*
Żądanie
Artysty
Minęła
północ. Słyszę przez sen pukanie do drzwi. Mówię, proszę. Nikt nie wchodzi. Sen
pierzcha w popłochu. Podchodzę do drzwi, otwieram i nagle widzę kratę. Za kratą
Andrzej Wajda, za nim Tadeusz Janczar, Stanisław Mikulski, Teresa Iżewska, Wieńczysław
Gliński, innych nie rozpoznaję. Doznaję szoku. Wajda mówi: Otwórz, przecież
mnie znasz. Znam. Widzę grubą zakratowaną rurę, to kanał. „Kanał”, tak, film,
na którym byłem jako mrówka, siedziałem w czwartym rzędzie w Sali Kolumnowej
Pałacu Kultury. Pamiętam, była wiosna 1957 roku. Film pachniał jeszcze drukiem,
przepraszam, taśmą celuloidową. Wtedy na razie nie wiedziałem, kto to jest Andrzej
Wajda.
Reżyser powtórzył żądanie, a ja chwyciłem
za łom (nie wiem skąd się tu wziął) i wyłamałem kratę. Myślałem, że wejdą do
mnie, wykąpią się, wypiją gorącą herbatę, ale przecież oni wszyscy już odeszli,
ale może jednak, tymczasem oni uwolnieni nagle znikli, a ja się przebudziłem
nie wiedząc gdzie jestem. Leżałem w ciemnościach błądząc po świecie ze snu.
Obrazy płynęły jak opary nad bagnami. Słyszałem słaby nocny szum ulicy.
„Pokolenie” opuszczało ciemną epokę. Jakby sypał się popiół z naszej
codzienności. Zbyszek Cybulski wypijał zawartość płonących kieliszków. Sypały
się diamenty. Jest 1958 rok i film wędruje po kinach. „Popiół i Diament” zmusza
mnie abym wstał i spojrzał na ulicę. Może w barze, teraz czynnym całą noc,
jeszcze trwa ta scena…
Wracam skołowany, nieco przede mną
wspina się wspaniały koń. Rusza na wrogie hitlerowskie czołgi, co budzi we mnie
grozę, ale przecież to nieprawda. Piękny rumak mógłby się rozpaść przy
pierwszym wystrzale… Zaledwie dwa lata później pojawiają „Niewinni czarodzieje”.
Nieznana nowa fala uciech i radości, tyleż znudzenia, co rozkoszy z jazzu
Komedy, pokropionego alkoholem, swobodą i erotycznymi rozmowami. Młodość na
biegunach szaleje. Zamyślony Tadeusz Łomnicki zbiera się do wypowiedzenia
swojej kwestii, Cybulski jest rozgałęziony, Polański krystalizuje myśl, że
będzie reżyserem, a reszta pyszni się jak dodatki do tortu, jako niezbędne i
niesłychanie obrazowe sceny.
Z zadumy wyrwały mnie „Popioły”,
które obowiązkowo płynęły z nami, poprzez szkołę średnią i dalej... To była
uczta aktorska Olbrychskiego. Wracałem do tego filmu kilka razy, dziwiąc się,
co w nim jest takiego, że ja się plączę gdzieś po komnatach i polach bitewnych.
Oczywiście, wiem, łatwo odgadnąć…
Bezsenna noc płynęła razem z
filmami, a ja świadom tego, że nie wszędzie byłem i będę, dałem się nosić
obrazom raz cichym, a raz głośnym, przybranym kolorowymi myślami, przez
„Wszystko na sprzedaż”, z nieujarzmionym żalem po odejściu Zbyszka; idę dalej, by
znaleźć się w „Brzezinie”, wejść nieproszony na „Wesele” i zbić majątek w
„Ziemi obiecanej”, a później rozmawiać rozciągliwie z „Pannami z Wilka”,
opowiadając im o „Panu Tadeuszu” i wodząc poloneza Kilara, pochwalony niech
będzie „Człowiek z marmuru” i włóczyć się w tataraku, chociaż „Tatarak” (to nie
tartak) tak tragicznie się zakończył, odczuwając roślinne zapachy, lecz Marta
już poczuła aromat śmierci, żeby
przerazić się bestialstwami w „Katyniu” i wreszcie trafić w „Powidoki”.
A gdzie jeszcze byłem? Widziałem połowę dzieł
najważniejszego reżysera. Przy nim startował Kazimierz Kutz, sławę zyskała cała
plejada aktorów. A ja wtopiony duszą w jego filmy gnałem na Lotnej do walki. Do jakiej walki?
Przecież nie ma wojny. Zygmunt Krasiński mówi: W świecie ducha nie ma pożegnania, więc nie żegnam Cię Wielki
Artysto. Jeszcze nie raz obejrzę Twoje filmy. A kiedy się uspokoiłem Andrzej
pozwolił mi zasnąć.
Zbyszek
się uśmiechnął i powiedział: - Dobranoc…
Zbyszek Cybulski
Źródło: Internet
Andrzej Wajda
Źródło: Internet
Andrzej Wajda
Źródło: Internet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz