Ciepły piec
Oparty o ciepły piec kaflowy wyrywkowo
chłodnej wiosny, unoszę się faliście do stron
wydartych z kalendarzy, wytartych gumką myszką,
z kilku łzami na igliwiu sosny.
Zaglądam do dzieży wspomnień, do ostów
i powojów, z czarcim żebrem i komosą,
próbuję gorzkiego piołunu
i podziwiam podbiały w podkoszulkach.
Brodzę w złotych zbożach niby
w piaskach pustyni w lipcowym słońcu,
tęsknię do tamtej ciszy gładzącej policzki lasu.
Schylam się i wącham aksamitki, podziwiam
białe i czerwone pąki koniczyny na czapie
zagonu między włosami darni.
Spadam w kałuże na polnych drogach,
gubię tęsknotę w kurzu za bryczką.
Gdy Euterpe odejmuje od ust aulos
słyszę zapomnianą piosenkę o łubinie
żółtym jak żółtko i pszczoły grające
w gorczycy ukrywającej subtelności musztardy.
Zauważam i seradelę, zjadaną wieczorem
przez sarny. Błądzę w zagajniku kukurydzy
osłaniającej słoneczniki niby słońca wielu
słońc.
Potykam się i o kępy zapomnianych zdarzeń.
Wykąpany w słodkich wodach
czuję zapach skwierczących na patelni plendzów.
Wracam tam, gdzie moje korzenie.
Śnię teraźniejszość przyjazną życiu,
z dotacją i premią, bez domieszki NO2 z diesla.
Taką mniej doskonałą,
niż posąg młodości,
ale przezroczystą, która potrafi
barwnie się wstydzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz