Dom... słowo o wielkiej pojemności. Dla bezdomnych to każde miejsce, w którym chcą przebywać. To ognisko, ojczyzna... Dla wszystkich... to miejsce w powietrzu, na ziemi i w wodzie... W koronie samotnego świerka. Wierzę, że również wśród gwiazd.
(...) Próbowałem opisać dzieje
czteropiętrowego domu, wybudowanego na początku XX w, biorąc pod uwagę jego mieszkańców
od pokoleń. Nigdy nie pomyślałem, że w czasie mojego zainteresowania jego
dziejami dojdzie do takiego zdarzenia. To nie był zanik samodzielnego
rozumowania – niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony sztucznej
inteligencji, bo wówczas nikt jeszcze nie znał nawet tego pojęcia.
Zmieniają się obyczaje i technika, mody i sposoby
budowania i odczuwania radości. Arianna z tego domu nie mieściła się w
schemacie wspólnotowym, nakreślonym automatycznie w chwili zawarcia związku
małżeńskiego. Miała dobrą pracę w sklepie odzieżowym, więc nowe gniazdo nie
było najważniejsze. Zawsze pragnęła czegoś więcej, ale nie wiedziała dokładnie,
czego. Sklep był jej ucieczką. Ciągnęło ją do rzeczy dziwnych, pełnych
uczuciowości, fantazji, ekstazy. Jeśli dotąd lustro mówiło jej prawdę albo
kłamało, a ona przeżywała lęki, jeśli jadąc swoim samochodem widziała w
lusterku wstecznym natrętne obrazy bliskiej przeszłości i była przekonana, że
tak musi być, to teraz planując ten nieuporządkowany ruch zgodnie z ciążeniem,
zamazywała swój rysunek na szkle, zgadzając się podświadomie na to co może
nadejść.
Dojeżdżała
do pracy dziesięć kilometrów. Było kilkanaście miesięcy bardzo dobrych, w
których właściciel osiągał spory zysk i Arianna dobrze zarabiała. Z mężem
szaleli w sobie, jak to w młodym małżeństwie. Po urodzeniu dwojga dzieci nadal
była piękną kobietą i jak mówiono, szef spoglądał na Ariannę bardziej
pożądliwie, niż na pozostałe sprzedawczynie. Jak każda kobieta, dobrze się
czuła, zauważana przez mężczyzn. Odwzajemniała się uśmiechem. Tak zaczął się
rodzić kłopot. W jej domu po pewnym czasie atmosfera napięła się jak batut.
Pewnego razu, gdy mąż Norbert Rybicki wrócił z delegacji, poczuł od żony
alkohol, nie alkohol... Powiedziała szczerze, że została poczęstowana, jak inne
pracownice. Wtedy zaczęły się schody. Mąż zareagował nerwowo, wysyłając w jej
stronę kilka obrzydliwych epitetów. Jej pełne, kształtne usta ułożyły się w
półksiężyc. Epitety odesłała z premią.
Odtąd
Norbert wpadał do domu niespodziewanie. Jego podejrzenia się sprawdziły. Znowu
miała radosny nastrój jakby podrinkowy. Zdenerwowany czuł się sponiewierany,
uderzył żonę. Jeden raz, drugi... Dagmara z sąsiedztwa opowiada, że często
zdarzały się krzyki. Dzieci na ogół nie było w tym czasie, przebywały u matki
Arianny. Ojciec czasem je odbierał i przyprowadzał do domu. W trakcie
nieporozumień między małżonkami w obecności dzieci, słychać było płacz. Norbert
odpowiedzialność za niszczenie rodziny zwalił na żonę, nie bardzo zastanawiając
się nad rolą, jaką on tu odgrywa.
W
ostatnie miesiące letnie okazało się, że szef zwolnił Ariannę. Kobieta się
załamała, ale nie zrezygnowała z drobnych radości... Wkrótce wyszło na jaw,
że splajtował. Tak się złożyło, że przez pewien czas potem w piękne letnie dni
można było spotkać pojedynczych mężczyzn, którzy szli na drugie piętro i po
paru godzinach schodzili na parter. Ale był też jeden taki, który mógł zostać
na noc. Plotek nie powinno się powtarzać. Ariannę znało kilku mężczyzn.
Kiedy
pani Machura, akurat będąc w domu, zapytała, dlaczego do niej przychodzą ci mężczyźni,
usłyszała w
odpowiedzi, że to są bezdomni i ona im pomaga. Machurowa, zaskoczona odpowiedzią,
rzekła:
–
Oni nie wyglądają na bezdomnych.
Wtedy Arianna odparła:
–
A czy ja wyglądam na bezrobotną? A poza tym jestem chora i chcę mieć spokój. To
zdanie zupełnie zdezorientowało panią Machurową.
W
Ariannie nadal działy się dziwne rzeczy. Walczyła z zespołem uczuć, które
oszukiwały ją i czyniły świat pełen namiętności, a zarazem wciągały w taki,
pełen pułapek, który jest skonstruowany z detali niszczących człowieka. Wciąż
dążyła do zaspokajania niezbyt dokładnie określonych potrzeb, które zmuszały
jej ciało do posłuszeństwa bodźcom. Miała w sobie radość motyla spijającego
nektar z aksamitek i melancholię rozsiewaną przez
chryzantemy.
Sprawdzałem
akurat poczynione notatki i kiedy czytałem napisaną w kilku zdaniach główną
myśl dziejów zacnej kamienicy, nagle, co trwało jak mgnienie oka, przepłynął
przeze mnie gwałtowny niepokój.
Usłyszałem
lekki jak puch szum i jęk. Po nim odezwał się stłumiony, płytki, o stępionych
ostrzach chrzęst. Po sekundzie, dwóch, w oknach pojawiła się błyskawica,
usłyszałem trzask, głuche uderzenie i kolejny jęk. Zgasło światło. Komputer
został wyłączony. Zdziwiony i zaskoczony sytuacją przez kilka sekund nie
ruszyłem się z miejsca. Jakby wszystko zamarło, a potem odezwały się głosy i
warkot. Podszedłem do okna i przez otwarte okno zobaczyłem po przekątnej w
odległości około sześciu metrów leżącego człowieka na chodniku, równolegle do
jezdni, skąpo odzianego, i klęczącego przy nim mężczyznę, wykonującego sztuczne
oddychanie usta-usta i naciskającego na klatkę piersiową. Nad moją głową
zwisały do chodnika dwa zerwane grube przewody elektryczne. Najpierw człowiek upadł
na przewody, które się zerwały, a potem spadł na chodnik. Ogarnęło mnie
przerażenie. Rozejrzałem się wokół w szarościach kończącego się dnia. Kilka
osób stało opodal, ale trzy z nich telefonowały z aparatów komórkowych. Na
wszelki wypadek zadzwoniłem na pogotowie ratunkowe i do zakładu energetycznego.
Oczywiście, oni już wiedzieli... Zapaliłem świecę wstawiając ją do słoika, aby
nie powstało niebezpieczeństwo pożaru, wziąłem latarkę elektryczną i zszedłem
na dół.
To była kobieta w bluzce w kolorowe paski i w
granatowej części dolnej bielizny. Ktoś akurat przykrywał ją płaszczem.
Mężczyzna nadal wykonywał czynności ratunkowe, przy nim klęczała inna kobieta.
Otwarty samochód z migającymi światłami stał obok na jezdni.
Trwał ruch samochodowy. Po minucie nadjechała straż pożarna. Otoczyła miejsce
wypadku taśmą biało-czerwoną. Teraz straż przejęła, aż do przyjazdu pogotowia,
funkcję ratowania kobiety. Po kilku ruchach przestali wykonywać te czynności,
bo strażacy ratownicy wiedzieli, że w ten sposób można w tej sytuacji jeszcze
pogorszyć jej stan. Przecież ona mogła być połamana, rozbita wewnątrz, miała
głęboko zranioną głowę...
Na
chodniku kałuża krwi. Strażak zasypał ją ceglanym pyłem i zmiótł, ale plama
pozostała. Przybywało osób. Jeszcze nikt nie wiedział, kto to jest.
Pewne było jedynie, że wyskoczyła z okna zna
drugim piętrze, a może to było trzecie... . W przestrzeń wieczoru patrzyło
otwarte na całą szerokość okno, taka czarna prostokątna otchłań.
Po
straży pożarnej przyjechał wóz naprawczy z energetyki.
I dopiero po długiej chwili pogotowie ratunkowe. W międzyczasie nadjechała
policja. Ratownicy a może i lekarz obejrzeli
nieprzytomną i po wykonaniu pewnych czynności zabiegowych, wzięli na nosze i
odjechali, ale nie na sygnale. Kobieta nie odzyskała przytomności.
Elektrycy
zabezpieczyli przewody i zabrali się do ich naprawy: dołączyli do zerwanych
odcinki nowych i zamocowali na izolatorach. Po godzinie było światło. Wróciłem
do mieszkania. Włączyłem komputer. Został wyłączony o godzinie
17.38.19.
Nikt nie szlochał. Nie było
rozpaczających. Każdy, kto był w tym miejscu chociaż przez chwilę, cząstkę tego
przerażenia, współczucia i bólu zabrał ze sobą. Nie było komu tego przekazać.
Pogotowie
odjechało. Straż pożarna jeszcze długo razem z policją i prokuratorem badali
miejsce wypadku i
lustrowali mieszkanie, pytali i opisywali wypadek. Poszli do mieszkania
kobiety, która wypadła z... piętra.
Na podstawie rozmów z kilku osobami i z
domu i z ulicy, powstał obraz, który zupełnie wypaczył to, co było wiadomo.
Oczywiście, policja zadawała tylko pytania i nie udzielała żadnych informacji.
Czy uda się ją uratować?
Zygmunt
Bojczyk, który posiadał ciotkę w Ligocie i w ostatnią
niedzielę po południu przywiózł od niej meble kuchenne i pokojowe, już
rozebrane na deski i płyty z przeznaczeniem na opał, ponieważ ciotka kilka dni
temu zmarła, powiedział, że to Arianna... tego... że tak powiem.
Weszła na
krzesło, potem na parapet. – Kto to jest Arianna? Aha... Wiem, spotkałem kilka
razy na klatce schodowej.
– Ta pani – skinął głową w stronę kobiety
oddalonej od nas o kilka metrów – widziała jak Arianna siedząc na parapecie
okna, telefonowała.
Może
wzywała pomocy a może żegnała się z kimś. W każdym razie w pokoju było ciemno. Ale czy
ktoś za nią stał? Jej mąż Norbert wyjechał za pracą do Poznania. Podobno tam
właśnie obiecywano mu robotę na zimę. Już wie o wypadku i wraca, to potrwa z
pięć godzin. Biedne dzieci... Kontynuował:
– Norbert opowiadał, że ona wyszła kilka
dni temu ze szpitala i tam też źle się czuła, a mimo to wypisali ją do domu.
Żyła w napięciu psychicznym. Bojczyk się zamyślił:
– Wciąż szokuje mnie kruchość ludzkiego
istnienia. Bezbronna jak motyl... i nie potrafiła latać.
Latarnie świeciły jak przedtem, tylko ta
plama po wytartej krwi zaświadczała o
tym, co tu się zdarzyło. Przechodnie nic nie wiedzący o wypadku, przechodzili
tędy, deptali to miejsce. Szli do swoich spraw.
Na drugi dzień około południa, pod
ścianą, dokładnie naprzeciw tej plamy, paliły się znicze i leżały wiązanki
sztucznych i naturalnych kwiatów. A jednak nie udało się uratować motyla.
Trwała sucha jesień. Policja i prokurator
szukali przyczyny wypadku. Po trzech tygodniach wydano decyzję o pogrzebie.
Wtedy można było zwłoki zmarłej spopielić i pochować. I jeszcze po pogrzebie
ślad na chodniku nie zniknął. Dopiero po kilku deszczach, gdy znicze usunięto,
rzeczywistość zmazała dowód tragedii. Pozostały obrazy z życia Arianny w
pamięci bliskich i znajomych.
Norbert jej mąż w rozmowie podkreślał, że
dla niego ta tragedia nie jest do końca zrozumiała.
–
Żona zawsze zamykała drzwi zewnętrzne. Zawsze. Dlaczego więc te drzwi były
otwarte, gdy policja po wypadku weszła do środka?
Zimny obserwator, który nie dopuszcza do
siebie osobistych przeżyć, lub celowo spóźnia się z nimi, przesunięty względem
nich o kąt obojętności, może pisać o tragedii chłodno i rzeczowo.
W tym
przypadku, gdy bierze się prawie bezpośredni udział w obserwacji zdarzenia,
trudno wyciszyć uczucia, stłumić, zapominając, gdzie się mieszka. A więc nie
może być suchej relacji. Zbyt mocno pobudzone zostały zmysły, uruchamiając pokłady
psychiki, które budują grozę, konstruują w wyobraźni przebieg zdarzenia i każą
się zastanawiać nad ludzkim losem. Bo życie ludzkie, gdy weźmie się pod uwagę
czas i jego kosmiczną wielkość, podobne jest do życia motyla.
Jest również tak, że w pewnym wieku
posiada się sporo wewnętrznego spokoju i opanowania. Emocje udaje się
przyhamować i świadomie nad nimi panować. Wtedy psychiczne tajfuny nie czynią
zbyt wielkich szkód. Wtedy też łatwiej zrozumieć człowieka zdesperowanego,
reagującego nawet na drobne negatywne i pozytywne impulsy. Zdarza się, że udaje
się wykorzystać doświadczenie takich osób. Ale czy da się uporządkować
zdewastowaną psychikę do końca? Jeszcze do niedawna potępiano takiego człowieka
albo robiono z wypadku sensację, dziś zastanawiamy się, dlaczego nie pomogliśmy
tej sobie, gdzie popełniliśmy błąd?
Dom
bliski...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz