z głową w piachu,
         jak malina na zielonym krzewie,
         a gruszki na gruszkowym drzewie,
         jak mysz w swojej norce,
         a turysta na Majorce,
         jak dziki zwierz w kniejach,
         a historyk w opisywanych dziejach,
         jak mama z tatą przy komputerze,
         a Piotruś z Kubusiem na rowerze.
                 
         Orzeł w locie
         to szyk, cisza i gracja.
         To marzenie o samolocie
         i nieba parcelacja.
                                              2003



czwartek, 2 stycznia 2020

Pancerniak

Pancerniak 


 Czuł się jak zwykle, zwyczajnie gorący, silny psychicznie, przygotowany na każde spotkanie w dniu, a było ich osiem. Ale był też podenerwowany, nasycony odrobiną niepewności, bo wciąż widział cylinder parowozu na głowie pewnego męczennika, osadzony przez paru nieszczęśników. Znał ich imiona i nazwiska. Oni znali jego. Nie wystąpiła potrzeba użycia słów identyfikatorów. Nie wystąpiła potrzeba uprzedzania faktów. A priori w zgodzie z sobą. On ex ante. Nie powinno być źle, myślał. Udawał się do jaskini jazgotu doskonale wyposażony. Posiadał igelitową izolację żył i tętnic, na nogach miał bawełniany oplot włóknisty. Na piersi oprzęd je-dwabny. Na głowie szczelną powłokę ołowianą, z otworami umożliwiającymi funkcjonowanie pięciu zmysłów i miejsce zapasowe na szósty. Założył też izolację od głupich uwag i dowcipów. Była to guma odporna na nieuporządkowane dźwięki, z automatycznym blokowaniem słuchu. Przedostatnią warstwę stanowił taśmowy pancerz stalowy. To na wypadek gwałtownego zetknięcia się z ostrymi przedmiotami. Pancerz mógłby zardzewieć. Jako ochronę przed działaniem szkodliwych substancji chemicznych naziemnych i podziemnych przywdział oplot włóknisty nasycony asfaltem. Do niego mogły się przyklejać jednostki o dużym stopniu agresywności. Wtedy lepiej być styczną czy sieczną? Myślał też o rzędnych i od-ciętych. Nie miał jednak zamiaru odcinać się od młodzieży, nie po to jest uzbrojony i nie po to tu przyszedł. Tak zabezpieczony wtoczył się ociężale jak pojazd pancerny do sali lekcyjnej. Czekali na niego rozfruwani kandydaci na ludzi wykształconych, przygotowywanych do zawodu, na razie ukochane istoty edukowane. Spodziewał się, że zaraz się zacznie normalna nauka, ale mogą też być zgrzyty i szczękanie uzbrojenia, tymczasem w powietrzu zaczęła błyskać trwoga, dało się też słyszeć szmery i poruszenie wśród przyborów szkolnych. Zauważył ruch komórek telefonicznych. Był na to przygoto-wany. W jednej chwili wszystkie na jego sygnał zostały zablokowane. Automatycznie zamknęły się drzwi wyjściowe. Przez chwilę panowało milczenie i konsternacja. To był moment mobilizacji. Następnie wstał młodzieniec z grupy hip-hopowej i powiedział, że wie, o co chodzi. – Czy chcecie uczestniczyć w procesie, który nazywa się nauczaniem? – zapytał nauczyciel. Czujniki nastroju, skupienia i łagodności w jego opancerzeniu zaczęły go informować o powstaniu zwyczajnych, sprzyjających warunków fizycznych i umysłowych do nauki. Zapytał wówczas o temat, nie dodając, że właśnie jest pomocą naukową, którą wykorzysta do upoglądowienia lekcji. Na oczach uczniów, gdy zaczął posługiwać się fachowym słownictwem, rozpoczął rozbrajanie. Zapanowało zaskakujące zaciekawienie, a uczniowski śmiech zgromadzony w kącikach ust lekko powiewającej młodzieży nie miał odwagi wydostać się na zewnątrz. Słychać było coraz głośniejszy chrzęst zdejmowanej zbroi, odpowiednio otwieranej, rozwijanej i rozkładanej. Nauczyciel stawał się coraz mniej podobny do robota. Najbardziej domyślny i odważny uczeń napisał na tablicy temat Budowa i zastosowanie kabli. 
 Już w czasie przerwy międzylekcyjnej Małgorzata Matylda opowiedziała o zdarzeniu i swoim koledze w pokoju nauczycielskim, kończąc informację zdaniem: – Widziałam, taki jest Celestyn Maj. Nikt się nie odezwał i za bardzo się nie zdziwił, bo to teraz normalne: profesor od geografii Walek Strumyk poszedł na lekcję geografii jako globus, a historyk Gębosław Rzepa przebrał się za Bolesława Chrobrego i wymachiwał mieczem. Matematyk Bronek Morga przebrał się za Talesa z Miletu i dziwnie nikt go nie rozpoznał. W szkole średniej za Talesa? Czyli synonim czego? – Nie mówcie mi o Euklidesie – dało się słyszeć, gdy wszedł do szkoły drugi matematyk, Marcin Wrzos, cały Łobaczewski w Gaussach.

środa, 25 grudnia 2019

Słowiańska choinka

Słowiańska choinka Listopad otarł ostatnią łzę melancholii, Nadszedł czas oczekiwania Na ponowne przyjście Zbawiciela, z woli Pana i na roraty ku czci Marii Panny. Ostatnie takie, niewielkie chaty sprzed lat Kryte strzechą, stanęły w naszym skansenie, Przed Bożym Narodzeniem tamten świat, Gliniana polepa, na stołach białe obrusy. Pod sufitem nad stołem podłaźniczka – czub jodły, nie, świerka, może sosny, Widzę jemiołę, to nie łasiczka, Przypięta od belki w dół. Opada zielony strój, cierpi za czyje grzechy Jałowiec powieszony za czub? Wśród igliwia rajskie jabłuszka i orzechy, Pierniki i łańcuchy z główek lnu. Z kolorowego papieru wycinanki, W różne wzory opłatki, Ptaszki, słodycze z własnej zachcianki, Anielskie włosy i aniołki. Święty Mikołaj, gwiazdki z cynfolii, Gwiazda Betlejemska, szyszki, Roziskrzone oczy dzieci, aż głowa boli. Białe od mrozu szyby okien. W narożniku izby postawiony snop owsa, Przy stole rodzina pełna nadziei, Modlitwa od trosk zdrowsza, Wzruszenie i opłatkowy splot życzeń. Pastorałki i kolędy – radości mistrzynie, Powitanie Nowonarodzonego Jezusa o północy, rozświetlone świątynie, Życie w nowych blaskach. 2012

wtorek, 10 grudnia 2019

Święta Barbara

Święta Barbara Witamy Cię z serca święta Barbaro - patronko chorzowskiej pięknie odnowionej świątyni z piaskowca 1 Pierwszy raz usłyszałem o Tobie w kopalnianej cechowni Dowiedziałem się że jesteś nie tylko patronką górników Wtedy nie było Cię tam ale górnicy chcieli mieć Barbórkę w miejscu spotkań i żądanie ich spełniono 2 Potem w świątyni pod Twoim wezwaniem gdy trwało odnawianie jej wnętrza braliśmy z żoną ślub 3 Tak od półtora wieku przed Twoim obliczem stajemy się światłoczułą emulsją utrwalającą w pamięci obrazy kolejnych pokoleń parafian skupionych w modlitwie 4 Ty piękna córka Dioskura który był bogaty ale nie znał Boga doskonale rozumiałaś Orygenesa z Aleksandrii i przyjęłaś chrzest - zaślubiłaś czystość serca Rozgniewany ojciec zamknął Cię w wieży samotności i cierpienia ale nie wyrzekłaś się wiary Sprawiano Ci okrutny ból a Anioł leczył Twoje rany udzielił Komunii świętej Tortury nie zmusiły Cię do powrotu w pogaństwo Sędzia wydał okrutny rozkaz a rodzic go wykonał plamiąc swoją duszę krwią własnego dziecka Gdy Dioskur odłożył zbrodniczy miecz śmiercionośny piorun rzucił go w otchłań Mówią że był to 305 rok po narodzeniu Chrystusa gdy wiara potężniała i rosły szeregi dusz jak kryształ 5 Wzruszająca legenda która nas uzbraja w miłość i napełnia zapałem nie tylko w niedzielę podczas mszy świętej i mobilizuje do przeciwstawiania się niesprawiedliwościom 6 Święta Barbaro protektorko tych którzy nagle mogą stracić życie którzy oddani pod Twoją opiekę z ufnością wykonują swoją pracę Oni pod Twoją osłoną ponad kruchością istnienia w urokach każdej chwili życia w świetle i w ciemnościach skutecznie pokonują żywioły Odczuwamy Twoją obecność również w mniejszych sprawach gdy się do Ciebie zwracamy 7 Z Tobą otwieramy bramę do kolejnego dnia nawet szyfrem z modlitwy bo wierzymy że potrafimy sięgać głębiej i możemy pójść dalej Nasze ciepłe spojrzenia i pieśni do Ciebie są podziękowaniem 16.09.08

piątek, 15 listopada 2019

Pomocnik z rogoży

„ Turbin”

  Pomocnik z rogoży
Opowiadanie

     Przede mną optymistyczne perspektywy. Nawet krzesła podchodziły do mnie i prosiły bym usiadł, a podłoga w kuchni nieruchomiała gdy zaczynałem rozmowę z wnukiem, chociaż do tej pory zachowywała się niepewnie. Dodatkowo dmucham na zimne – trzymam w ręce pompę powietrzną. Może zdziecinniałem z radości. To od tego pomysłu powrotu wstecz do lat jak poświata księżycowa. Wydawało się, że pozostało we mnie tylko to wyplatanie koszy z rogoży, to łączenie osnowy i wątku, wykończanie toreb, przyprawianie uchwytów, magazynowanie i sprzedaż, a jesienią wyprawa z ojcem na szerokie wody jezior i cięcie rogoży, tej pałki nie milicyjnej, lecz wodnej skróconą kosą o przedłużonym kosisku. A tu niespodziewanie jeszcze jest inaczej. Budzenie niespotykanego zawodu rogożowego koszykarza. Ojciec mawiał, że gdybyśmy mieli pewność co do długoletniej popularności tych produktów, czasem artystycznych rękodzieł, to takie chałupnictwo byłoby świetnym zawodem. Siedzisz w domu z całą rodziną, śpiewasz piosenki, dyskutujesz o formach życia na Ziemi, o Kosmosie jako takim i formach ustroju socjalistycznego, do którego wplatasz demokrację wbrew woli tego tam... a nie takim jako pustej przestrzeni (nie wiesz tylko czy to wątek czy na razie osnowa), gromadzisz gotowe wyroby w magazynie, wywozisz na targowisko, ludzie się za nimi rozbijają, sprzedajesz po dobrej cenie i żyjesz jak socjalistyczny lord, bo demokracja wciąż za horyzontem. Pod warunkiem, że stalinizm, już rozpędzony do dwóch machów ląduje w. Ale w czasach lamp naftowych w chatach pod strzechą psuć oczy przy koszatkach, jak je nazywamy i nie czytać dobrych książek stos… to grzech, prawda? – mówił tata. – W każdym razie masz już fach, chociaż jesteś jeszcze smarkaty – dodawał na zakończenie wywodu.    
     To dzięki wnukowi odbyło się odkopywanie i przeszukiwanie, a może i przesłuchiwanie tej zapyziałej dawności. Przeszłość u każdego jest jak liście… które każdej jesieni wędrują na ziemię… Tomek jest uczniem drugiej klasy licealnej i oprócz tego, że jest dobrym matematykiem, lubi język polski, ma czwórkę z angielskiego, pasjonuje się historią i muzyką. Żeby się wypowiedzieć dogłębnie i mieć własne zdanie, chociażby o kawałku dziejów, postanowił napisać esej historyczny. To pod wpływem zachęty swojego nauczyciela historyka. Ten doradził młodzieży rozmowę z dziadkami. Wykorzystajcie babcie i dziadków. Niech wam opowiedzą  o swoich latach młodości. To będzie zapewne kawał ciekawej, nieznanej historii. Niech się nie zmarnuje – zachęcał. Wtedy Tomek zwrócił się do mnie i poprosił, abym mu opowiedział, jak zaczynałem moją naukę i co się wtedy działo wokół mnie. Zaskoczony, uśmiechnąłem się. Nikt nigdy nie interesował się taką przeszłością. Pan profesor ma rację. Może szkoda tych opadających liści, niechby jeszcze trochę pobyły w jakimś albumie.
     – Nic się nie bój, mówił, potrafię już słuchać. Możemy urządzić kilka sesji. Przygotuję notatnik, kamerę z dodatkowym mikrofonem. Ty będziesz opowiadał, jak chcesz, szczegółowo, to, co przyjdzie do ciebie albo podjedzie… Wiem już trochę, a chcę wiedzieć więcej, żeby to nie była wciąż mgławica, chodzi mi też o twoje pierwsze miasto. Co? Chcesz? Opowiesz?
     – Na pewno chcę. Może tylko wyliczymy fakty?
     – Możesz je okrasić pikantnymi przygodami, jeżeli takie znasz.
     – Myślisz, że mam?
     – Jak pomyślę, to co ja widzę? Drzewa w lesie i z daleka niskie domy, jakby dachy oparte o pola upraw rolnych. Wieczorem żółte okna od światła lamp naftowych. Szczekają psy. Pewnego dnia wiejska droga, potem kamienista szosa, dworzec kolejowy, pociąg, para na peronie, lokomotywa zabiera wagony w podróż. I oddalanie się w kierunku miejsca, którego nigdy nie widziałem dotąd. Jak zmierzanie do oazy szczęścia. Podniecony i niepewny spodziewałem się tylko miłych i pięknych przygód.
     Świadectwo ukończenia siedmiu klas szkoły podstawowej otrzymałem 23 czerwca 1950 roku. Już wybrałem zawód: będę elektromonterem, bo chcę, aby w mojej wsi jak najszybciej było światło elektryczne. Ta naiwna mrzonka cieszyła rodziców i uśmiechając się aprobowali pomysł.
     W niedzielę 25 czerwca 1950 roku armia Korei Północnej, nasycona obcymi, wkroczyła na obszar Korei Południowej i wybuchła wojna. Zajęty został Seul. Czekałem z ojcem na pociąg na dworcu w Trzemesznie. Tu ojciec spotkał znajomego, Teodora Robaszkiewicza z Niewolna. Gdy pan Teodor usłyszał, że syn Roberta jedzie do Gorzowa Wielkopolskiego na egzamin, od razu zwątpił w sens takiej podróży. – Nie boisz się tak daleko od domu wywozić syna? Lada chwila może wybuchnąć trzecia wojna światowa. – Zanim wojna dotrze do nas, to Liwiusz zdąży wrócić do domu.
     Zawsze ludziom wydawało się, że najbezpieczniej jest w domu. Teodor powiedział, że on tak daleko od domu by dziecka nie zostawił samego.
     Pierwszy tak daleki wyjazd, to prawda. Dziewiczy rejs w nieznane. A u celu prowizoryczny dworzec w mieście nad Wartą, zniszczone mosty, zniszczona katedra, odgruzowywane place po zburzonych budynkach, okaleczony teatr, ślady pocisków w murach domów, od podstaw rozpoczęta budowa elektrowni i fabryki włókiem sztucznych… Pracy na pół wieku. Ulica Kosynierów Gdyńskich 22. Internat, stołówka w suterenie, zajęcia dydaktyczne na parterze                  i piętrze. Gdy egzamin z polskiego i matematyki się skończył, chodziliśmy z ojcem po mieście. Zapamiętałem drewniany most na Warcie. Wtedy dużo było pierwszy raz. Pierwszy raz widziałem rzekę…
    Wnet nadleciał wrzesień. Przepełniony internat. Jeden drugiemu przeszkadzał. Szybko miejscy chłopcy rozpoznali tych ze wsi. – Pewnie masz w domu lampę naftową? Zaraz wiedziałem. Chłopaki, tu są tacy z lampami naftowymi.
A w nocy ci nadymani biegali po salach z kocami i paskami, nakrywali wybrane ofiary i bili, potem zwiewali. Trwało to przez kilka nocy, aż wychowawca ich ujarzmił. Ci z poznańskich wsi zebrali się razem i w odwecie zaczęli przedrzeźniać tych zza Buga. Przeciągali słowa, zmiękczali je i pokwikiwali. Za długo tego nie mogli robić, bo tych zza Buga było więcej. Po paru miesiącach tak się doszlifowaliśmy, że zakwitła przyjaźń.
     Wciąż nie bardzo wiedzieliśmy, kim będziemy z zawodu. Jesienią wykopki w pegeerze w okolicach Gorzowa, może w pobliżu Jeninka, do którego z Gołąbek wyjechało zaraz po wojnie osiem rodzin. Pochmurne niebo, jesienny ziąb. Uczniowie w drelichach pod krzakami. Traktor zabiera przyczepę z ziemniakami, konie powiozły kolejne kwintale ziemniaków do bazy. Chłopcy pocieszali się papierosami sport.
      Ślusarnię uruchomiono przy ulicy Żukowa 32, jeszcze w remontowanym budynku dawnej ubezpieczalni poniemieckiej z 1918 roku. W klasie pierwszej nauka ślusarstwa, tokarstwa i pracy w kuźni. Jak prawidłowo piłować, wiercić, toczyć i kuć. Piłować, to znaczy też się uczyć. Równa płaszczyzna do setnej części „malumetra” – mówił majster i został „malumetrem”. – Ucz się przyjacielu, nie pożałujesz – powiedział pan Stanisław Rawski, matematyk i wychowawca klasy.
     Tomek poruszył się niespokojnie na krześle.
     – Na początku na pewno żałowałeś, że wybrałeś taką szkołę.
     – Bardzo. Ale rodzice nauczyli mnie, że jak się coś zaczyna, to należy to dokończyć. Wytrzymałem więc i wtedy, gdy Janek uciekł z tej szkoły.
     Wykonywaliśmy już przecinaki, wycinaki, macaki – chłopcy żartowali, że do macania kur – kombinerki, młotki, małe klucze francuskie, które posiadały długość około piętnastu centymetrów.
     – Musisz mi pokazać te narzędzia, może na następnej sesji. To są dla mnie całkowicie obce pojęcia.
     – To tak, jak dla mnie kiedyś aplikacja, portal, blog, plik, domena, zakładka… Wszystkiego można się… Klucz francuski to narzędzie wymagające dokładnej obróbki, z moletowaną - nacinaną długą częścią ruchomą, które wykonywali najlepsi. Nauczyciel zawodu pilnował ich jak oka w głowie. Mimo to pewnego razu jeden z kluczy zniknął i rozpoczęły się posadzenia o przywłaszczenie i poszukiwania. – Kto to zrobił? – pytał spokojnie pan „malumetr”. – Jak się przyzna, to obniżę zachowanie do dostatecznego i nic więcej. Ale jeżeli nie, to będziemy szukać i prowadzić śledztwo. Na razie nawet nie mamy żadnej poszlaki. Wiecie, co to znaczy? Nie? To nawet lepiej. Prawo wymaga dowodów, żeby zastosować karę. Ale jeśli się nie da tego zrobić, to może zastosujemy odpowiedzialność zbiorową, co? Nie pójdziemy do sędziego, nie on będzie decydował. Zobaczymy, jak sprawa będzie się rozkręcać. Jeżeli emocje nie opadną, klucz się nie znajdzie, to podejmiemy decyzję według zwyczajów ateńskich. Wtedy polecą głowy… Zastosujemy wyrok na podstawie stopnia zagniewania ludu odpowiedzialnego za nauczanie. Wiecie, że to niesprawiedliwe?
            Chłopcy tak się przejęli, że sam nie wiem jak to się stało, ale pan nauczyciel znalazł klucz  w ubikacji. Ktoś mu pomógł... Do klasy powiedział: – Cenię odwagę. Ten, kto to zrobił, do takich nie należy. Szkoda.
            Pomyślałem, że może nikt klucza nie ukradł?
            Najbardziej romantyczna praktyka miała miejsce w kuźni. Na ogół Hefajstos był zadowolony. Ważne jest ognisko kowalskie. Pociągaliśmy na zmianę z kolegami za łańcuch, a dmuchawa wprowadzała powietrze w rozpalony koks, w którego żarze grzały się stalowe materiały do kucia. Majster mówił, że w ten sposób nabiera się krzepy i umiejętności obchodzenia się z młotem, bo takim dwu-trzykilogramowym narzędziem można wykuć nawet drobne przedmioty i instruktor tego nas uczył. Majster trzymał rozgrzaną stal wielkimi szczypcami, w drugiej ręce mały młotek i wystukiwał rytm pracy. Kuliśmy we dwóch kawał rozgrzanej stali, na przemian uderzając… Potrafiliśmy odkuć drobne przedmioty. Tylko koni nie podkuwaliśmy. Do kuźni i obrabiarek szło się i szło się aż pod koszary radzieckie.
            – Kuźnie to już przeżytek. Widziałem kuźnię muzeum – wtrącił Tomek.
            – Ręczne na pewno, mechaniczne potrzebne. A pierwszą ocenę, jaką otrzymałem z klasówki z termodynamiki, to było u dyrektora szkoły inż. Dembińskiego Bolesława, to trzy na szynach, a dyrektor na to: – Tylko nigdzie nie wyjeżdżaj, zlikwiduj te szyny.   
     Pierwszy przyjazd do domu na Boże Narodzenie to sama egzotyka. Ciemna wieś, stół kuchenny jakby zmalał, rodzice i siostry tacy inni… Musiałem się przyzwyczaić. Tamte święta miały wyjątkowy smak pierników, strucli i pachnących czerwonych jabłuszek, zawieszonych na świerkowej choince. Z mosiężnych nakrętek wykonałem trzy pierścionki, dwa dla sióstr i jeden dla siebie oraz mały młotek, który podarowałem ojcu. Dla mamy nic nie miałem. Uściskałem ją i się rozpłakałem. Starsza siostra, Krysia, szybko postawiła mnie na nogi: – Taki stary koń i beczy. Cieszyłem się, że już coś więcej potrafię, niż tylko wyplatanie koszy.  
     Chodziliśmy na mecze bokserskie do czerwonych koszar na wzgórzu, naprzeciw szkoły. Niektórzy trenowali boks i brali udział w meczach pierwszego kroku. W pierwszej klasie jeszcze Stefan Gorący, z mojej klasy Samaro, Stefek Kijek… U Jędrzeja Gajslera nauczyłem się pisać na starej maszynie. To był wyczyn… A wiesz, w obecnej szkole przy Dąbrowskiego nie ma po mnie śladu. Jakbym nie został pomocnikiem maszynisty turbinowego.
     Nowy rok szkolny, zamieszkaliśmy w internacie na IV piętrze przy ulicy Żukowa; sypialnie powstały między szafami. Swoboda i szczury. Szczur w szafce, którego musiałem komuś oddać. Na podwórku pełnym gruzów, szczurów jak połamanych cegieł. W ścianach budynków otwory po pociskach. Za murem felczerzy. Teraz do poprzedniego budynku szkolnego przy Kosynierów Gdyńskich 22 chodziliśmy tylko na posiłki.
     Lekcje odbywały się również w odremontowanym gmachu. Słuchasz?
      –  Słucham. Opowiadaj.
      – Tuż obok nowej starej szkoły na głębokość piwnicy ruina po wojennych grzmotach. Wychowawca już wiedział, że za kilka lat w tym miejscu będzie sala gimnastyczna i nowy budynek. A patrząc na sterty książek w urządzanej bibliotece, wziąłem się za ich porządkowanie,   co pozwoliło mi odpłynąć na kilka tygodni od trudniejszych dni.
     Na praktykę do elektrowni jeździliśmy ciężarówką pod plandeką. Gdy zimą się spóźniła marzliśmy przy łaźni miejskiej. W 1951 roku był już czynny pierwszy turbogenerator. Pracowaliśmy przy montażu kotłów, wiercąc otwory w kołnierzach rurociągów – naciskaliśmy deską na ciężką wiertarkę ręczną, a majster trzymał ją we właściwym miejscu. Ale w maszynowni było lżej, odpisywaliśmy z przyrządów pomiarowych: napięcie elektryczne, prąd obciążenia, częstotliwość, moc czynną i bierną. Zaciekawiła nas budowa turbiny i generatora. Kopaliśmy też rowy kablowe, układaliśmy kable. Z Januszem Wróblewskim kąpaliśmy się w drewnianej chłodni kominowej elektrowni, narażając się na niebezpieczeństwo i reprymendę ze strony opiekunów. – Gdzie was tam diabli noszą! Ja się nazywacie? Nawet się nie obejrzeliśmy za siebie, znikliśmy w kotłowni między rurami. Zdarzały się też dni fachowo jałowe. Rozładowywaliśmy wagony z zielonej cykorii na rampach magazynów nad rzeką, a także wagony z cegłą. Pozdzieraliśmy opuszki palców, bo wtedy rękawice ochronne w pracy były kapitalistycznym przeżytkiem. Robotę wykonuje się własnymi, gołymi rękami.
      Z gruzów powstawała fabryka włókien sztucznych „Stilon”, też zdemontowana, budowana   od podstaw. W tym samym budynku, wspólnym z naszą szkołą, otwarto technikum chemiczne, by przygotować kadrę pracowników dla „Stilonu”.
     Co robiliśmy po lekcjach? Nie byliśmy ani razu w czynnym już teatrze. O nim opowiadał nam Jędrzej Gajsler, który mieszkał w pobliżu jeszcze chorego budynku. Do kina Słońce chodziliśmy nie tylko na filmy radzieckie „Młodzi marynarze” i „Na Berlin”. Wydawało mi się, że marynarze zeszli do nas z ekranu, a pociski z filmu o szturmie Berlina latały po sali kinowej. Chodziliśmy też za Wartę do Capitolu. Za Wartę do sali roszarni wybieraliśmy się ukradkiem na zabawy zakładowe, drżąc przed karą po dwudziestej drugiej. Boi się, ale broi...
     Pierwszy raz w życiu jechałem tramwajem, ulicą Chrobrego, na oddanej do użytku, jedynej  linii tramwajowej, był 1951 rok. Na nowy most przekazany do gorzowianom w 1951 roku, poprzedni wysadzony przez Niemców, którzy cofali się za Wartę przed oddziałami radzieckimi, wchodziliśmy jak na statek. Nie wiem czemu statek. Ale nadal tkwiło w rzece przęsło zburzonego mostu kolejowego. 
     Na pierwszego maja, kiedy pierwszy raz zaczął ukazywać się „Sztandar Młodych”, z grupą kolegów wyznaczeni zostaliśmy do jego sprzedaży. Wtedy był cały czerwony. No i śpiewaliśmy „Tysiące rąk, miliony rąk”, piosenki o pierwszym maju i radzieckie, o lotnikach „Awiamarsz”, „Kalinka”…
     – To są piosenki, które już nie żyją… Tak słyszałem, nie znam.
     – Wiesz, nie dziwię się, Tomek, nie dziwię. Na budynku i w oknie wielka czwórka twórców komunizmu. Na dachu szkoły oświetlona żarówkami czwórka twórców idei komunizmu. Oni byli religią. Narysowaliśmy wodzów na brystolu formatu zero, wyświetlając zdjęcie przez episkop. Nasza świadomość popełnionych złych czynów przez tych dwóch z końca była prawie równa zeru.
      – Moja też, co do tego tematu, ale może warto wiedzieć – dodaje Tomek.
      – Od ojca wiedziałem o zagarnięciu ziem wschodnich Polski przez Związek Radziecki i że zachód nas sprzedał. A kolega z klasy Janusz Król uświadomił kilku z nas, że w Katyniu zamordowano polskich oficerów. Nie w pełni rozumieliśmy, co się stało. Czytaliśmy Nikołaja Ostrowskiego „Jak hartowała się stal” – ja to robiłem pod okienkiem do wydawania posiłków, gdzie pełniłem dyżur. Nie obeszło się też bez Borysa Polewoja „Opowieści o prawdziwym człowieku”. Nic nam w niczym nie przeszkadzało. Młodość chadzała własnymi szlakami, wznosząc się chwilami nad gorzowskie wzgórza. W kuchni przy okazji dyżuru można było najeść się budyniu. Na obiad często były dorsze. Nie ceniłem tej ryby. Była tania, powszechnie dostępna. W domu woleliśmy szczupaki, węgorze z pobliskich jezior, kupowane od rybaków. Wtedy było jeszcze sporo ryb w jeziorach. Kapuśniak czuliśmy z daleka. Na śniadanie dziesięć deko kiełbasy i masło. Na kolację marmolada, kawa z mlekiem, a ojciec mówił, że mam chodzić do baru i pić mleko.
    Niespodziewanie przyjacielskie zaproszenie do Jeninka. Na targu, na którym się znalazłem, nie wiem w jakim celu, spotkałem kolegę z dzieciństwa, Zygmunta Grzegorzewicza.
W najbliższą niedzielę od spotkania pojechałem do niego pociągiem, dziwiąc się stacji na wsi.
Do południa obowiązywała w niedzielę nauka własna i do kościoła nie chodziliśmy, natomiast po południu mieliśmy czas wolny. Wróciłem z wiejskiej zabawy w stanie po spożyciu, co dla młodego chłopaka nie oznaczało wcale pół litra, tylko ćwiartkę na dwóch. Obeszło się bez konsekwencji.
     Pierwsze zajęcia z kotłów i turbin były dla mnie zabawne, bo kocioł kojarzył mi się z saganem stojącym w domu na piecu kuchennym, w którym mama gotowała białą bieliznę, gdy prała. A tymczasem chodziło o kocioł walczak i cały system rur z parą, przegrzewanych ciepłem z paleniska. A turbina jak mnie brała. W dzieciństwie budowałem wiatraki i samoloty, to coś wiedziałem. Zasada ta sama. Dmuchać i niech się śmigi kręcą. A tu łopatki ruchome, łopatki kierownicze…
    Zdarzyło się, że spałem w Parku Wiosny Ludów nad stawem, w którym pływały biało kwitnące grządziele. Park był ogrodzony i zamykany na noc. Pociąg miałem dopiero nad ranem. Czułem się jak nad jeziorem w Gołąbkach.
     Byliśmy też iluzjonistami, wymarzyliśmy sobie w kilku model parowozu, widzieliśmy już  jak się zatrzymuje przed nami. Gorzej było z jego wykonaniem. Rozpoczęliśmy i zakończyliśmy, bez powodzenia. Na uczniów to zbyt wielki trud techniczny.   
      Niektórzy zwiedzali stary niemiecki cmentarz. Nakryli przypadkowo hieny cmentarne, którym się udało ukraść zmarłym kilka sztuk złota, ale chłopcy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Zatrzymali się dopiero na moście na Kłodawce.
     W drugiej klasie chodziłem na kurs prawa jazdy i go ukończyłem. To mogło się przydać  w wojsku. Jazdy mieliśmy w kierunku elektrowni. Dekawka się psuła, instruktor się pocił i denerwował. Rozruch trudny, bo jeszcze na korbę. Droga wyłupiasta. Tylko ta dekawka i my w czwórkę z instruktorem.  
     Od jesieni 1951 roku, gdy tor żużlowy już okrzepł i były miejsca dla widzów chodziliśmy na zawody żużlowe gorzowskiego KS Stal. Na jednym z nich zawodnik za wygranie zawodów otrzymał adapter…
     – Nawet widziałem… To znaczy widziałem prawdziwy stadion do zawodów żużlowych, jak byłem z babcią w Gorzowie – pochwalił się Tomek.
     – Nie mówiłeś mi o tym. No… Aż nagle nadszedł koniec roku szkolnego i otrzymałem świadectwo ukończenia szkoły zawodowej w zawodzie pomocnik maszynisty turbinowego. Śmiałem się łzawiąc, że będę mógł wybudować na wsi elektrownię i będę obsługiwał turbogenerator dostarczający prąd do oświetlenia mojej wsi. 
     W końcu miałem dylemat: Zostać w Gorzowie i od razu pracować w elektrowni czy uczyć się dalej? Ale gdzie mieszkać? Musiałbym opuścić internat i wynająć na mieście pokój. Przez pewien czas chodziłem z tym problemem. Przede wszystkim już tak bardzo nie czułem się zawiedziony, że nie zostałem elektromonterem, ale ta myśl nie przestała działać.
     Nie wiadomo, gdzie w końcu jest twoja meta, myślałem. To miasto będzie rozkwitać i na pewno masz szansę, bo tu jest dużo do zrobienia.
     Tomek nic nie mówił, gdy skończyłem. Zamyślił się, nie wiem dlaczego. Może mnie szukał gdzieś w Gorzowie Wielkopolskim? Kilka ładnych lat temu był w tym mieście z babcią Natalią i innymi nauczycielami na konkursie pianistycznym i przebywali w hotelu Mieszko, a uczennica babci Natalii zdobyła wyróżnienie. Nie znalazł mnie. A co będzie z tym nagraniem? Pytam nie oczekując odpowiedzi. Moja pamięć pokryła się rosą, nie potrafiła stać się cudotwórczynią, źródłem fizycznej, dawnej obecności.
     – Tyle ci naopowiadałem…
     – Najważniejsze są twoje osobiste przeżycia i te niespotykane już wydarzenia… zupełnie co innego. Mam pomysł na mój tekst. Uzupełnimy następnym razem. Przygotuję kilka pytań. Enter. Zgadzasz się?
  
                                                                                             2015




piątek, 18 października 2019

W cieniu piramid



 W cieniu piramid


     Po latach politycznej i urzędowej zatwardziałości, niewielkich możliwościach na wzloty i wyloty, nadeszła pora wyrojenia się z dziupli, przy wciąż rosnących i stresujących emocjach.
Było przebudzenie i kilka zachłyśnięć swobodą i szansami, było jakby przebaczenie, rozluźniły się hamulce i człowiek rozbiegał się, czasem przekraczając obowiązujące normy. Całość rżnięto nierówno, większe kęsy ładowano na zupełnie prywatne środki transportu, poruszające się w kierunku wiadomym tylko wtajemniczonym; natchnieni i nawiedzeni podnosili głos, lecz kombi byli głusi i sprytni.
     Mimo wściekłości wykpionych mas ludu pracującego miast i wsi, zaczęła wzrastać chęć poznania świata leżącego poza najbliższym parkanem, miastem i dawniej szczelną granicą.
     Narody wschodniej części Europy ruszyły na turystyczne szlaki, najpierw po niedawno zakazanej Europie zachodniej, a potem   chciały zobaczyć Rów Mariański, Mont Everest, albo najwyższy na świecie wodospad w Wenezueli, na pewno także Nowy Jork, może Jezioro Wiktoria i Wyspę Robinsona Cruzoe, i kto wie czy nie Księżyc... Rozhulali się i nadal się rozjeżdżają. Może być. Wybór jest nieskończony, podniecający i niezbyt trudny.

     Weźmy na przykład starożytność. Starożytność najstarszą. 

     Można się rozczytywać, zaczytywać, zastudiowywać i zamarzyć na całą szerokość życia. Rozmarzeni od razu widzimy Gizę... i wdrapujemy się na piramidę Chafre, pomijając trzy mniejsze piramidy królowych, i z niej skaczemy na olbrzymiego sfinksa z głową Chafre... Potem wypływamy z Asuanu w kierunku Luksoru. Już nie czujemy wydatku 2500 zł. na osobę za czas pobytu i pływania po Nilu. Gapimy się na zachodni brzeg świętej rzeki, podziwiamy palmy, dalej skały i zabudowania mijanych wiosek.  W Karnaku zapieramy w sobie dech, chodząc po olbrzymiej świątyni Amona-Re. Tu jesteśmy mali. Wielkie pylony i olbrzymia sala hypoksydowa ze 134 kolumnami w 16 rzędach, pokrytymi wypukłymi reliefami, powalają nas z nóg i dopiero w alei świętych baranów wracamy do siebie. Przechodzimy do świątyni Ptaha, z uwagą obserwujemy bóstwo... I już czeka na nas Edfu i jeszcze na dodatek śni się nam wysepka Elefantyna. Już dawno zapomnieliśmy o politycznym zakrzywieniu, urzeczeni i zmęczeni. Zakazany świat, teraz szeroko otwarty, jest kuszeniem na pustyni.
Przewodnik usiadł na stopniach klekocącego silnika. Spocony popatrzył na wielkość cienia i skrył się za autokarem.
Pierwsza faza za nami. Czytanie to jednak nie to samo, co...

    Trzeba się zastanowić nad tym nieprzebranym bogactwem przeszłości. Zbyt piękne, by przestraszyć się terrorystycznej niechęci. Słychać głosy: Nie tak szybko do przodu. Gdzieś strzelają. Nie pamiętasz. W 1997 roku, w pobliżu posągów pięknej królowej Hatszepsut, córki Totmesa I, patrzącej w dal ponad wszystkimi dobrami świata i ludzkimi nieszczęściami, terroryści zastrzelili dziesiątki zachodnich turystów...
I ty chcesz tam... Ich nic nie obchodził fakt, że piękna królowa zorganizowała wyprawę do kraju Puntu po drewno, kość słoniową, niewolników i dobra, które miały pomóc w rozwoju gospodarczym Egiptu. Oni nawet nie wiedzieli, że taka królowa istniała, że zorganizowała wyprawę. Ich nie obchodziła świątynia i posągi królowej XVIII dynastii. Ważne, że te skały na ziemi egipskiej są bezczeszczone przez grzesznych z zachodu i z tym trzeba skończyć.

     Paweł z Darią doszli do przekonania, że można by jednak trochę więcej czasu przeznaczyć na studiowanie i wybór, byleby nie było w nim zbyt dużo wiadomości złego, które mogą rozkładać nasz system wartości i budzący się entuzjazm. Wystarczyłoby wiedzieć dokąd i po co, a resztę skonsumować na miejscu. Daria by tak chciała.
W pewnym momencie poczuli się więc jak w restauracji. Przydałoby się trochę chronologii geograficznej.
Weźmy menu. Co tam dzisiaj mamy?
     Wołanie wewnętrzne: Odkrywajcie zamierzchłość samodzielnie, namacalnie, nie przez książki, przewodniki czy lekcje historii, nie przez internet, czy przez to, co wam opowiadają znajomi, którzy tam byli, widzieli piasek pustyni, leżeli na plażach pod lazurowym niebem Morza Czerwonego. Piramidy znają z przewodników, bo mieli ochotę tylko na odkrywanie kolorowych raf, przy których z wrażenia pogubili w wodzie protezy zębowe, natomiast nie zauważyli piramid; one są tak wielkie, że ich nawet nie widać. Same nudne skały, a co nudne, nudne także w opowieściach, dlatego nie ma w nich niczego godnego uwagi, i one wskutek tego nie przebijają się do oczu. I tak wysiłek tysięcy robotników pierzchł razem z myślą. To tak, jakby ktoś pojechał tam... by oglądać cmentarz, starą fabrykę... A po co. A to, że jeden blok skalny waży dwie i pół tony? To miał być żart?

    Może odkryj starożytność, jakby ktoś otwierał drzwi: otwierasz, patrzysz a tu tyle cudów... Tymczasem chodzące, realne obiekty weszły do wody i pochowały wypukłości... ale i tak na plaży masa ciał... i przygody w hotelach... Pożądanie i odrobina lęku. Nie żadne bloki skalne.
I te napiwki! Napiwki. To bakszysz. Za każdy krok na tej ziemi, za każdy ruch i obrazek!
I to podniecenie! Wysadzą coś w powietrze, czy uda się bez.
No wiesz, co za ironia. Nie, jesteś wstrętny. Jeszcze ci przerwę nie jeden raz.
Tak? Może też biuro podróży zostawić nas na lotnisku. Czyż nie jest to kuszące? Czekasz i puchniesz ze złości, bezradna i podejrzana. Przygoda na całe życie. Tego nie da się potraktować tak zwyczajnie.
Więc jedźmy, już nas wołają.
O czym ty w ogóle mówisz?

     Odkryj starożytność przez podniesienie kołdry do góry. Co widzisz? Poświeć sobie lampką nocną. No i co?
Nie tak prędko. Najpierw trzeba się zastanowić, pójść do tego biura turystycznego.
Którego?
Tego. Mają piękne, kolorowe foldery. Bierzesz do domu i już zaczynasz swoją podróż życia. Chciałeś do Nowego Jorku, ale Egipt jest bliżej. Tylko cztery godziny lotu.
Uważaj żebyś kogoś nie obraził. Bardzo łatwo.
Cały czas masz szansę zobaczyć resztki tej cywilizacji, która cię uwiodła i trzyma w kleszczach. Czy warto? Aż boli.
Zobaczysz szkielety czasów minionych, wnętrze ograbione z cennych pamiątek, tylko malowidła i reliefy... będą cię czarować i wciągać w przeszłość... tylko wielkie skały ułożone jedna na drugą, bo wielka góra prawdziwych skarbów rozpłynęła się po świecie i stała się ciszą. Milczenie wieków. Mowa wieków.
Nie zapomnij o Muzeum w Kairze.
Może udałoby się odłamać kawałek piramidy. Ze trzy centymetry sześcienne.
Grzeszysz.

A jeśli się rozczarujemy? Albo, jeśli spotkamy faraona albo Ptaha?  O czym z nimi rozmawiać. I co ty na to, moja małżonko?
Jestem za. A nawet bardzo za. Za bardzo.
Urodzona podróżniczka.
Proszę pani, zwracasz się do kierowniczki biura podróży, chciałbym do Egiptu...
Wielu chce. Jaki termin pana interesuje? Ile dni i... Najpiękniej jest nad Morzem Czerwonym.
Żona też tak uważa. Wspaniałe rafy koralowe. Podwodne widoki, ryby jak drogie kamienie.
Przelot samolotem do Hurghady, a tam autokarem do hotelu. Której kategorii? Jak najbliżej plaży?
Mogą być programy objazdowe. Specjalne wycieczki.
Po starożytności?
Właśnie mówię. Do centrum miasta 17 kilometrów, hotel, co ja mówię, chyba ze sto hoteli, to rozległe kompleksy pawilonów, także wielokondygnacyjnych budynków z pokojami dwuosobowymi i trzyosobowymi, z pełnymi wygodami, zatem i łazienkami, hotele ze sklepami pełnymi pamiątek, w pokojach telewizory, telefony (po co telefon, nie mamy tam nikogo znajomego),
książki telefoniczne w języku arabskim i angielskim, klimatyzacja, balkon lub taras, leżaki, materace, parasole, sauna, boisko sportowe, nie ma dyskietek, są dyskoteki... Mówię panu. Komórki własne. Komórka zatrzymań, obca. Siłownia, korty tenisowe, płatne... Wyżywienie atrakcyjne, normalne: śniadania, obiady i  kolacje, napoje do kolacji płatne jak na całym świecie. Szczegółowe menu? Dowie się pan na miejscu. Kawa, herbata od szesnastej do siedemnastej, przekąski, piwo i lokalne wino, napoje bezalkoholowe od dziesiątej do dwudziestej czwartej w barze...
Aha. A jak się nie zgodzi moja flora bakteryjna z tą tam i będę rzygał, biegał, bo złapie mnie biegunka i będę cierpiał?
Trzeba się przygotować do podróży. Używa się jednorazowych naczyń do napojów... Nie pije się wody z kranu. No...  Przegotowaną, ale dużo w niej chloru. Dziesięć dni gdzieś... cirka 2500 złotych, do tego doliczmy 30 dolarów za dwie wizy, bilety wstępu na dwie osoby, gdzieś 100 dolarów, 50 dolarów napiwki, też na dwie, dojazd na lotnisko w Warszawie... W Katowicach? Też.
Słońce.
Słońce jest niebezpieczne, należy używać odpowiednich kremów z filtrami. Lot. Trwa około czterech godzin.
Wiem. Tak. Przed chwilą. Naprawdę.
Taksówki jeżdżą gdzie chcą, nie potrafią pionowo, a po pochyłych piramidach nie wolno. To po pierwsze. Po drugie, ruch jest tam czterostronny. Stąd to „gdzie chcą”.
To znaczy, że każdy jedzie jak mu najwygodniej?
Prawie, chyba żeby udało mu się wjechać do innej cywilizacji... nie zważając za bardzo na tych obok i naprzeciwko, że się zderzą albo nie, i naprzód. Ale najpierw sprawę się załatwia.
Zaraz, co znaczy może dzisiaj, a może za tydzień.
Tym się nie ma co przejmować. Tam niczym się nie wolno przejmować. Trzeba po prostu być.
Kto to powiedział?
Przepraszam, ja, powiedział nieznajomy mężczyzna, czekający na swoją kolej.
Paweł zapytał: Czy pan mieszka w tym kraju? Dziwne pytanie. Mężczyzna: Mieszka pan.
I co, nie widzi pan grzęzawisk? Paweł nie czekał na odpowiedź. Zmieszał się ze zużytym powietrzem, jak wszyscy w tym lokalu a potem rzekł: 
Trudno tu się oddycha.
A kiedy facet chciał coś dodać, Paweł powiedział jeszcze byle co. Może akurat trafił w sedno. 
A jak dostać się do starożytności?
Jak to jak. Normalnie.
Rozumiem. Są też wycieczki po Nilu?
Przecież o tym mówimy. Właśnie chodzi o długą podróż po Nilu.   Sakkara, Giza, Luksor, Karnak. Fajum czy Edfu... Oczywiście. Na razie nie mamy. Poleżeć w cieniu piramid. Oczywiście. W naszych księgarniach są przewodniki. O to chodzi? Jeżeli nasz folder panu nie wystarczy można kupić przewodnik. Widziałam taki za 70 zł. Można też zajrzeć do internetu. Przez internet w głąb przeszłości.  Ktoś: Dobre. Wielu już tam się dostało i nie wracają.
A proszę pani, są tam pola uprawne na rozlewiskach Nilu? Kiedyś na brzegu Nilu rosła cibora papirus... Chciałbym coś więcej wiedzieć o egipskich chłopach czyli fellahach.
Pan jest rolnikiem? Wiem tylko tyle, że chłopi nie są zbyt zadowoleni z tamy w Asuanie. Wydawało się, że tama rozwiąże problem wylewów Nilu, że będzie można łatwo regulować poziom wody w rzece i zalewać piach i każdego robaka, kiedy się chce i jak się chce. Częściowo to prawda. Chłopi jednak nie są zadowoleni, bo tama zatrzymuje cenny, urodzajny muł, przypływający z wodą z głębi Afryki. Muł wpływał decydująco na wysokość plonów. Teraz rolnicy są zmuszeni stosować sztuczne nawozy, a co sztuczne, to wiadomo... Poza tym zmalała szerokość uprawnych gruntów nad Nilem. Zobaczy pan. Chce pan uczyć się od egipskich rolników?
Pani kierowniczka żartowała.
A czy państwa biuro turystyczne w tym czasie nie zbankrutuje?
Co pan mówi, proszę pana... Na razie nie ma o tym mowy.
Ach tak, ach tak...  To dziękuję. 
    Paweł poczuł się nieco skrępowany. „Co jest, czy rolnictwo to coś śmiesznego?” Daria nie interesuje się rolnictwem. „Jeżeli biuro nie zbankrutuje, terroryści będą odpoczywać, bakterie zasiądą przed telewizorem, to wyprawa może się udać.”
Proszę wpaść za kilka tygodni – zachęciła nie obrażona pani z biura turystycznego, będą nowe katalogi.
Możecie państwo przygotować się na luty albo marzec, wtedy w Egipcie temperatury zbliżone są do naszych. 
A krokodyle?
Trudno powiedzieć. Turystyka to poważne źródło dochodu Egiptu. To zupełnie inny... Na pewno są i odpowiednio przeszkolone krokodyle.
Rozumiem. Inny świat. Tak inny, jak nasz z dzieciństwa. Jak już skalna materia piramid i świątyń rozsypie się w pustynny pył, można nad Morze Czerwone, mając nadzieję, że nie wyparuje do tego czasu, a potem włóczyć się wśród hoteli i raf, odwracać od słońca i błękitnieć razem z niebem.
Nie sądzę, aby piramidy i świątynie starożytne szybko się pożegnały z tym światem. Ile to już tysięcy lat trwają? Zajrzę do encyklopedii...
Nie wolno używać lamp błyskowych. To ma znaczenie. W innych miejscach zabytkowych też nie wolno.
Wiem, byłem w Paryżu i tam też nie wolno, ale w muzeum wojskowości. Może boją się żeby jakaś armata nie wystrzeliła. Za fotografowanie się płaci, płaci się też wstęp... Tu i tam, a czasem tylko tam. Zachęca się, aby turyści korzystali z hoteli i plaż, chodzili do barów, kupowali w sklepach... Dawali napiwki. Napiwki. Mówiliśmy. To normalne. Napiwki zawsze i wszędzie. Przynajmniej najubożsi mają bezpośredni pożytek z turystów. Po to są turyści. Po to przyjeżdżają, aby dawać. Zatem oszczędza się zabytki. Można wynająć wielbłądy, nie wiem czy są woły, ale osły... osły...
Głównie dlatego, że tambylcy chcą zarobić. Taki jest świat.
I terroryści. A w Paryżu na placu Zgody za czasów Napoleona ustawiono obelisk Ramzesa II. Oni Napoleoni po prostu go wzięli i przywieźli do Paryża, i teraz w spisie inwentarza obelisków występuje manko. Nasz Juliusz Słowacki upomniał się o niego, to jednak nic nie dało.
To chce pan się wybrać do tej starożytności, czy szuka pan usprawiedliwienia, żeby tam nie polecieć?
I jedno i drugie. Nie wiem, co zrobić. Czy pani była, na przykład w Gizie albo w Sakkarze?
Nie. I nie wybiorę się, bo byłam aż u samej góry, w Nubii, i to mi wystarczy. Ale znam panią Eleonorę Gizę.
Ach tak. I co?
Akurat minęły dwa lata po 11 września. Jeszcze pamiętamy, tak. I w porządku. Ona widziała rozlatujące się WTC...
Wracając do, ludzie straszyli się eksplozjami, oglądali dokładnie samoloty, ale dolecieliśmy i wylecieliśmy stamtąd. Chociaż kilka tygodni później samobójcy wysadzili się w autobusie i zginęło kilkunastu turystów. Niektórzy z obieżyświatów poszli do nieba, inni czekają w przedpokoju. Ci, co spowodowali wybuch nie zdołali się poskładać i nigdzie nie można ich spotkać.

     Gdy tak się w sobie i na zewnątrz miotałeś, gotów natychmiast oderwać się od ziemi i polecieć po swojemu na egipską ziemię, by tam przyjrzeć się prawdzie na początku XXI wieku, podkręcając dość sumiastego, czarnego wąsa i gładząc policzki swojej młodości wewnątrz swojej istoty, ktoś zawołał donośnym, tubalnym głosem:
Czy godzi się być tak rozkojarzonym? Nie umiesz być prostszy? Popatrz na piramidę oczami wielbłąda. Zajrzyj do jej wnętrza, jak do tej, no, spiżarni, albo do studni. Doznasz spokoju. Doznasz równowagi. Ja nie żartuję. Byłem tylko w Algierii i nie wpadłem nawet na chwilę między egipskie bóstwa, ale rozumiem twoje rozterki. Bądź prostszy!
    Ty, Paweł z pewnej dynastii... wystraszyłeś się na całego i potarłeś po czole. Pokiwałeś głową, ale się nie rozglądałeś za Kaibukiem albo Mastehem czy wielką Izydą. Może akurat znajdowali się w domu czci, nabożności i zachwytu. Nie ważne. Szukałeś też Ainech i Noneza, bo Chuneg utknął w korku samochodowym na głównej kairskiej ulicy. Gdzieś odlegle śpiewano pieśni uwielbienia, a ciebie przy tym nie było. Myślałeś, kto to w tobie przestawia elementy nastrojów, wątpliwości, ochoty i niepewności. Szybko odkryłeś, że to znakomity Henryk Rene Albert Guy De Maupassant. „Ach to ta „Baryłeczka”... I “Bel Ami”... I „Piotr i Jan”… Kochanek opisu i realności a zarazem romantyczny, szczegółowy i doskonały. „Boże kochany, gdzie ja jestem”, myślałeś. „Jak ja mogę spojrzeć na Egipt przez oczy Maupassanta”, niepokoiłeś się jako Paweł, po żonie Furas. I usiadłeś w Parku Hutników na ławce w ogródku piwnym. Tam siedziałeś przy kuflu do późnego wieczoru. A potem wróciłeś do domu i rzekłeś do Darii:
Wiesz co, byłem z Maupassantem na piwie.
Nie, odrzekła małżonka. A kto to jest, twój znajomy z roboty? Bo chyba nie ten słynny pisarz, którego opowiadania czytałam razem z tobą w szkolnej ławce.
Właśnie, to nasz przyjaciel z lat szkolnych.
Tak? I co ci powiedział?
O to chodzi. Nic z tego nie zrozumiałem.
Przecież nie jesteś naprany.
Tak myślę. Chodzi mi o tę wycieczkę.
Powiedz, że pytałeś go, czy możemy pojechać oglądać piramidy.
A wiesz, to niezły pomysł.
Przecież on już 110 lat nie żyje.
   Podrapałeś  się po głowie.
 Za Maupassanta nie odkryto jeszcze wielu cudownych rzeczy wieczności, chociaż już każdy to i owo widział i wiedział...
Co ty powiesz. To tyle już masz lat? Kto wie, może masz.
Bez zwłoki ciągnęła dalej:
Czytałeś Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”, jeśli dobrze pamiętam a  pamiętam. To była twoja pierwsza nagroda literacka. I to od razu taka pierwsza! Wtedy zacząłeś kiełkować, jak Ozyrys na wiosnę. Napisz „Nad Nilem.” To by było! Co?
Jesteś nieco jeżowata.
Dobra. Cofam i schodzę do podziemia.
Tylko nie przeobraź się w kreta.
Nic się nie bój. W tej powieści Orzeszkowej, pisanej językiem, który też ma sto lat, jedna z ubocznych bohaterek, Teresa znająca trzy języki, czytała Emilii przy jej łóżku, w żółtym świetle lampy, powieść o Egipcie. Pani Emilia wciąż niedomagająca, była zachwycona i też chciała pojechać do Egiptu, w każdym razie lubiła powieści o tym kraju. I gdy tak myślę o nas, to zgadnij o czym konkretnie?
Paweł nie próbował wypowiedzieć nawet jednego słowa.

     Wybrali luty. Zgodnie z sugestią pani kierowniczki Znanego Biura Wycieczkowego. Akurat w ojczyźnie wypadły w szkołach ferie zimowe. Ale i tak termin był niepewny. Tak wiele zależy i nie zależy od nas, od ludzi - od ich uczciwości i solidności, i od natury, że można powiedzieć sobie, a niech tam, nie pojadę.
     Co to była za krzątanina... Trzy światy.
     Uważali, że są możliwości i jest to prawie okazja, trzeba więc ją wykorzystać. Następna dopiero potem...
Gdyby niby nigdy nic... ale to nic, nie śmiało stanąć im na drodze. Była taka sytuacja.
Inna grupa ludzi, już na zasłużonym wypoczynku, już wolna od przeszkód spowodowanych obowiązkami w pracy, umie się wyrwać ze swoją młodością, nagraną na krążku, i umie ją odtworzyć w odpowiedniej chwili. Pchają się do przodu. Sądzą, że jak się spotkają ze sfinksem, to im lat ubędzie, a gdy spotkają Ramzesa... otrzymają królestwo na ziemi. Chcieliby też spotkać się z Amenemhatem III, w czasie, gdy oprowadza turystów i pokazuje piramidę Dżesera, bo własnej jakoś już nie ma... Chętnie pogadaliby z Sobkiem i Nefretete... A może pewien znajomy Egipcjanin, który nie był w Egipcie i mieszka w naszym kraju... ma coś przeciw?
Pisarz wyskoczył z papirusu... Podrze się albo pokruszy. 

    „Jeżeli nie chcesz zburzyć twoich wewnętrznych obrazów, zrezygnuj. Nie będziesz zanieczyszczał wyobraźni rzeczywistością, która może cię zaboleć aż do wymiotów; ponadto możesz doznać słonecznego szoku. Niech objawią się prawdziwe jasności egipskie i powiedzą ci prawdę. Jak się nazywał odkrywca piramidy Tutenhamona? Howard Carter? On wiedział... co to jest klątwa. Nie ma pewności, czy ona już nie działa...zatem uważaj.” Tak do Pawła mówił przez sen Horus.
Trudny kraj, który ukochali turyści. Nie przeszkadza im bakszysz.   Wszechobecny. Dzięki niemu biedni żyją i o tym wiedzą.
Musisz się powtarzać? Mówiłeś.
Nie czepiaj się biedy. Jak wygląda bieda nasi rodacy też wiedzą. Obszar miliona kilometrów kwadratowych, rzucony jak płachta na nierówności, a nad rzeką ludzie. Mieszkają na obszarze jednej szóstej obszaru Polski, i nie 40, lecz ponad 70 milionów, nie na pustyni, lecz w zielonej dolinie Nilu. Pustynie są zazdrosne o każdą zieleń. Najgęściej zaludniony kraj na świecie. I teraz popatrz na miejsce, gdzie mieszkasz, jakie ono piękne... Tam rozmiar problemów społecznych jest olbrzymi... A u nas?
Przepraszam, nie odzywaj się. Podstawowe sprawy to też problem. Na przykład przestrzeganie higieny w życiu codziennym. Nie mają wody...
Okaż więcej serca, dobroci i przyjaźni. Bądź samarytaninem.
Drugiego tak fascynującego kraju nie ma na Ziemi.
Ale galopujesz, szybko spadniesz z tego konia.
Słychać głosy na miedzach.
Co cię to obchodzi. Jedziesz na wypoczynek, chcesz zobaczyć kawałek przeszłości, która jest ciekawsza od teraźniejszości... Punkt.
Zajrzyj do grobowca Tutenhamona. Policz w ilu trumnach został pochowany. Jedna jest cała ze złota. Drugi punkt.
Trzeba znać przeszłość i teraźniejszość. Można wówczas łatwiej pomarzyć o przyszłości. Bez punktu.
Nie będziesz tam mieszkał. Z prostego powodu, że cię nie chcą. Nawet kilkudniowy wyjazd jest niebezpieczny. Coś ty. Bez punktu.
Jeżeli mamy wiedzieć, gdzie jesteśmy i nie dziwić się byle czemu, to trzeba wiedzieć. 
To „wiedzieć” może nam zaszkodzić. Im więcej... tym więcej będziesz miała wątpliwości. Nie warto wnikać w głąb materii.
Przede wszystkim przeraża niepewność, mniej, że połowa społeczeństwa to analfabeci. Duchowni chcieliby przepędzić turystów, którzy gorszą muzułmanów, zwłaszcza tych nawiedzonych. Niektórzy więc próbują przestraszyć ciekawskich działaniami terrorystycznymi. To nie koniecznie konflikt sumień i interesów.
Wiesz, kiedy nie znałam współczesnego Egiptu, wszystko wydawało się proste. Teraz, przez ciebie chyba zwariuję.

Przepraszam. Ja bym wrócił do tej geograficznej kolejności. Myślę, że powinniśmy zacząć od południa, od Abu Simbel, gdzie Ramzes II kazał wykuć w skale świątynie poświęcone Amonowi, Ptahowi i Re. Dalej Asuan, który nazywają Czarną Bramą Afryki? Oczywiście wyspa File, żeby zwiedzić świątynie bogini Izydy, Hator, kaplice Ozyrysa i Horusa... Świątynia Kom Ombo, gdzie oddawano cześć Sobkowi. Dalej Edfu. Luksor, Karnak, Teby po zachodniej stronie Dolina Królów...
Ojejejej... Dobrze. Byle nie za dużo planowania, dociekania i wsiadania na niebezpiecznego byka. Wystarczy to, co podają przewodniki. Naprawdę. Ja nie chcę przeżywać stresów.
Kto by chciał. Od stresów nie ma ucieczki. A jak nas wyślą a potem zostawią w porcie lotniczym? Albo jak dostaniemy biegunki...
Człowieku... Znowu biegunki? Nie jadę. Naprawdę stajesz się zrzędą. Nie jadę. Za dużo myślisz i zastanawiasz się nad czymś, co powinno być pozostawione własnemu biegowi.
Daria przestała się uśmiechać.
    Kiedy Paweł już się napowątpiewał i namarudził, powoli zaczął w nim przybierać na sile pogodny nastrój oczywistości i począł optymistyczny pogląd na przyszłość.
    Zabrali się do przygotowań, nastawieni do działania spontanicznie i młodzieńczo.
Daria znowu się uśmiechała.
Najpierw Paweł wziął do rąk dżinsy...
Dżinsy były akurat. Potem obejrzał kurtki, a Daria długie sukienki i garsonki, takie żeby nie było w nich gorąco, ale żeby nikogo nie gorszyły. Co wybrać? Wezmę spodnie i zasłonę na twarz, powiedziała, może się przydać. Czy może być kotara? Pępka nie będę pokazywała.
Zaczęli też szukać dla siebie czegoś krótkiego i przewiewnego. Takiego nieco za kolana. Co to może być?
Aha. Jeszcze  walizkę pełną bielizny...

    Mówią, że oni wciąż zwiedzają starożytność, od czasu do czasu wypoczywają w cieniu piramid i słuchają opowieści pustynnych piasków. I dalej prowadzą dziwne rozmowy.
                                                                                
*