środa, 23 września 2026

 


Dom... słowo o wielkiej pojemności. Dla bezdomnych to każde miejsce, w którym chcą przebywać. To ognisko, ojczyzna... Dla wszystkich... to miejsce w powietrzu, na ziemi i w wodzie...  W koronie samotnego świerka. Wierzę, że również wśród gwiazd.

                                    Bezbronna jak motyl

      (...) Próbowałem opisać dzieje czteropiętrowego domu, wybudowanego na początku XX w, biorąc pod uwagę jego mieszkańców od pokoleń. Nigdy nie pomyślałem, że w czasie mojego zainteresowania jego dziejami dojdzie do takiego zdarzenia. To nie był zanik samodzielnego rozumowania – niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony sztucznej inteligencji, bo wówczas nikt jeszcze nie znał nawet tego pojęcia.

        Zmieniają się obyczaje i technika, mody i sposoby budowania i odczuwania radości. Arianna z tego domu nie mieściła się w schemacie wspólnotowym, nakreślonym automatycznie w chwili zawarcia związku małżeńskiego. Miała dobrą pracę w sklepie odzieżowym, więc nowe gniazdo nie było najważniejsze. Zawsze pragnęła czegoś więcej, ale nie wiedziała dokładnie, czego. Sklep był jej ucieczką. Ciągnęło ją do rzeczy dziwnych, pełnych uczuciowości, fantazji, ekstazy. Jeśli dotąd lustro mówiło jej prawdę albo kłamało, a ona przeżywała lęki, jeśli jadąc swoim samochodem widziała w lusterku wstecznym natrętne obrazy bliskiej przeszłości i była przekonana, że tak musi być, to teraz planując ten nieuporządkowany ruch zgodnie z ciążeniem, zamazywała swój rysunek na szkle, zgadzając się podświadomie na to co może nadejść.

             Dojeżdżała do pracy dziesięć kilometrów. Było kilkanaście miesięcy bardzo dobrych, w których właściciel osiągał spory zysk i Arianna dobrze zarabiała. Z mężem szaleli w sobie, jak to w młodym małżeństwie. Po urodzeniu dwojga dzieci nadal była piękną kobietą i jak mówiono, szef spoglądał na Ariannę bardziej pożądliwie, niż na pozostałe sprzedawczynie. Jak każda kobieta, dobrze się czuła, zauważana przez mężczyzn. Odwzajemniała się uśmiechem. Tak zaczął się rodzić kłopot. W jej domu po pewnym czasie atmosfera napięła się jak batut. Pewnego razu, gdy mąż Norbert Rybicki wrócił z delegacji, poczuł od żony alkohol, nie alkohol... Powiedziała szczerze, że została poczęstowana, jak inne pracownice. Wtedy zaczęły się schody. Mąż zareagował nerwowo, wysyłając w jej stronę kilka obrzydliwych epitetów. Jej pełne, kształtne usta ułożyły się w półksiężyc. Epitety odesłała z premią. 

     Odtąd Norbert wpadał do domu niespodziewanie. Jego podejrzenia się sprawdziły. Znowu miała radosny nastrój jakby podrinkowy. Zdenerwowany czuł się sponiewierany, uderzył żonę. Jeden raz, drugi... Dagmara z sąsiedztwa opowiada, że często zdarzały się krzyki. Dzieci na ogół nie było w tym czasie, przebywały u matki Arianny. Ojciec czasem je odbierał i przyprowadzał do domu. W trakcie nieporozumień między małżonkami w obecności dzieci, słychać było płacz. Norbert odpowiedzialność za niszczenie rodziny zwalił na żonę, nie bardzo zastanawiając się nad rolą, jaką on tu odgrywa.

       W ostatnie miesiące letnie okazało się, że szef zwolnił Ariannę. Kobieta się załamała, ale nie zrezygnowała z drobnych radości... Wkrótce wyszło na jaw, że splajtował. Tak się złożyło, że przez pewien czas potem w piękne letnie dni można było spotkać pojedynczych mężczyzn, którzy szli na drugie piętro i po paru godzinach schodzili na parter. Ale był też jeden taki, który mógł zostać na noc. Plotek nie powinno się powtarzać. Ariannę znało kilku mężczyzn.

      Kiedy pani Machura, akurat będąc w domu, zapytała, dlaczego do niej przychodzą ci mężczyźni, usłyszała w odpowiedzi, że to są bezdomni i ona im pomaga. Machurowa, zaskoczona odpowiedzią, rzekła:

             – Oni nie wyglądają na bezdomnych.

Wtedy Arianna odparła:

           – A czy ja wyglądam na bezrobotną? A poza tym jestem chora i chcę mieć spokój. To zdanie zupełnie zdezorientowało panią Machurową.

             W Ariannie nadal działy się dziwne rzeczy. Walczyła z zespołem uczuć, które oszukiwały ją i czyniły świat pełen namiętności, a zarazem wciągały w taki, pełen pułapek, który jest skonstruowany z detali niszczących człowieka. Wciąż dążyła do zaspokajania niezbyt dokładnie określonych potrzeb, które zmuszały jej ciało do posłuszeństwa bodźcom. Miała w sobie radość motyla spijającego nektar                    z aksamitek i melancholię rozsiewaną przez chryzantemy.

             Sprawdzałem akurat poczynione notatki i kiedy czytałem napisaną w kilku zdaniach główną myśl dziejów zacnej kamienicy, nagle, co trwało jak mgnienie oka, przepłynął przeze mnie gwałtowny niepokój.

        Usłyszałem lekki jak puch szum i jęk. Po nim odezwał się stłumiony, płytki, o stępionych ostrzach chrzęst. Po sekundzie, dwóch, w oknach pojawiła się błyskawica, usłyszałem trzask, głuche uderzenie i kolejny jęk. Zgasło światło. Komputer został wyłączony. Zdziwiony i zaskoczony sytuacją przez kilka sekund nie ruszyłem się z miejsca. Jakby wszystko zamarło, a potem odezwały się głosy i warkot. Podszedłem do okna i przez otwarte okno zobaczyłem po przekątnej w odległości około sześciu metrów leżącego człowieka na chodniku, równolegle do jezdni, skąpo odzianego, i klęczącego przy nim mężczyznę, wykonującego sztuczne oddychanie usta-usta i naciskającego na klatkę piersiową. Nad moją głową zwisały do chodnika dwa zerwane grube przewody elektryczne. Najpierw człowiek upadł na przewody, które się zerwały, a potem spadł na chodnik. Ogarnęło mnie przerażenie. Rozejrzałem się wokół w szarościach kończącego się dnia. Kilka osób stało opodal, ale trzy z nich telefonowały z aparatów komórkowych. Na wszelki wypadek zadzwoniłem na pogotowie ratunkowe i do zakładu energetycznego. Oczywiście, oni już wiedzieli... Zapaliłem świecę wstawiając ją do słoika, aby nie powstało niebezpieczeństwo pożaru, wziąłem latarkę elektryczną i zszedłem na dół.

         To była kobieta w bluzce w kolorowe paski i w granatowej części dolnej bielizny. Ktoś akurat przykrywał ją płaszczem. Mężczyzna nadal wykonywał czynności ratunkowe, przy nim klęczała inna kobieta. Otwarty samochód                    z migającymi światłami stał obok na jezdni. Trwał ruch samochodowy. Po minucie nadjechała straż pożarna. Otoczyła miejsce wypadku taśmą biało-czerwoną. Teraz straż przejęła, aż do przyjazdu pogotowia, funkcję ratowania kobiety. Po kilku ruchach przestali wykonywać te czynności, bo strażacy ratownicy wiedzieli, że w ten sposób można w tej sytuacji jeszcze pogorszyć jej stan. Przecież ona mogła być połamana, rozbita wewnątrz, miała głęboko zranioną głowę...

        Na chodniku kałuża krwi. Strażak zasypał ją ceglanym pyłem i zmiótł, ale plama pozostała. Przybywało osób. Jeszcze nikt nie wiedział, kto to jest.

   Pewne było jedynie, że wyskoczyła z okna zna drugim piętrze, a może to było trzecie... . W przestrzeń wieczoru patrzyło otwarte na całą szerokość okno, taka czarna prostokątna otchłań.

           Po straży pożarnej przyjechał wóz naprawczy z energetyki. I dopiero po długiej chwili pogotowie ratunkowe. W międzyczasie nadjechała policja. Ratownicy a może i lekarz obejrzeli nieprzytomną i po wykonaniu pewnych czynności zabiegowych, wzięli na nosze i odjechali, ale nie na sygnale. Kobieta nie odzyskała przytomności. 

       Elektrycy zabezpieczyli przewody i zabrali się do ich naprawy: dołączyli do zerwanych odcinki nowych i zamocowali na izolatorach. Po godzinie było światło. Wróciłem do mieszkania. Włączyłem komputer. Został wyłączony                                o godzinie 17.38.19.  

      Nikt nie szlochał. Nie było rozpaczających. Każdy, kto był w tym miejscu chociaż przez chwilę, cząstkę tego przerażenia, współczucia i bólu zabrał ze sobą. Nie było komu tego przekazać.

      Pogotowie odjechało. Straż pożarna jeszcze długo razem z policją i prokuratorem badali miejsce wypadku i lustrowali mieszkanie, pytali i opisywali wypadek. Poszli do mieszkania kobiety, która wypadła z... piętra.

        Na podstawie rozmów z kilku osobami i z domu i z ulicy, powstał obraz, który zupełnie wypaczył to, co było wiadomo. Oczywiście, policja zadawała tylko pytania i nie udzielała żadnych informacji. Czy uda się ją uratować?

 Zygmunt Bojczyk, który posiadał ciotkę w Ligocie i w ostatnią niedzielę po południu przywiózł od niej meble kuchenne i pokojowe, już rozebrane na deski i płyty z przeznaczeniem na opał, ponieważ ciotka kilka dni temu zmarła, powiedział, że to Arianna... tego... że tak powiem.

Weszła na krzesło, potem na parapet. – Kto to jest Arianna? Aha... Wiem, spotkałem kilka razy na klatce schodowej.

      – Ta pani – skinął głową w stronę kobiety oddalonej od nas o kilka metrów – widziała jak Arianna siedząc na parapecie okna, telefonowała.

Może wzywała pomocy a może żegnała się z kimś. W każdym razie w pokoju było ciemno. Ale czy ktoś za nią stał? Jej mąż Norbert wyjechał za pracą do Poznania. Podobno tam właśnie obiecywano mu robotę na zimę. Już wie o wypadku i wraca, to potrwa z pięć godzin. Biedne dzieci... Kontynuował:

      – Norbert opowiadał, że ona wyszła kilka dni temu ze szpitala i tam też źle się czuła, a mimo to wypisali ją do domu. Żyła w napięciu psychicznym. Bojczyk się zamyślił:

      – Wciąż szokuje mnie kruchość ludzkiego istnienia. Bezbronna jak motyl... i nie potrafiła latać.

      Latarnie świeciły jak przedtem, tylko ta plama po wytartej krwi  zaświadczała o tym, co tu się zdarzyło. Przechodnie nic nie wiedzący o wypadku, przechodzili tędy, deptali to miejsce. Szli do swoich spraw.

       Na drugi dzień około południa, pod ścianą, dokładnie naprzeciw tej plamy, paliły się znicze i leżały wiązanki sztucznych i naturalnych kwiatów. A jednak nie udało się uratować motyla.

      Trwała sucha jesień. Policja i prokurator szukali przyczyny wypadku. Po trzech tygodniach wydano decyzję o pogrzebie. Wtedy można było zwłoki zmarłej spopielić i pochować. I jeszcze po pogrzebie ślad na chodniku nie zniknął. Dopiero po kilku deszczach, gdy znicze usunięto, rzeczywistość zmazała dowód tragedii. Pozostały obrazy z życia Arianny w pamięci bliskich i znajomych.

       Norbert jej mąż w rozmowie podkreślał, że dla niego ta tragedia nie jest do końca zrozumiała.

      – Żona zawsze zamykała drzwi zewnętrzne. Zawsze. Dlaczego więc te drzwi były otwarte, gdy policja po wypadku weszła do środka?

   Szczególnie, że w tym wielkim mieszkaniu w ogóle nikogo nie było, bo pani Machurowa przebywa u wnuczki. Czy oprócz żony był tam jeszcze ktoś i potem wyszedł?

        Zimny obserwator, który nie dopuszcza do siebie osobistych przeżyć, lub celowo spóźnia się z nimi, przesunięty względem nich o kąt obojętności, może pisać o tragedii chłodno i rzeczowo.  

W tym przypadku, gdy bierze się prawie bezpośredni udział w obserwacji zdarzenia, trudno wyciszyć uczucia, stłumić, zapominając, gdzie się mieszka. A więc nie może być suchej relacji. Zbyt mocno pobudzone zostały zmysły, uruchamiając pokłady psychiki, które budują grozę, konstruują w wyobraźni przebieg zdarzenia i każą się zastanawiać nad ludzkim losem. Bo życie ludzkie, gdy weźmie się pod uwagę czas i jego kosmiczną wielkość, podobne jest do życia motyla.

      Jest również tak, że w pewnym wieku posiada się sporo wewnętrznego spokoju i opanowania. Emocje udaje się przyhamować i świadomie nad nimi panować. Wtedy psychiczne tajfuny nie czynią zbyt wielkich szkód. Wtedy też łatwiej zrozumieć człowieka zdesperowanego, reagującego nawet na drobne negatywne i pozytywne impulsy. Zdarza się, że udaje się wykorzystać doświadczenie takich osób. Ale czy da się uporządkować zdewastowaną psychikę do końca? Jeszcze do niedawna potępiano takiego człowieka albo robiono z wypadku sensację, dziś zastanawiamy się, dlaczego nie pomogliśmy tej sobie, gdzie popełniliśmy błąd?

        Pół życia miasta w jednym domu, a ile domów liczy miasto? I gdzie te ludzkie losy się podziały? Tyle przygód, radości, rozterek, dramatów i nikogo to ani nie ziębi, ani nie parzy. Taka zaniedbana głębia. Ani srebra głosu, ani złota słów. Może fuga, niech będzie to etiuda... w bezimienny odlot bez warunków wstępnych, w czas bez granic. Z emanacji życia do jedności w duchu.


Dom bliski...

 

 

 

 

Dom bliski...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz