niedziela, 12 sierpnia 2018

Wycieczka do Londynu



     Lata dziewięćdziesiąte XX w. i już można. Tak po prostu.
Zorganizowano wycieczkę do Londynu. Ale trud organizacyjny nie był taki sobie, wsiąść do tramwaju i zajechać…
Może być Londyn – cieszyliśmy się. Na razie nikt jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, że jest to już realne. 
     Gdy zaczęły otwierać się możliwości, już kilka lat potem, jak Joanna Szczepkowska powiedziała w telewizji: – „Proszę państwa, czwartego czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”,      i jak zdumieliśmy się jej komunikatem, bo nie wiedzieliśmy, że w  Polsce był już komunizm, a wtedy mieliśmy jeszcze inne myśli, bardziej rozczochrane, nadymane wiatrem sprzecznych ideologii, a tu nagle świat poza granicami stał otworem i wabił nas swoją wielkością i dobrobytem. I nagle ktoś chciał zorganizować wycieczkę do Londynu. Poczuliśmy w sobie sporo entuzjazmu. Inflacja szalała, ale w wyniku tego szaleństwa ochota rosła jeszcze bardziej, taka ochota niezdyscyplinowana, wysoka, spontaniczna. Podjąć decyzję. Podjęliśmy bez namysłu.    
     Co wiemy o Londynie? Nie to, co powinniśmy.
     Przeczytaliśmy, że Londyn położony jest w południowo wschodniej Anglii nad dolną Tamizą, w odległości około 75 km od jej ujścia do Morza Północnego, na pagórkowatej nizinie do 186 m n.p.m. Basenu Londyńskiego, między pasmami wzgórz Chiltern na północ i Nort Downs na południu. Żona czytała głośno i pytała, czy już wiem. Poszukaliśmy na mapie i stwierdziliśmy, że się zgadza. Odpowiedziałem, że wiem, ale nie mam pojęcia jak to miasto wygląda. Najstarszą częścią Londynu jest City o powierzchni 2,7 km. W 1888 roku utworzono County of London, które podzielono w 1899 na 28 dzielnic o łącznej powierzchni 505 km. – Słuchaj, to ważne. Tym się zachwyciliśmy. Zostaniemy ze dwa miesiące i zwiedzimy wszystkie dzielnice. Tak zwany Wielki Londyn o powierzchni około 1800 km kwadratowych w pierwszej kolejności. – Ojciec mi mówił, że to najbardziej płaskie miasto na świecie. Łakomstwo narastało. Już wiedzieliśmy, że do 1965 roku był trzecim pod względem
 wielkości zespołem miejskim na świecie – po Nowym Jorku i Tokio. – Jakie  miasto  chciałoby się zmierzyć z Nowym Jorkiem.

Ciasna zabudowa Wielkiego Londynu rozkwita na obszarze ponad 1600 km kwadratowych. Do zdziwienia pół kroku. Dla nas jasna strona medalu. Pewnie dlatego mój ojciec mówił, że to miasto jest najbardziej rozlazłe i przysadziste na świecie – powtórzyłem, aby żona była pewna, że tak jest. Ciemna strona medalu. Nie ma co go porównywać z Nowym Jorkiem, gdzie widać na każdym kroku chęć wznoszenia się do nieba, bo N.Y. postawiony jest na opokowych skałach i można wysoko, a w Londynie wygodniej rozrastać się w poziomie, i dla tego miasta wystarczy tyle, ile jest. Jest największym ośrodkiem przemysłowym Wielkiej Brytanii, o, tu nie będziemy wątpić, największym portem, na pewno, największym ośrodkiem naukowym i kulturalnym Królestwa, dobrze; posiada stare tradycje teatralne, dlatego pewnie już pomarszczone, zobaczymy. Najsłynniejszy teatr czasów elżbietańskich: Globe Theatre. – Sam jesteś Globe Teatre – usłyszałem.
     Zaraz też poszukaliśmy miejsca i obiekty godne naszych oczu i trudu łazikowania, by zobaczyć, doznać uczuciowego wstrząsu, załadować przeżycia do mózgowej kasety i przemycić przez wszystkie granice do Polski. Weźmy na przykład przeszłość. Muzea spełniają pożyteczną rolę. Należy jednak bliżej określić jaką.Bo wielu nie ma zamiaru oglądać staroci, widać w dzieciństwie bawili się tylko nowizną, a pewnie zapomnieli, że ta nowizna się zestarzała, a inni je podziwiają i zachwycają się wprost proporcjonalnie do entuzjazmu, zaraz przypominają sobie, co najlepsze było w historii danego kraju i w czym jest be. Berberys. Dziwne skojarzenie. Znamy u nas zwyczajny, może być ozdobny, oczywiście berberys, a muzea to nie tylko wiedza, również ozdoba, a tu pełno nadzwyczajnych…  
   Zatem należało załatwić formalności, z których kilka było najeżonych jak kolczatka. Paszport to podstawa wyjazdu. Jak tory kolejowe albo przewody trakcyjne.
   Rozpoczęliśmy nowy tydzień w dobrych humorach i z tego powodu zapomniałem się ogolić; żona zapytała, czy przypadkiem nie używałem jej szczoteczki do zębów jako pędzla. Ujawnianie się, że jesteśmy ci i ci małżeństwami, a tamci nie, nie miało sensu, ale ktoś to podkreślił, że nie znamy się i nie wiadomo czy się poznamy. Józef Toczek utrzymujący kontakty z organizatorami słowackimi, sporo się nagimnastykował, zanim mu wyszło, że wycieczka się odbędzie. Słowacy już posiadali względnie wygodne, dalekobieżne autokary. U nas autokary jeszcze się nie zadomowiły.

Opowiadałem sobie w śnie, że koszt na jedną osobę dla członka związku wynosił 4 miliony 800 tysięcy starych złotych. Dowiedzieliśmy się, że razem z dwoma kierowcami słowackimi i przewodniczką panią Małgorzatą, w eskapadzie uczestniczyły 44 osoby (A imię jego jest 44 – nie mogłem się odpędzić od tej myśli: Jezus Chrystus, Adam Mickiewicz, Napoleon Bonaparte), a wśród nich pani Bronka – nauczycielka wychowania fizycznego, pan Jan – znakomity matematyk, przed laty wychowawca świetnej klasy uczniów w Słowaku – Liceum, do którego uczęszczał Robert, i Karolina – absolwentka chorzowskiej Szkoły Muzycznej. Bardzo miastu potrzebna.
     O czternastej wyjechaliśmy z Chorzowa Batorego do Cieszyna, gdzie przesiedliśmy się do słowackiego autokaru JUNS i pojechaliśmy do Piesztian w Słowacji. Panie z tyłu za nami powiedziały, że jedziemy do Lwowa przez  Rzym. Byłem nawet gotów uwierzyć, ale to dlatego, że                w pewnym momencie ogarnęła mnie przemożna senność, że tylko częściowo byłem czynny.
     Dojechaliśmy  do  Piesztian. Tam  przenocowaliśmy w hotelu ODE-
VAK, a na drugi dzień o szóstej rano ruszyliśmy w dalszą drogę – przez Bratysławę i Wiedeń, przez Niemcy od południa na północ i dalej – przez Belgię do Calais we Francji, skąd promem przez kanał La Manche do Dover w Anglii. Wyokrętowanie, zaautobusowanie i jazda do Canterbury.   
     Tak więc w pierwszych dniach maja 1996 roku po przejechaniu wielkiej liczby kilometrów, które nas zmęczyły, dojechaliśmy ze sporą grupą chorzowskich nauczycieli do Londynu. W sumie ponad dwa tysiące kilometrów w jedną stronę, co uznaliśmy za wyczyn stulecia. Podróż weszła nam w kręgi szyjne, kość ogonową i kolana, spuchły nogi. Jechaliśmy do piątej z minutami następnego dnia pierwszego maja. Nieco wracając myślami wstecz, w drodze kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się na parkingach żeby zostawić niepotrzebne płyny, wydzielone do pojemnika zgodnie z przeznaczeniem. Po przejechaniu granicy czesko-austriackiej, następna kontrola paszportowa była dopiero w Dover. Wydawało się, że autostrady nie mają końca i są jak taśma rozwijana przed nami i zwijana za nami. Tacy byliśmy ważni. Dzień i noc, słońce i chmury, ciepło i chłód, osady i miasta, zielone równiny i wzgórza, kępy drzew i nieduże tereny leśne...
    Najpierw Canterbury w hrabstwie Kent. Siedziba arcybiskupstwa anglikanizmu i prymasa Anglii. Jeszcze spała. Prymas też.

Nie było zimno. Wczesny, zmoczony na chodnikach ranek uśmiechał się chwilami pogodniejącym niebem. Czynny jakiś szynk... Wydać pierwszy funt czy go tylko obejrzeć? Przedsmak. Zanim zwiedziliśmy katedrę, przeszliśmy się po zaspanym jeszcze mieście starych, ale zadbanych piętrowych domów i zamkniętych sklepów. Kto by w niezbyt dużym mieście tak wcześnie otwierał sklep. Co innego zarobić na piwie… Monotonia i znużenie ustępowały. Zużycie. W katedrze wgapialiśmy się w grobowce arcybiskupów, oglądaliśmy piękny gotycki styl architektoniczny. Katedra jest cudowna. Ktoś nie był dowcipny i powiedział, że nie nadaje się na mieszkania. Budowana w latach 1070-1503! Łapaliśmy powietrze i się za głowy, i tak chodziliśmy po tym chyba czterdziestotysięcznym mieście. Nie doszliśmy do pałacu Tudorów i to był nasz pierwszy zawód. 
     Po wczesnym i mokrym ranku, po zwiedzeniu miasta i katedry z podnieceniem zaczęliśmy zbliżać się do Londynu.
     Chcieliśmy by Canterbury było wspaniałym wstępem i tak było.
I wreszcie przedmieścia stolicy Wielkiej Brytanii, liczącej dwa tysiące lat. W miarę zbliżania się do centrum Londynu, miasto rosło i piękniało; powoli zapomnieliśmy o zmęczeniu i prawie bezsennej nocy w autokarze. Coraz bardziej wzrastało nasze zainteresowanie obiektami, które mijaliśmy po drodze. Nasza wiedza o Londynie może nie była imponująca, ale pomogła nam w rozpoznaniu niektórych historycznych budowli. Dojechaliśmy do dzielnicy hoteli, niedaleko Hyde Parku, pod numer 47/48 Leinster Gardens, Heritage House Hotel, Londyn W2. Otrzymaliśmy oboje z żoną pokój numer 2 na parterze. Na zewnątrz hotel był odnowiony i nie różnił się wiele od innych, natomiast wewnątrz – stary i zużyty, żeby nie powiedzieć zardzewiały. Okno naszego pokoju wychodziło do „komina" powstałego ze ścian hotelu; wyposażenie pokoju to stary stolik o powierzchni ćwierć metra kwadratowego, stara szafa, chyba jednak nie z czasów królowej Wiktorii, szerokie łoże, zaścielone ciemnoniebieską bielizną pościelową, na bieliźnie koc przykryty kapą i wszystkie te części pościeli wciśnięte były pod materac w tyle łoża, a przód ułożony na dwóch poduszkach. Prysznic i ubikacja wbudowane zostały w pokój w postaci oddzielnych kabin. Gniazdo elektryczne wtykowe różniło się od gniazd wtykowych stosowanych u nas i należało pobrać w recepcji tak zwany adapter za trzy funty kaucji, który dopasowywał naszą wtyczkę do angielskiego gniazda wtykowego.

To umożliwiło korzystanie z prądu za pomocą naszych urządzeń. Jakich? Rozglądam się. A, tak, jest grzałka elektryczna, którą można włożyć do szklanki i zagotować wodę. Krany w umywalce zainstalowano w jej narożnikach, co uniemożliwiało jednoczesne korzystanie z bieżącej zimnej i gorącej wody, chyba że nalaliśmy wody do umywalki, która przecież służy do mycia i pozwala na oszczędne korzystanie z życiodajnej cieczy, wtedy po napełnieniu zakręcaliśmy…
     Po częściowym rozpakowaniu bagażu, kąpieli, spożyciu posiłku i krótkim wypoczynku wyszliśmy całą grupą na zwiedzanie miasta. Karolina Kozubska, Bronka Janiszewska i Jan Swadźba – również nazywany przez uczniów Jasiem oraz Józef Toczek oraz Danusia ze mną trzymaliśmy się razem. Weszliśmy do Hyde Parku, którego obszar jest prawdopodobnie mniejszy od Parku Kultury w Chorzowie. Zauważyliśmy przede wszystkim wielkie trawniki, równe prawie jak stół, trawa krótka i na bieżąco strzyżona. Wokół nich zieleń drzew, kwietniki, na ścieżkach ciężkie stylizowane ławki. W tym okresie kwitły też drzewa pewnego, nieznanego mi gatunku, rosnące pojedynczo nie tylko w parku, ale także w różnych miejscach na ulicach, także w Canterbury. Wszystkie gałązki tych drzew były gęsto obwieszone pękami różowych kwiatów, które przyciągały wzrok i bardzo zdobiły otoczenie. Widok poetycki. Trawniki wykorzystywano do różnych zabaw i gier, a po wyznaczonych bieżniach jeżdżono konno. W parku odbywały się też ćwiczenia gwardii królewskiej.
   Po kilkudziesięciu minutach doszliśmy do Opactwa Westminster, zobaczyliśmy Parlament i usłyszeliśmy Big Ben. Ale z wielkim zainteresowaniem zwiedziliśmy przede wszystkim Opactwo. Edward Wyznawca, natchniony widokiem normandzkich kościołów, wzniósł na terenie moczarów świątynię, której konsekracja odbyła się w 1065 roku. Po tygodniu od tej uroczystości król zmarł, a jego nagrobek znajduje się w głównej części Opactwa Westminster, wzniesiony  przez Henryka III w XIII w. Pierwszym koronowanym królem w Opactwie, w Boże Narodzenie w 1066 roku, był Wilhelm Zdobywca i od tego czasu odbywają się tam wszystkie koronacje. Pochowana jest też w Opactwie większość monarchów, aż do początków XIX stulecia. Oglądaliśmy również grobowiec Marii Stuart oraz inne grobowce i pomniki sławnych i zasłużonych, również wspaniałą kaplicę Henryka VII z XVI wieku... Ostatnia koronacja odbyła się tu w 1953 roku, gdy królową została Elżbieta II

 Windsor. W Opactwie pochowanych jest aż 3300 zmarłych, wśród nich królowa Elżbieta I, pisarz Karol Dickens, wspaniały  muzyk kompozytor Georg Friedrich Haendel, uczony Isaak Newton… Jest tu też tablica pamiątkowa Williama Sheakespeare’a. Nie obeszło się bez zdjęcia.
    Wielka świątynia, rozpychająca naszą wyobraźnię. Ale czy święta? Tej świętości nie było widać. Zbyt sensacyjna, budząca emocje i kryminalne historie.  
   Chwilami świeciło słońce. Po wyjściu z Opactwa spacerowaliśmy po mieście, oglądaliśmy z zewnątrz Parlament i Opactwo, słuchaliśmy objaśnień przewodniczki: – Patrzymy na Houses of parlament czyli The Palace of Westminster. Nad Tamizą. To neogotycki gmach, długi jak jamnik z głową podniesioną wysoko. Główny budynek posiada 280 metrową fasadę. Żeby zobaczyć całość, trzeba  nieco kręcić głową. Jest to patrzenie na wielką historię, przeżywanie jej w okamgnieniu. Czujecie to państwo? Widzicie? Największy parlament świata. Wewnątrz znajduje się 1200 izb. Doprawdy, można stracić wiarę. Pani przewodniczka nie wyjaśniła, dlaczego można by stracić wiarę.
     Przewodniczka mówiła dalej: – Na północy gmachu znajduje się to, co nas wprawia w bimbanie, wielki Big Ben. Bądźmy pogodni.      Słuchamy, fotografujemy, żeby zajechał z nami do domu. Niechby stanął gdzieś w okolicy Miechowickiej. – Turyści zegar na wieży nazywają Big Benem. Pokazuje czas, od tego jest, ale Big Ben to olbrzymi dzwon z 1858 roku, ważący 14 ton i wybija godziny.     
     Gapimy się wdrapując na wieżę, patrzymy pochłaniająco, ale nie znika, chcieliśmy, aby zadzwonił na nasze życzenie, ale on pewnie nawet o tym nie wiedział.   
  Zmieszani z tłumem przechodniów, zagłuszani hałasem przerywanej fali pojazdów, wśród których było bardzo wiele czarnych taksówek o nadwoziach z lat zaraz powojennych, ale nowych i czerwonych piętrowych autobusów miejskich, nie czuliśmy się zagubieni. Szliśmy główną ulicą Oxford Street, zadarci i zadziwieni, i zadowoleni, że jesteśmy w tym miejscu i może niektórzy z nas poczuli się jak król lub królowa na tronie koronacyjnym, ozdobionym szlachetnymi kamieniami, które oglądaliśmy w Opactwie Westminster.
    Był już wieczór, miasto rozbłysło milionem świateł i zmieniło swój wygląd, stało się bardziej tajemnicze i jakby zaczarowane, ale przechodniów i pojazdów nie ubywało; ktoś z nas widział Dickensa, w ja widziałem Conan Doyle’a; mieszkańcy Londynu i turyści mieli wciąż wiele  spraw do załatwienia, więc jechali, szli, czynili zakupy, siedzieli przy biurkach i stolikach  restauracyjnych, jedli lunch i pili herbatę, spieszyli się i bezmyślnie wpatrywali w wystawy zwykłych i eleganckich sklepów. Na kilka chwil staliśmy się londyńczykami i to nas fascynowało i satysfakcjonowało.
     W pewnym momencie pani Małgorzata powiedziała, że zostawia nas na Oxford Street. Spojrzała na mapę, odwrotnie trzymaną w ręce i wskazała kierunek – prosto i na końcu ulicy w lewo do Hyde Parku, a tam jest zaraz nasza ulica. I poszliśmy... w odwrotnym kierunku. Gdy zorientowaliśmy się, a w tym czasie rozbici byliśmy na kilka grupek, znacznie oddaliliśmy się od naszego hotelu. Dopiero po kilku analizach mapy i zasięgnięciu łamanym angielskim informacji od życzliwego przechodnia, o dwudziestej drugiej dotarliśmy do naszej siedziby.
     W czwartek wstaliśmy o ósmej. Odnowieni, wzmocnieni snem czuliśmy się dziarsko i młodo. Ciekawi byliśmy śniadania – co też nam podadzą. Spodziewaliśmy się, że będą jajka na boczku i grzanki, a były grzanki, masło, dwa rodzaje dżemu. Do wyboru – herbata z mlekiem lub kawa. Wybraliśmy pachnącą, gorącą, bardzo smaczną kawę z mlekiem; wypiliśmy po trzy filiżanki. Nie byliśmy rozczarowani. Zjadłem dwanaście trójkątnych grzanek, Danusia znacznie mniej. O dziesiątej poszliśmy przez Hyde Park pod pałac królewski Buckingham. Przy drodze dojazdowej i głównej bramie, ozdobionej złotem w górnej części, a także wzdłuż parkanu oddzielającego Pałac i dziedziniec od terenów przypałacowych, zgromadziły się tłumy turystów, którzy przyszli oglądać uroczystą zmianę warty; wszystkie miejsca przy parkanie były już zajęte, a rosły, a więc słusznego wzrostu policjant w czarnym mundurze i czarnym, znanym nam z filmów, hełmie, odsuwał gapiów od bramy. Drugi dżentelmen podobnej postury działał po lewej stronie bramy. Turyści wykorzystywali ich obu, stając przy każdym z nich to z lewej, to z prawej strony i wykonując zdjęcia. Obaj nie protestowali, nie stali też sztywno na baczność i przez to zdjęcia mogły być ciekawe. Po obu stronach głównego wejścia do Pałacu, a więc już za ogrodzeniem, a także przy wejściach bocznych stali wartownicy, za których plecami znajdowały się budki wartownicze. Gdy udało się nam obojgu powoli dopchać do płotu, po lewej stronie głównego wejścia do Pałacu stał już oddział gwardii królewskiej. Dowódca wydawał jakieś komendy, a potem maszerował kilkakrotnie wzdłuż szeregu gwardzistów i wymachiwał szablą, natomiast inni stali nieruchomo. Pokazywali nam kim są i co robią dla nas. Była 10:50, gdy usłyszeliśmy zespół kobziarzy, jakby grających coraz głośniej, a tymczasem oni  szli z zewnątrz i zbliżali się do głównej bramy, prowadzili następny oddział gwardii. Po kilkunastu minutach usłyszeliśmy, gdzieś tam za pomnikiem Wiktorii, orkiestrę. Znowu muzyka narastała, stawała się coraz głośniejsza, aż ujrzeliśmy „dęciaków", którzy prowadzili następny, większy oddział. Zaczęły się przepychanki, a w międzyczasie do pałacu przyjechał powóz zaprzężony w cztery konie, z asystą konną na przedzie i z tyłu. Książę? – zastanawiali się ludzie. Karoca zniknęła w pałacowej bramie, uspokoiło się, tymczasem orkiestra ustawiła stojaki nutowe w półkole i zaczęła grać marsze, a dowódcy wydawali komendy, rozprowadzali gwardzistów i kontrolowali strażnice. Każdy przemarsz oddziału lub pojedynczego gwardzisty kończył się krokiem, polegającym na podniesieniu do poziomu zgiętej w kolanie kolejno lewej i prawej nogi, a następnie wykonaniu przytupu, co było jakby zaakcentowaniem zakończenia marszu i dawało odpowiedni efekt. Zastanawialiśmy się, jak oni mogą się poruszać w tych zsuniętych na oczy, ciężkich, dużych i puszystych, czarnych czapach – przecież nic nie widzą. Ktoś żartobliwie zauważył, że oni nie muszą widzieć, bo mają jaskrawo czerwone mundury, widoczne z daleka i nikt na nich nie wejdzie i nie wjedzie, nie ma więc obawy o rozdeptanie. Piękna fanfa. Co się nie robi… Chcieliśmy zobaczyć, bo to dla nas i zobaczyliśmy. Co jeszcze dla nas? – ktoś krzyczał wewnętrznie.
     Dziesiątki turystów wykonywało zdjęcia, kamerowało przebieg zmiany warty. Danusia wsunęła prawą rękę za kraty, wzięła aparat fotograficzny z lewej ręki i wykonała prawą kilka zdjęć. Widząc kolorowe oddziały gwardii królewskiej trudno było się powstrzymać, bo w tej wyjątkowej dla nas chwili, to co widzieliśmy wydawało się szalenie ważne: Popatrz! Tam byliśmy. Myśleliśmy, że tak właśnie powiemy. Popatrz! Pomnik Wiktorii. A to Pałac Buckingham. Popatrz. Dlaczego nie patrzysz? Już widziałem.
   Gra orkiestra dęta. Słyszysz? Słyszę. Jacy oni bajkowi! Na zdjęciu też gra? Jakby wyszli z jakiejś książki. Jakiej? No właśnie. A oni robili rzeczy nieważne, byle zadowolić turystów i podtrzymać tradycję, i dostać pewną kwotę funtów na to, żeby znowu mogli… Zabawnie to wyglądało, nie będę przemądrzały, byłem zachwycony, gdy dowódca sprawdzał ze wszystkich stron jednoosobową strażnicę. Są to jednak normalne czynności kontrolne i nie ma się czemu dziwić, i ja wcale się nie dziwię, ja to aprobuję, a poza tym przed każdym pałacem prezydenckim jest jakaś straż i wcale nie chodzi o tradycję. – Już więcej nie jadę z tobą na wycieczkę. A do Londynu  na  pewno. Zagapiliśmy  się,  że  słuch  nam zaginął; wzrok trzymał kierunek, a za terrorystami jeszcze za bardzo się nie rozglądano.
     Kiedy nagapiliśmy się, a była już godzina dwunasta z minutami, przewodniczka zwołała swoją owczarnię, policzyła nas i powiedziała krótko: – Idziemy do Galerii Narodowej. – Po ile bilety? – ktoś zapytał. – Zobaczymy – odparła pani Małgorzata. Okazało się, że wpuszczają wszystkich bez biletów. Czwartek to dobry dzień tygodnia.
     Doszliśmy do słynnego placu Trafalgar Square, gdzie odbywają się demonstracje społeczne i polityczne, a także uroczystości – zabawy noworoczne. To wielki plac uznawany za centrum Londynu.    
     –  Proszę pani, kiedy zbudowany?
    – Jak to kiedy, w pierwszej połowie XIX wieku, a nazwę przyjęto od słynnego admirała Viscounta Nelsona. Centralnym punktem jest kolumna Nelsona, wysoka na 170 stóp, to jest ponad 50 metrowa, bądźmy szczegółowi: w czterech narożnikach kwadratowej podstawy cztery wielkie, brązowe lwy odlane z brązu z przetopionych francuskich dział, to stróże i obrońcy placu i kolumny. – A lwy pilnujące szkoły muzycznej w Chorzowie gdzieś zaginęły. Były betonowe, ale zabytkowe i szkoda lwów. – Miejmy nadzieję, że nie uciekły. A jeśli chodzi o Nelsona, to pokonał on francuską flotę w bitwie morskiej niedaleko hiszpańskiego przylądka Trafalgar w 1805 roku. Podziwiamy też pomniki króla Wielkiej Brytanii Jerzego IV z 1840 roku, proszę spojrzeć, generała Charlesa Gordona i amerykańskiego generała Georgia Washingtona i sir Charlesa Napiera z 1855 roku. Natomiast pod ziemią przecina się pod placem pięć linii metra, a także tu dojeżdża wiele autobusów kilkunastu linii.Czy państwo oczekują jeszcze szczegółowszych informacji?
    – Co Nelson lubił najbardziej? Chodzi mi o potrawy.
    – Ale pan ma strzały. Zrazy Nelsona? Nie mam w tej chwili menu Nelsona i trudno mi powiedzieć. Ale to nazwisko dużo nam mówi, prawda? Dodam jeszcze, że w latach sześćdziesiątych (XX w.) Trafalgar Square był miejscem spotkań buntowników artystycznych i politycznych, takich sobie i hipisowych futurystów beznadziejności, przeciwników wojny w Wietnamie, wśród których była i Vanessa Redgrave i Tarik Ali. Gdy trwała przerwa w wielkim koncercie rozrywkowym, w czasie którego można było popalić haszysz i powrzeszczeć, ale nie tylko w tym czasie życie manifestacyjne nabierało czerwonych barw.

Oni wtedy tacy byli. Rozłazili się na cztery strony świata, myśleli, że uda się im strącić Słońce z piedestału, ale oni buntowali się nic z siebie nie dając. Taka lekka szczegółowszczyzna.
Ciekawe, co by zrobili, gdyby zabrakło trawki? Może by się udali razem z baranami na pastwiska… Wtedy Lenin też dobrze się czuł na Placu Czerwonym. Teraz już mniej dobrze. To w tamtych latach wynaleziono sposób na nudę, uważano bowiem, że wszystko, co robiły starsze pokolenia jest beznadziejne.
     – Czy dzisiaj jest inaczej, proszę pani? Pani kontynuowała:
  – Wtedy młodzi najlepiej czuli się w pubach i modnych dyskotekach, na stałe puszczających korzenie na całym świecie. Ten styl istnienia i zaspokajania potrzeb haszyszowo – seksualnych, za sprawą spaczonych handlarzy i wyzyskiwaczy ludzkiej naiwności i zaściankowej zachciankowości, tudzież zaciekawienia wynikającego z niewiedzy i głupoty, ogarnął dość szerokie rzesze młodzieży, narzucając im styl życia w niszach ściekowych, które podniecały i wyniszczały, a „tamtym” naganiały pieniądze do banków i portfeli.
     To było mrożące. Rozumieliśmy, co pani przewodniczka miała na  myśli. U nas też zaczyna się dziać.
     Wstąpiliśmy do toalety i baru. Och, zrobiło się lżej.
     W pobliżu monumentalny gmach, to Galeria Narodowa, na deser wykwintny jak legumina z sosem z marcepana. Nie ma takiego. Bogactwo nie tylko artystycznej przeszłości. Gołębie nas nie interesują. Mamy w Chorzowie. Być może pigeons się obraziły, bo nie siadały w pobliżu, omijając wycieczkę, nie tak jak w Paryżu na placu przed Ratuszem, gdzie obdziobują uszy. 
     Weszliśmy, a potem poszliśmy zgodnie z kierunkiem zwiedzania, ale wielka liczba obrazów wielkich malarzy zamąciła nam porządnie w głowach. Obrazy to dusze czasów, których już nie ma. Muszę ich wszystkich, których zapamiętałem, wymienić. Czuję to. Chcę zapamiętać, żeby móc się wymądrzać: Holbein – ojciec i syn, Cranach, Giotto, Leonardo da Vinci, Botticelli, Rafael, Tintoretto, El Greco, Bruegel, Van Dyck, Tycjan, Caravaggio, Michał Anioł, Jordanes, Rembrandt, Rubens, Velazquez, Picasso, van Gogh, Cezanne, David, Goya, Delacroix, Canaletto... Nadmiar, można zemdleć albo zapomnieć gdzie się jest. Rozkosz. Poruszaliśmy się nieco osłupiali, chociaż nie jak słupy, chociaż nie pierwszą galerię zwiedzaliśmy, byliśmy przecież w Ermitażu, w Wersalu i w Luwrze, rozmawialiśmy z czasami Napoleona, a jednak... Za mało czasu.

Za mało. Jak strawić to, co w oczach? Mało, mało… Co nam stało? Niemożliwe, pani przewodniczka mówi, że policzyła, jest ponad 2300 obrazów. Policzyła? Uśmiechamy się i rozumiemy panią przewodniczkę.
Najstarszy obiekt malarski w tej Galerii pochodzi z 1250 roku. Nas na początku ucieszyło to, że Galerię można zwiedzać bezpłatnie, ale już w środku natychmiast zapomnieliśmy, że nie wydaliśmy kilku funtów.
    Z wrażenia, czy też z urzeczenia usiedliśmy parę razy w miękkich fotelach. A może to było zmęczenie? Do tego się nie przyznawaliśmy. Czuliśmy się tak, też nie pierwszy raz, jakby ktoś kazał nam wypić w krótkim czasie wiadro znakomitych trunków. Należało pić z sensem, delektując się, oglądając to i owo, smakując i przeżywając. Zdzierżyliśmy jakoś ten natłok wrażeń, z których sporo pewnie się rozlało. Po zakończeniu zwiedzania i wyjściu na zewnątrz Galerii Narodowej – otoczenie, w którym się znaleźliśmy drażniło nas swoją szarością i hałasem.
   W pobliżu Galerii znajduje się kościół św. Marcina. Kiedyś? bezdomni znajdowali tu schronienie, a biedni otrzymywali pożywienie.
W czasach współczesnych kościół znany jest z Koncertów muzyki poważnej, nie tylko klasycznej. Przy kościele działa, znana w świecie Akademicka Orkiestra Kameralna, na której „wzorował się" nasz dyrygent Maksymiuk i również podobną orkiestrę założył. Nie znaliśmy tej orkiestry. Nie wiemy więc w jakim świecie, a może w którym? Czy jest kilka światów? To zależy. W programie z 2 maja: Bach: Koncert Brandenburski nr 4 i 5; Vivaldi: Guitar Concerto in D major; natomiast 3 maja o 19.50 w programie Mozart: Symfonia nr 1 „London", Violin Concerto in A major, Eine Kleine Nachtmusik, Symfonia nr 29. Ceny biletów: £15, £12, £9, £6 (funtów).
Oto czego nie zobaczymy i nie usłyszymy. W czasie naszego pobytu w kościele orkiestra miała akurat próbę. Nie wiedzieliśmy wtedy, że 15 maja wystąpi na Festiwalu w Łańcucie. Oboje z żoną słuchaliśmy i oglądaliśmy jej występ w telewizji Katowice, co było dla nas iskrzące i miłe.
     Radośnie kumkam. Z ulotki: CONCERTS at St MARTIN-IN-THE-FIELDS Join our monthly Mailing LIST... Ale o co chodzi – szepcze wiatr do ucha. Proszę państwa, muzyka jedwabiem pociągnięta.
     Kościół posiada piękny portyk koryncki i elegancką wieżę iglicę. W krypcie mieszczą się między innymi księgarnia i restauracja. Nie wejdziemy. Nie mamy za dużo funtów i brak czasu. Są w kościele ważne portrety... Proszę powiedzieć, jakie? Jakie.

Jakie, ważnych osób z przeszłości. Jeszcze zapiszcie adres: ST MARTIN-IN-THE-FIELDS, TRAFALGAR SQUARE LONDON WC2N 4 J .
     W Muzeum Brytyjskim tłumy zwiedzających. Być może dlatego, że to czwartek? Znowu czwartek? Cały czas. Jak na Londyn przystało.
Nie trzeba płacić wstępu. Nie. W wielkim holu ruch jak wśród pszczół. Ktoś stał z ulem i tłumaczył się przed strażnikiem, że to nie z muzeum. Że to jego prywatny ul. Pszczół na razie nie ma, bo poleciały na zbiór nektaru. A jak się pan nie odczepi, a one przybędą, to może odbyć się żądlenie. Strażnik zrezygnował. Dał wiarę w prawdziwość słów turysty. Obok nas pełno ludzkich istot, których nie znamy. Ul się wyniósł. Ludzkość miała swoje bieżące interesy.
   – Czy tych ludzi też mamy oglądać? – zapytałem pani przewodniczki.
    – Zobaczycie państwo, ile można było zdobyć zabytkowych przedmiotów, gdy było się kolonizatorem. Ktoś: – Wszyscy grabili. Wszyscy to z pewnością wszystkie ludy na przestrzeni wieków. Pani Małgorzata nie wdawała się w dyskusję. Największe zainteresowanie  wzbudzały mumie egipskie i posągi cesarzy rzymskich. Koniecznie należało wykonać kilka zdjęć. Ustawiałem się do foto z Neronem i Kaligulą… No właśnie. Nie było? Kto powiedział? Nasza grupa rozpierzchła się po całym muzeum; zostaliśmy z żoną porwani przez nurt zwiedzających i płynęliśmy wokół drogocennych wysp ze starożytnej biżuterii, złotych naczyń, nieznanych nam przedmiotów codziennego użytku, narzędzi... aż do posągów rzymskich cesarzy i mumii egipskich – cmentarza za szkłem i otwartych trumien z ludzkimi szczątkami w zwojach tkaniny. Szukałem Totmesa III – najbardziej wojowniczego faraona, który był królem Egiptu od około 1502 roku p.n.e. To przecież nie Dolina Królów. Tak, Totmes zadziwił mnie siedemnastoma zwycięskimi wyprawami, dzięki którym rozszerzył terytorium kraju jak żaden z faraonów. Odniósł zwycięstwo pod Megiddo, dotarł do Eufratu, zatem Egipt sięgał aż do tej rzeki na zachodzie; w wyniku podbojów w Nubii dotarł aż do IV katarakty. Nałupił ze swoim wojskiem różnych skarbów i zawsze wracał cało i zdrowo. Po nim rządził jego syn Amenemhotep III. Już jako dziecko został namaszczony do rządzenia, ale odsunęła go macocha Hatszepsut. Gdy zmarła, a może z polecenia Totmesa została otruta, przejął rządy. Na starość kazał zniszczyć płaskorzeźby Hatszepsut, a jej grób, być może polecił również zniweczyć, taki nienawistnik z niego. I jeszcze mają o tym mówić turyści? O czym rozmawiać… turyści…? To znaczy mają o czym. Już milej byłoby o Nefretete i Echnatonie.

Ach tak, to tyle wieków za nami. Czy coś się zmieniło? Przewodniczka ma rację. Nałupił. Właśnie. Bandaże, mumie… zwoje… Totmes udoskonalił narzędzia wojny. Wprowadził jako broń łuki, używał w walce rydwanów, zastosowano zbroje z brązu. Brąz kojarzy mi się ze świecznikami.
   – Można obejrzeć, ale w Kairze – poinformowała. Rozczarowanie lekko pofałdowało czoła. Resztki zapisane na murach, skałach, opisujące wojny Totmesa. W Muzeum Brytyjskim ich nie ma. 
     – To gdzie można go spotkać?  
     – Nie uważał pan. Mówiłam.
     Stanąłem przy posągu Hadriana, a Danusia wycelowała we mnie i pstryknęła. Pewności nie było, ale powinno się udać. Utrwaliliśmy siebie przy mumiach, gablotach, naczyniach, narzędziach i przedmiotach ozdobnych. Ale po co? Nie wiemy, która mumia kim była za życia, nie wykonywałem żadnych notatek, nie mieliśmy katalogu. Pośpiech jest stratą czasu. Komu potrzebny jest ten starożytny świat? Wszystkim. Denerwujące pytanie. Dziesiątki lat żmudnej pracy archeologów. Historia i legendy. Zobaczyliśmy przeszłość, która wywarła na nas wielkie wrażenie. Ale nie tylko o to chodzi. Oni byli przed nami, nie wypadliśmy sroce spod ogona.
   Umówiliśmy się, że po zwiedzeniu Galerii spotkamy się na schodach do tego kościoła, opiewanego muzyką. Tymczasem stało się coś dziwnego, czego nikt nie zaplanował i nie przewidział.
   Oto wyszli za nami dwaj Ambasadorzy Hansa Holbeina młodszego – jeden z globusem, a drugi z cytrą, stanęli naprzeciw nas. Globus i instrument leżały na stole, nie musieli daleko sięgać.
     – Państwo są już tu, przy kościele – odezwał się ten w krótkiej pelisie z białymi, puszystymi wyłogami i ze złotym medalionem na złotym łańcuchu, zawieszonym na szyi. – Najważniejsze, że zdążyliśmy – dodał, wykonując ręką ruch jakby chciał zdjąć z głowy płaskie (jak naleśnik) nakrycie.
     – Zmęczyliśmy się trochę, bo to pierwsze nasze zejście z obrazu – powiedział ten drugi w brązowym, ze skóry okryciu, długim do ziemi, podobnym do szlafroka i szarpnął palcami struny cytry.
   – Przepraszam – powiedziała wcale nie zmieszana przewodniczka. – Panowie przyszli do nas? 
     – Nie spodziewaliśmy się i jesteśmy zaszczyceni – odezwała się moja żona.
      – Drobiazg – odparł ten ze złotym łańcuchem. I rzekł:
     – Państwo nas oglądali z takim zainteresowaniem i przejęciem, że postanowiliśmy odwdzięczyć się jakoś. Ich łagodne oblicza jeszcze bardziej stały się przyjazne.  
     – Zwłaszcza, że państwo, aby się z nami spotkać, przejechaliście ponad dwa tysiące kilometrów – powiedział ambasador w pelisie z wyłogami i globusem w dłoniach.
     – Oto nasze podarki – rzekł ambasador w skórzanym, długim okryciu – globus i instrument szarpany.
     – Panowie są bardzo szczodrzy – zauważyła pani Karolina.
     – Doprawdy – powiedział pan Jan – jest to cudowne i nieprawdopodobne. Czy wolno nam przyjąć takie podarki? Sprawdzę równaniem z trzema niewiadomymi.
     – Aż tyle niewiadomych? – zdziwił się Holbein.
  – Pani Danuto, oto instrument – zwrócił się do żony ambasador       w długim okryciu.
   – Uprzejmie dziękuję, jestem zaszczycona – odparła moja małżonka. – Jeżeli przyjmę ten prezent w imieniu naszej grupy, to co będzie z obrazem ? Przecież nie wstawimy tam gitary.
     – Proszę się nie martwić, poprosimy Hansa żeby domalował te dwie rzeczy – pocieszył ją ambasador z globusem.
     – Obawiam się, że jest to niemożliwe – powątpiewała moja żona.
     – Szanowna pani, jeżeli my tu jesteśmy, to i uzupełnienie obrazu przez Hansa jest możliwe.
     – Macie panowie rację – zgodziła się – ale nasza radość nie miałaby końca, gdybyście panowie położyli te przedmioty w tych samych miejscach, które przeznaczył dla nich Holbein młodszy.
     – Czy pani mówi w imieniu całej wycieczki? – zapytał któryś z panów ambasadorów.
     – Tak – potwierdziła pani Bronisława.
     – Jestem tego samego zdania – dodała pani Małgorzata.
Pan Jan zażartował:
     – Ja też, ale ja nie uczę ani muzyki, ani geografii. Jestem matematykiem. Moi absolwenci…
     – Panie Janie, wiemy, wiemy, są znakomici, tak jak pan. Mamy też instrumenty przydatne w matematyce – powiedział ambasador ze złotym łańcuchem. – Niestety, dzisiaj już nie zdążymy ich państwu przynieść, ale zapraszamy za rok, dokładnie 2 maja 1997 roku. Przyjedziecie państwo? Odpowiedzieliśmy wszyscy zgodnie i z entuzjazmem:   
     – Tak! Uprzejmie dziękujemy za zaproszenie.
Pan ambasador w długim, brązowym okryciu powiedział na koniec: 
     – Najwygodniej będzie przylecieć samolotem. A na lotnisko poślemy po państwa powozy.
     – Bardzo dziękujemy – odparliśmy chórem.
     Po tym wydarzeniu, gdy panowie ambasadorzy już się oddalili, zapanowała konsternacja. Cisza. Nikt nie potrafił sobie uświadomić, co się stało i czy w ogóle coś się stało? Zaproponowałem, abyśmy obejrzeli jeszcze raz obraz Hansa Holbeina, ale nikt na to się nie zgodził i postanowiliśmy zwiedzić kościół świętego Marcina.
Umówiliśmy się, że spotkamy się na schodach do świątyni. Tymczasem wybiegli za nami dwaj Ambasadorowie Hansa Holbeina, jakby nie chcieli się z nami rozstać. Pan Jan powiedział do pana Eustachego: – Jak pan to zrobił? Ten obraz należy szybko odnieść do muzeum, bo nigdy stąd nie wyjedziemy.
Eustachy śmiał się jakby usłyszał niesłychanie śmieszny dowcip. A to dlatego, że Eustachy kupił sobie kserokopię obrazu! Dziesięć funtów. Tanio. Bardzo drogo jak na naszą kieszeń. Obaj panowie podpisali kopię w imieniu Holbeina. Widocznie byli uprawnieni.
     Kiedy zakończyliśmy zwiedzanie, usiedliśmy w holu, aby zjeść kanapki i napić się soku owocowego, który nosiliśmy ze sobą.
Podszedł do nas strażnik ze srogą miną i zaczął coś mówić. Zrozumieliśmy, że nie wolno w tym miejscu niczego konsumować. Pewnie miał rację. Wyszliśmy przed zaśmiecony gmach i usiedliśmy na ławce między kolumnami. Strażnicy zaczęli wypraszać turystów z gmachu i dziedzińca Muzeum. Godzina zakończenia zwiedzania tuż. 
     Zebraliśmy się przed główną bramą i po sprawdzeniu obecności poszliśmy do Soho Square. Tu na kilku uliczkach skupione są sklepy pornograficzne, bary i restauracje oraz „punkty uciech erotycznych"? Na co tu się gapić? Nie było nam ani porno ani duszno. Byliśmy głodni. Gdzie się podziali seksualiści?
Znaleźliśmy nieduży bar, do którego wcisnęła się spora grupa
osób z naszej wycieczki. Zamówiliśmy rybę z frytkami i sałatką jarzynową. Na to było nas stać. Oboje zapłaciliśmy 8,5 funta, inni nieco więcej. Kelnerką była polska dziewczyna. Zapytałem:
     – Od dawna pani tu pracuje?   – Od dziesięciu minut – odparła.

Zaraz przypomniał mi się kawał. W tramwaju pewna dziewczyna powiedziała głośno do swej koleżanki:
     – Jestem w ciąży!
     Koleżanka zdumiona popatrzyła na nią i na faceta, na którego kolanach tamta siedziała i nie zauważyła nic szczególnego. Wydawało się jej, że to niemożliwe. Zapytała:
     – Od kiedy?
     – Od pięciu minut!
     A koleżanka pomyślała: „Jak on to zrobił?”
     Chyba zbieg okoliczności. Zabieg. By się przydał. Dziewczyna szukała pracy i weszła do tego właśnie baru. Ponieważ bar był pełen Polaków, a ona była Polką szukającą zajęcia – szef zatrudnił ją, potrafiła przecież mówić po polsku i znała język angielski. Była studentką. Mogła podawać rybę smażoną z frytkami i sałatką jarzynową. Do tego piwo albo woda mineralna.
     Kilka razy przechodzili obok nas inni Polacy i wtedy poczuliśmy się bardziej swojsko i raźniej w tym egzotycznym, ludzkim gąszczu, ale nie próbowaliśmy z nimi rozmawiać. Najważniejsze, że byli. Rodaków spotkaliśmy również w Galerii Narodowej, w barze przy naszym stoliku.
   Ostatnim punktem programu dnia było oglądanie Londynu wieczorem. Tysiące latarni ulicznych, kolorowe reklamy, oświetlone słynne budowle i ciekawsze inne obiekty, tysiące świateł samochodowych i świateł na skrzyżowaniach, atrakcyjnie oświetlone wystawy sklepowe – wszystko to razem spowodowało, że centrum Londynu wyglądało niezwykle, nie chcę powiedzieć, że bardzo romantycznie, bo to zbyt zwykłe i oklepane.  
     Jeszcze raz oglądaliśmy Parlament, Opactwo, Trafalgar Square, Picadilly Cirkus ze statuą Erosa, Buckingham i pierwszy raz – Tower i Tower Bridge, na który patrzyliśmy z niedowierzaniem, bo może to nieprawda, że go widzieliśmy?
Po przejechaniu Tower Bridge znaleźliśmy się jakby w innym mieście – ciemniejszym, spokojnym, o małym ruchu ulicznym. Nie ten Londyn.
W dzielnicach, w których są fabryki i warsztaty, wieczorem jest dość ciemno, mniejszy ruch i mniej bezpiecznie. W dzielnicach biurowych ruch przypada na godziny urzędowania – do siedemnastej, osiemnastej, dziewiętnastej; nieduży ruch panuje w dzielnicach mieszkaniowych.
Tłoczno jest na głównych ulicach wzdłuż i wszerz miasta.
  
Była może 21.50, gdy przejechaliśmy znów przez Tower Brigde na Tamizie i pojechaliśmy na parking.
     W piątek nasze Święto Narodowe 3 Maja.
Nie myślimy o tym, że święto. Zabraliśmy z hotelu bagaże, Danusia przygotowała stos kanapek na drogę. Zanim jednak opuścimy Londyn, jeszcze wiele zobaczymy, mamy czas do późnych godzin popołudniowych.
   Zaczęliśmy zwiedzanie od długiej jazdy przez zatłoczone centrum. Na każdym skrzyżowaniu postój. Pojazdy smrodzą i czekają na zielone światło. Czasem wydaje się nam, że już nie ruszymy z miejsca. Że Londyn to same skrzyżowania – czerwone i zielone światła. Poruszamy się  z prędkością żółwia, który ogląda wystawy sklepowe. Przydałby się ekspresowy wiatr. W pewnej chwili, dość niespodziewanie, przewodniczka mówi przez mikrofon: – Widzicie państwo te kolejki? Przejeżdżamy obok Gabinetu Figur Woskowych Madame Tussaud’s. Wszyscy        z naszego autokaru rozglądają się, szukają tego słynnego budynku, co ich bardziej interesuje, niż kolejki, którymi pani Małgorzata chce nas przestraszyć i zniechęcić.
    – I co, nadal macie państwo ochotę zwiedzać Gabinet Figur Woskowych? – mówi po kilku sekundach. Minęliśmy budynek Gabinetu, autokar jechał dalej, nie wiadomo gdzie. Zapanowała cisza, potem były szmery, a za chwilę mały rwetes. Pierwsze odezwały się niezadowolone dwie panie, siedzące za nami, do nich dołączyliśmy i my z naszej podgrupy. Rzeczywiście, patrząc na dwie około pięćdziesięciometrowe, potrójne kolejki – jedna dla turystów indywidualnych, a druga dla wycieczek – można się pokryć lękiem i zwątpić, ale być w Londynie i nie zobaczyć Madame Tussaud’s, to byłoby nie do wybaczenia.
   Po naradzie z panem Józefem Toczkiem, kierowcami i niektórymi turystami, przewodniczka przedstawiła plan:
     – Proszę państwa, jedziemy przez Tower Bridge za Tamizę, tam na parkingu zostawimy autokar i zrobimy spacer po Tower Bridge. Dojdziemy do Tower of London, jeśli będziecie chcieli zwiedzić to słynne królewskie więzienie i przechowalnię klejnotów, jest tam królewskie berło z największym 530 karatowym brylantem, nazywanym Gwiazdą Afryki, to proszę bardzo. Więzienie to zamek z kamienia, słynna twierdza. Do XVI wieku mieszkali tu królowie, potem przenieśli się do Westminster Palace. Więziono tu Elżbietę I, na dziedzińcu stracono Annę Boleyn i Katarzynę Howard. Najstarsza w twierdzy jest Biała Wieża.

A potem kto z państwa będzie chciał w nim zostać to proszę bardzo… przepraszam, pojechać  ze mną  metrem  do Madame Tussauds po bilety,
to też proszę bardzo, a reszta państwa przyjedzie pod Gabinet autokarem. Czy odpowiada państwu ten plan?
     – Tak – zaśpiewał chór..
     Idąc zza Tamizy przez most wykonywaliśmy utrwalanie obiektu na kliszy fotograficznej i oglądaliśmy jego niespotykaną konstrukcję.
W wieżach umieszczone są urządzenia do podnoszenia środkowej części mostu, gdy między nimi ma przepłynąć żaglowiec albo duży statek. Była taka nimfa, która między nogami przepuszczała żaglowce z postawionymi masztami… W tym czasie na drugą stronę mostu można przejść wchodząc schodami na wieże i po pomostach – na lewy lub prawy brzeg Tamizy. Most nas prawie oczarował, jak dziecko duża zabawka, też mostowa, którą nasze wnuki trzymają na półce w swoim pokoju.
  – Czy możemy go zabrać do domu? – zapytałem panią Małgorzatę.   – Oczywiście, nie wiem tylko czy zmieści się w autokarze.
   – Ale zmieści się na kliszy fotograficznej – powiedziałem. – Właśnie. Dobry pomysł. Zabierajcie państwo, ile chcecie.
Dla seniorów wstęp do Tower po 5,5 funta. Z dużego dziedzińca weszliśmy do budynku, gdzie przechowywane są klejnoty koronne. Przedtem jednak szliśmy w półmroku zygzakiem między barierkami, w tłumie zwiedzających i oglądaliśmy na trzech ekranach koronację Elżbiety II, dwór królewski i klejnoty. Zanim przeszliśmy przez komnatę film się skończył. Odnotowuję: Widzieliśmy klejnoty koronne królów i królowych Wielkiej Brytanii. Szlachetne kamienie oprawione w złoto. Kunszt jubilerski. Dzieła artystów. Sztuka pierwszej klasy. I dalekie od codziennej szarości, przeplatanej drobnymi radościami... Jak się nazywały?
Wśród grubych murów i baszt, wokół miejsca straceń na placu – starsi i dzieci białe i czarne... i my jak dzieci. Żona stanęła za grupką tych uroczych stworzeń, którym opiekunka coś opowiadała, może właśnie o tragicznych scenach sprzed setek lat, a ja uchwyciłem ten moment i władowałem do pudełka przez obiektyw. Poczułem, że zadrżałem. Jakbym na drewnianym pniu zobaczył zakrwawioną głowę, która akurat rozstała się z resztą ciała i straciła życie spadając do kosza. Zobaczyłem jeszcze inny obraz: Stoję przy zakrwawionym pniu. Widzę jak któreś z rodziców odcina łeb kurze albo kaczce. Nie było innej możliwości żeby ugotować rosół, albo czerninę. Doznałem małego dreszczu. Nie powinienem chyba takich rzeczy oglądać. Danusia po wykonaniu fotografii szybko odeszła od miejsca, gdzie żywi tracili nadzieję i życie.
     Od tamtych wydarzeń dzieliła nas gruba warstwa czasu, a jednak spotkanie ze śladami dość dalekiej przeszłości, specjalnie spreparowanymi, żeby wywoływać dreszczyk, zrobiło na nas duże wrażenie i zgasiło uśmiechy. Dla tych, którzy tam tracili głowy, to miejsce było wyróżnieniem, ponieważ odchodzili z tego świata w obecności tylko kilku osób i ciszy, bez udziału hałaśliwej gawiedzi, traktującej ścięcie jako widowisko. Kiedy wyszliśmy za mury Tower poczułem ulgę. Podświadomie uważaliśmy pewnie, że nasz świat jest lepszy.
    Zło, które dzieje się daleko od nas, wydaje się abstrakcją i chociaż często nas przeraża, nie odczuwamy zagrożenia, chyba, że zbliża się do nas. Potrafimy współczuć w nieszczęściu, zadowoleni, że to nas nie dotyczy. Potrafimy się oburzać i wstawiać za kimś, jeżeli mamy w tym swój interes. Nasz świat nie jest lepszy.
    Spotkaliśmy się nad Tamizą niedaleko Tower Bridge, gdzie znowu pani Małgorzata sprawdziła, ilu nas jest. Rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Większość wolała jechać autokarem do Madam Tussaud’s i nie wydawać funtów na podróż metrem. Wracając za Tamizę na parking, bo metro nie jest znowu taką atrakcją, chyba żeby jechał nim Winston Churchill albo spotkalibyśmy w nim Charlesa Dickensa, jeszcze raz obejrzeliśmy most (w tym samym dniu jeszcze dwa razy autokarem przejeżdżaliśmy przez Tower Bridge), upewniliśmy się, że nikt go nie rozmontował, nie wysadził z siodła, nie ukradł, nie wysadził w powietrze. Szedł chłop bez Tower Bridge przez czapki i zaszedł do Hożofa.
     Akurat pan Jan wykonywał nam zdjęcie na tle wieży mostu, gdy w niedalekiej odległości zauważyliśmy znaną, słynną postać książkową i filmową, mianowicie Sherlocka Holmesa. Już z daleka uśmiechnął się do nas troje. Powiedział:
     – Pani Danuto, panie Eugeniuszu, panie Janie – witam państwa w Londynie na słynnym moście. Cieszę się ze spotkania. Tyle o państwie słyszałem, że postanowiłem spotkać się z miłymi gośćmi w tym nietuzinkowym miejscu. Wprawdzie mój ojciec Artur Conan Doyle o tym nie wie, ale w tym wieku rodzic nie interesuje się, co jego „rodzony” syn wyprawia. I nie czekając na to, co powiemy, kontynuował:
     – Zapewne jesteście państwo zaskoczeni i zdumieni. Otóż nic w tym nadzwyczajnego. Od mojego przyjaciela doktora dowiedziałem się, że jesteście państwo w Londynie. Reszta to sprawa dedukcji.
Ale opowiadajcie, co  nowego w  Polsce? Nie  byłem nigdy w tym kraju, to prawda, wiem jednak, że dokonano u was historycznego zwrotu. Zawsze byliśmy zarozumiali i najważniejsza na świecie była nasza wyspa. Ten pan Lech Wałęsa, co skakał przez płot, przeskoczył historię. Tak można powiedzieć. Wałęsa jest symbolem przemian w Europie. To jest genialne. On się z wami dzisiaj spotka. Nie jestem zadowolony tylko z tego, że zachodni politycy i dziennikarze więcej piszą i krzyczą o obaleniu muru berlińskiego niż o Solidarności. Wiadomo, że gdyby nie było Solidarności, Mur Berliński – że wypowiem te słowa zaczynając od dużych liter – miałby się dobrze. No i enerdowcy, którzy najpierw uciekali do zachodnich Niemiec, teraz by nie musieli narzekać, że są dyskryminowani po zjednoczeniu kraju. I tu znowu Pan Wałęsa…
Właśnie chciałem zaproponować spacer po gabinecie Madame Tussaud’s. Wiem, chcecie jechać autokarem. A może dorożką? Nie chcecie. Czy widzieliście Winstona? On też się wyraża chęć spotkania z wami zobaczyć. Jakie to niespotykane, prawda? Może mniej się będziecie dziwić, gdy powiem, że lubię egzotykę? Już dawno tylu Polaków tu nie bywało, co obecnie. Dawno, to znaczy od czasów II wojny światowej, bo jak zapewne wiecie, taka wojna była i Polacy walczyli o swoją wolność razem z Brytyjczykami. Pan premier Churchill będzie tu za chwilę. On wie swoje o tej wojnie i Polską za bardzo się nie przejmuje, ale jak mi wiadomo zauważył, że taki kraj w Europie istnieje. Na razie nie wyjaśni wam sprawy rozszyfrowania maszyny szyfrującej Enigmy, bo to byłaby kompromitacja dla Brytyjczyków, ale z czasem będziecie tymi, którzy tego dokonali.   
Potem powiedział: – Chce wam wyjaśnić, dlaczego zaraz nie było demokracji w waszym kraju. On czuje się odpowiedzialny za powojenny porządek świata. Ale to polityka, a ja się do polityki nie mieszam. Tak więc po dwóch włosach w klapie marynarki i wschodnim wietrze rozpoznałem przybyszów z Europy środkowej, a po tym, jak państwo oglądaliście muzea i budowle Londynu, że to piękne... przepraszam. Podjechał powóz i pan Holmes tak szybko wsiadł do niego i tak gwałtownie odjechał, że nie zdążył dokończyć zdania.
 Żona powiedziała do pana Jana:
     – Co on właściwie chciał?
   – Gdyby powiedział nam, kto zabił... – Nie zabił – przerwałem żonie – on dzisiaj chciał być kimś innym. – Nie sądzę, on już zawsze będzie detektywem – deduktorem – wtrącił pan Jan.
     – Deduktorem? – zdziwiłem się. – Nie ma takiego słowa.
     – Nie było – powiedziała żona – teraz już jest.
Pan Jan nawet nie mrugnął, nie poprawił się, tak miało być dla żartu, a ja wziąłem nowe słowo na poważnie.
     – Najwspanialsze jest to, że zamieniliśmy z nim kilka zdań – powiedziałem.
     – Myślę, że niczego nie zamienialiśmy – poprawił mnie pan Jan.
     – Ważne, że nas rozpoznał – powiedziałem. I zastanawiałem się, co było rzeczywistością, a co produktem odpadowym złego samopoczucia, jakby to była sprawa honoru.
     No i doczekaliśmy się. Pan premier nadszedł od strony, gdzie stał nasz autokar. W ustach cygaro, w ręce parasol, powolny krok, zdecydowany wyraz twarzy. Zatrzymał się kilka metrów przed nami i zaczekał aż się zbliżymy. Nie mieliśmy odwagi przejść obok niego, ale również uznaliśmy, że nie wypada się zatrzymywać i patrzeć mu w twarz, nie chcieliśmy bowiem uchodzić za niewychowanych. Pan premier doskonale wiedział, że jesteśmy w kłopotliwej sytuacji i nie czekał aż popełnimy jakąś gafę.
     – Dzień dobry państwu w Londynie na Tower Bridge.
     – Dzień dobry – odpowiedzieliśmy chórkiem po angielsku.
Pan Winston lekko się uśmiechnął.  
     – Idziemy w przeciwnych kierunkach, ale spotkamy się wkrótce. Na pewno nie potrwa to tak długo, jak wasza podróż do demokracji. Dzisiaj widzę wszystko inaczej, ale wtedy, w czasie wojny i po zwycięstwie, najważniejsze było odgrodzenie się od komunizmu. Musieliśmy chronić zachód, wierząc jednocześnie, że mamy rację. Dużo tu do mówienia. – Pan – zwrócił się do mnie – czytał moje pamiętniki... – Przepraszam – przerwała mu moja żona – nagrodzone Noblem. – Rzeczywiście. Zatem zna pan moje stanowisko w różnych kwestiach politycznych. Krótko mówiąc: Nigdy nie przepraszam, ale pragnę zrozumienia, dlatego tu jestem.
  – Cieszymy się ze spotkania – powiedział pan Jan. – W matematyce taką sytuację nazwałbym algebraiczną.
  – Ja również. życzę państwu wielu miłych wrażeń. Ponad algebraicznych. Zanim się spotkamy ponownie, będę rozmawiał jeszcze z kilku waszymi rodakami. Właśnie nadchodzą. Obejrzeliśmy się. Byli to nasi znajomi z autokaru, a wśród nich panie Bronia i Karolina.
     – Z kim rozmawiacie? – zapytała Bronia.
     – Jakby ci to powiedzieć – Danusia na to.
     – Big Ben – powiedział gość i odszedł chowając się w dźwięku dzwonu słynnego zegara.
     – Nieobecni mogą odejść – powiedziałem.
     – Czy mieliśmy może przywidzenie? – zapytała Danusia. – Nieobecni mogą nadejść.
     – Nie sądzę – odpowiedział pan Jan. – To nasza wyobraźnia.
W matematyce niezbędna, inaczej uczeń nie zrozumie nauczyciela.
   – Albo inaczej my nie zrozumiemy Churchilla – dodałem uzupełniająco.
    – Dlaczego on chce się jeszcze raz z nami spotkać – zastanawiała się żona. – Nie lubię polityki.
   Po kilkudziesięciu minutach autokar nareszcie dojechał do Madame Tussaud’s. Na widok dwudziestometrowej, poczwórnej kolejki uszy nam oklapły i zwątpiliśmy, czy uda się nam zwiedzić Gabinet, możemy nie zdążyć. Pani Małgorzata nie miała jeszcze dla nas biletów. Zajęliśmy miejsca, przewodniczka policzyła, ile i po jakiej cenie musi kupić bilety.
     – Proszę się nie denerwować, zdążymy – powiedziała i odeszła.
     Po około czterdziestu pięciu minutach byliśmy z biletami przy
wejściu do Gabinetu. Na biletach mały obrazek profilu kobiecej twarzy z czerwoną wstążką w żółtych włosach, namalowany drukiem. Fri 03/05/96 WELCOME TO MADAME TUSSAUD “Where the people meet The people". GR SENIOR MT... Ta sama twarz była też tłem dla tych informacji. Przy wejściu kupony od biletów oddzierały żywe kontrolerki, czego jesteśmy pewni, chociaż nie sprawdzaliśmy. Weszliśmy w schodowy tunel, prowadzący chyba na drugie piętro, gdzie trafiliśmy na pierwszą figurę woskową, obleganą przez zwiedzających. Rozpoznaliśmy w niej znanego aktora, grającego silnych mężczyzn, walczących ze złem – Szwarcenegera. Nie zrobiłem jednak zdjęcia, bo jakaś kobieta z aparatem fotograficznym uzurpowała sobie wyłączność do tego supermana i nie pozwalała się z nim fotografować. Pomyślałem sobie: Gdzie jest Churchill? Miał tu być. Mógłby mi pomóc. Do licha, przecież to moja wyobraźnia, nic nie zrobię. Przyjrzeliśmy się figurze. Podobny, ale na filmach jest jakby potężniejszy. Pan Winston Churchill bardzo mocno zadomowił się w mojej głowie. Czułem się jakby pisklę chciało przebić 
skorupkę jajka i wydostać się na zewnątrz. Przecież nie jest to żywa postać historyczna, którą widziałbym na czele orszaku Wielkich. Jeżeli przy następnych figurach będzie podobnie, to pozwolimy Winstonowi przebić skorupkę. To może  oznaczać, że będę bezczelny i mimo zakazu, będę fotografował niektórych. Jesteśmy w kraju, gdzie ludzie mają poczucie humoru, które nam odpowiada.
   Pierwsza następna figura to znana murzyńska dziennikarka, prowadząca dziwne programy w telewizji.
     – Zrób sobie z nią zdjęcie – zaproponowała żona. – A kto to jest? Było napisane, ale okazałem się ignorantem. Danusia wykonała zdjęcie. Niech będzie. Z Borysem Beckerem, słynnym tenisistą – też, dla Roberta. Becker nie był za bardzo podobny do siebie prawdziwego, co również Robert stwierdził i zdjęcia mu nie daliśmy. Kolejni znajomi z gazet, ekranów kin i telewizorów oraz z historii pojawiali się to tu, to tam, na tej samej posadzce, co my, również na podestach, zmieszani z tłumem zwiedzających. Łatwo można było się pomylić, zwłaszcza, że oświetlenie wykonano tak, by tworzyło odpowiedni nastrój. Dlatego niektóre figury ludzi nam obcych, ustawione wśród zwiedzających, wydawały się być osobami zwiedzającymi to osobliwe muzeum. Żona lekko potrącając jedną z figur powiedziała „przepraszam". Niektóre wyglądały jak oryginał i o pomyłkę nie było trudno, ale kilka znanych i słynnych postaci nie podobało się nam. Papież Jan Paweł II miał za szczupłą twarz i za bardzo nasuniętą na czoło tiarę. Kanclerz Niemiec Helmut Kohl również nie przystaje do obrazów swojej osoby z ekranu telewizyjnego, jest szczuplejszy. Niektórzy mają pustkę w oczach. Wszyscy patrzą w przestrzeń, jakby gdzieś tam było prawdziwe, wspaniałe życie. Gdyby stało się tak, że wszyscy tam zebrani nagle zaczęliby wykonywać swoje zawody      i pełnić odpowiedzialne funkcje... a ich słowa, lecące w przestrzeń, zostałyby zmaterializowane, wtedy my wszyscy zwiedzający bylibyśmy woskowymi figurami, których nikt nie zna.
Z wyjątkiem kilku osób. Czy pan, sir Winston Churchill chce przemówić? Na kanapie przy pewnej osobistości egzotycznej siedzi dziecko.
     – Popatrz, gdzie to dziecko usiadło – mówi Danusia.
     – To też figura – mówię, gdy przyjrzałem się dokładnie.
Gabinet zwiedzaliśmy wspólnie z panem Janem. Pan Jan uznał, że wiele z tych kukieł nie zasługuje, aby zrobić im zdjęcie w naszym towarzystwie! I miał rację. To my wybieramy i nie zależy nam na tanich zaszczytach? Odczuwaliśmy podniecenie, ogarnęły nas emocje.

Unosiliśmy się nad tym zbiorowiskiem zwiedzających i zwiedzanych jak opary nad mokradłem. Czasem było śmiesznie, romantycznie, strasznie, ale też obojętnie. Madame Tussaud’s... założycielka... Winston Churchill.
Tu sir przebywa – odezwałem się półgłosem, a Winston dosłyszał moje słowa i powiedział:
   – Proszę powiedzieć, z kim? Kto to są ci panowie obok? – zapytał              i zaraz dodał: – Mogę nie wiedzieć. Nie było już mnie. A potem uzupełnił: – Nie będę na razie pana przewodnikiem, ponieważ nie ma mnie kto zastąpić. Ten Winston, którego widzieliście na moście nie zjawił się jeszcze, a może w ogóle go nie będzie...
   – Wtedy byliśmy w innej aurze. A może zdarzył się jakiś wypadek? – wymknęło mi się bezmyślnie.    
     – Wypadek ? – zdziwił się Noblista. – Sam pan w to nie wierzy.
     – Nie wierzę.
     – Może porozmawiamy o powojennej historii? – zaproponował premier.
     – Na amerykańskich filmach też wciąż chcą rozmawiać i jeden drugiego pyta, czy chce porozmawiać – powiedziała moja żona. Myślę, że sir się nie obrazi, przecież pan zna Amerykę.     
   Stanąłem obok a Danusia utrwaliła mnie razem z Winstonem Churchillem. Otoczyli nas zwiedzający. – Jestem jeszcze popularny – powiedział sir Winston.
     – Naprawdę – przytaknął pan Jan. – Ale to tylko złudzenie – dodał.  
     – Proszę zrobić mi zdjęcie z prezydentem Billem Clintonem – zwrócił się do mnie pan Jan.
     – Oczywiście – zgodziłem się. – Ja również chcę mieć zdjęcie z prezydentem Clintonem – powiedział Winston w taki sposób jakby był dzieckiem.
     – Nie wiemy jak to zrobić, chyba, że przeniesiemy pana do grona amerykańskich prezydentów – zastanawiał się pan Jan.
     – Zgadzam się, to tylko moment – usłyszeliśmy odpowiedź byłego brytyjskiego premiera. Danusia była znudzona tym fantazjowaniem:  – Niektórzy w tym miejscu dziecinnieją i wydaje im się, że wiele rzeczy, które ich otaczają ma cechy ludzkie, żyje i można z nimi pogadać. To animizm. Nie uważasz?
     – Wiem, nawet więcej – odparłem. – Prawie wszystko, co oglądaliśmy było martwe. Jak inaczej można pogadać z przeszłością?

Jeżeli mamy coś z tej wycieczki utrwalić w nas, to musimy skojarzyć z ruchem i słowem, a więc z życiem. Prawie z życiem.
     – Można na przykład przed katem czytać jego życiorys – żarto-
wał pan Jan.
     – Myślę też, że niektóre postaci współczesnych nam czasów powinno się ustawiać tu jako oryginały i w ten sposób izolować od reszty społeczeństw.
     – Od tego są więzienia – zauważyłem.
     – Proszę popatrzeć na tego – wskazał pan Jan – on nie powinien rządzić państwem, a rządzi, nie siedzi w więzieniu, a powinien, bo to terrorysta.
     – Utożsamiamy się z ludźmi, jeżeli mówią to, o czym myślimy, co  jest zgodne z naszymi poglądami, wyobrażeniami o świecie – mówiła żona – jeżeli potrafią działać dla naszego dobra i są szczerzy i oddani społeczeństwu... Będzie ich z dziesięciu?
     – Gdyby był chociaż jeden... – powiedział pan Jan.
     – Tak, jak tylko się ujawnią i pokażą kim są... Natychmiast do izolatki! – żartowałem.
   Nie ma co udawać, tyle znanych osobistości, w większości bardzo do siebie podobnych, robi wrażenie. Trudno wymienić wszystkie znane dawniej i obecnie postaci. Dawni monarchowie, obecny królewski dwór z królową Elżbietą II, premier Winston Churchill w otoczeniu znanych angielskich polityków, prezydent USA Bill Clinton w otoczeniu prezydentów Stanów, papież Jan Paweł II w otoczeniu kardynałów, kanclerz Helmut Kohl, prezydent Lech Wałęsa, William Szekspir czyli Sheakespeare, młody Mozart, aktor Mel Gibson, Charlie Chaplin, Marylin Monroe, Chichcock, zwariowany Jackson, Włodzimierz Lenin, Henryk VIII z żonami, którym ściął głowy, Kadafi, Husajn, dwa Hitlery (na korytarzu w gablotach)...
     – Zrobimy sobie zdjęcie z Henrykiem VIII ? – zapytałem.
    –  Z tym mordercą nie chcę mieć nic wspólnego – odparł pan Jan. – Również z terrorystami – dodał.
     Utrwaliłem pana Jana z Billem Clintonem. Danusia chciała mieć zdjęcie z Jacksonem, Chaplinem, papieżem, Wałęsą, Gibsonem, małym Mozartem, Beckerem... Ja z Beckerem, Kohlem, Wałęsą, Janem Pawłem II (wspólne z obu naszymi rodakami), Szekspirem, Monroe, Churchilem, Collins... Zdjęcie Hitlera wykonał młody Żyd, ubrany w płaski z dużym rondem kapelusz, z boku twarzy długie pejsy. Może ten, który przyjeżdżał do Auschwitz na marsz żywych, i rozrabiał w hotelu, bo Polacy to antysemici, jak niektórzy z nich uważają i trzeba ich nauczyć rozumu? Nie ważne. Gdy spojrzałem na niego ze szczerym i życzliwym uśmiechem  musiał  się  poczuć skrępowany, bo  przestał  mierzyć  w oprawcę,
 jednak po sekundowym namyśle pstryknął... Nie dla nas ta figura pacykarza – zbrodniarza. Odeszliśmy.
   Pewien Rosjanin, zanim zrobiono mu zdjęcie z Leninem, pogłaskał wodza po łysinie, co wszystkich wokół rozśmieszyło. Kilka osób przyglądało się nam, gdy wykonywaliśmy fotografie z Janem Pawłem II                   i Lechem Wałęsą. Wiedzieli, że to Polacy. Gdy czekałem czy jakiś obcokrajowiec zrobi sobie fotkę z Janem Pawłem, doczekałem się tylko faceta, który stanął przy Wałęsie.
     Zeszliśmy na niższą kondygnację. Ciemno, jęki, muzyka pełna grozy i ponurości, i wywołująca dreszcze. Z rozpalonej? zupy w kotle wystają ręce, trupy z odciętymi głowami, wózek pełen ciał bez głów, za kratami wisielec, jakiś bandzior, wielokrotni mordercy, gilotyna z ruchomym ostrzem na krótkim odcinku, kosz pełen odciętych głów... Wygląda to wszystko na makro makabrę. Do następnego „stanowiska” należało przejść pod gilotyną. Danusia zastanawia się, czy przejść. Biegnie do nas i w tej chwili gilotyna wykonuje ruch, lekko opada, a ona przekracza linię w tempie jakbyśmy byli daleko, a to tylko trzy kroki.
     Nie widzieliśmy innych ludzi, chociaż się o nas ocierali.
  Każdy przeżywał spotkanie z tym odtworzonym, martwym światem inaczej i nie był w tym miejscu obojętnym obserwatorem. Po tej wielkiej porcji wrażeń weszliśmy przez przypadek do baru, gdzie można zjeść nie tylko rybę z frytkami i wypić cocę. Nie mieliśmy już dużo czasu, powinniśmy zaraz wyjść do autokaru. Zjedliśmy jednak rybę z frytkami, pan Jan też coś skonsumował. Zaczęliśmy szukać drzwi wyjściowych, ale bezskutecznie. Przed nami pojawił się rząd czarnych taksówek, ciągnionych przez łańcuch. Próbowaliśmy się wycofać, ale mężczyzna z obsługi zagrodził nam drogę i wskazał na pojazdy. Doszliśmy do wniosku, że pewnie tylko w ten sposób można wydostać się na ulicę. Wsiedliśmy nieco ogłupiali i jazda... Taksa się zamknęła, przycisnął nas do siedzeń metalowy pałąk i naprzód... Obejrzeliśmy się czy jedzie z nami pan Jan. Był z tyłu kilka wózków dalej. Poruszaliśmy się pół obrotowo, aby widzieć co się wokół nas dzieje. To był Londyn rozrywkowy. Barwny, wesoły, pełen ruchomych manekinów, śpiewających i grających, skaczących i fikających koziołki. Półcienie i kolorowe światła...

Fantastyczne, ale czy zaczeka na nas autobus? Może za następnym zakrętem będziemy już wysiadać? Nie, jeszcze nie. Jeszcze jeden zakręt i przygody w dzielnicy rozrywki. Czy my cokolwiek widzimy? Migotliwy Londyn, lud bierze udział w igrzyskach.
     Wieki płyną a my w tej taksówce. To tu coś wrzeszczy, to tam zabawa i cyrkowe wygibasy. Jakaś głowa komuś spadła. Kto to był? A nasz autokar jedzie przez Londyn i płacze, bo nas w nim nie ma! Niedługo my zaczniemy ryczeć, jak ta podroż się nie skończy.
     – Ale ubaw – mówię do Danusi. Żona się śmieje.
  – Wpadliśmy, ale zobaczymy wszystko. Niektóre sceny zaskakują, coś się dzieje znienacka. Ale co? Już następna karuzela i orkiestra gra ścinanemu. Biegną konie, na Służewcu?
Matematyk Staszek kiedyś powiedział: – Trzy wydarzenia zaskakują nas znienacka: miłość, śmierć i sr…ka.  
  Nareszcie wyjeżdżamy. Wysiadamy nie narzekając, że już wyjechaliśmy z tunelu. Przy biurku siedzi woskowa pani i nam się przygląda. Już chciała coś powiedzieć, ale zastygła w postawie: „chciała”…
  – Może coś przemycamy? – mówi Danusia. – Wrażenia – odpowiada sobie.
     Przy drzwiach wyjściowych stoi facet i pilnuje porządku.
     – Ten jest prawdziwy – mówię do żony. – Właśnie, że nie, to też pan-figura.
     – Ten drugi, bo ten pierwszy... – dotykamy tego pierwszego, a on nagle zwraca twarz w moim kierunku i się uśmiecha.  
     – O, przepraszam – mówię. Nic nie zrozumiał, ale wiedział, o co chodzi.
   Już na ulicy znowu podszedł do nas Winston Churchill i powiedział: – Porozmawiamy następnym razem. Nie zdążyłem. Okazuje się, że obecnie mam więcej zajęć, niż gdy premierowałem. Poza tym mieliście państwo za dużo obrazów przed sobą, doznania zmysłowe wpijały się           w państwa z dużą chęcią. Naparstki do osłony palców nie były konieczne. Żeby mówić o wydarzeniach z historii, trzeba mieć spokój. Życzę szczęścia i zdrowia. Sto lat! Do zobaczenia za rok... dwa... dzieścia.
     – Ty pewnie myślisz, że jesteś na weselu – śmieje się żona.
I dodaje: – Teraz do domu. Jestem ciekawa zdjęcia z Beatlesami
i dworem królewskim.
     Kiedy przyszliśmy na miejsce odjazdu, zaraz obok Madame Tussaud’s, autokaru jeszcze nie było. Odetchnęliśmy z ulgą.
     Wyjechaliśmy z Londynu w sobotę około godziny 17.15. Zrobiło się słonecznie i ciepło. Jadąc autostradą, widzieliśmy na zielonych łąkach angielskie krowy, których około 120 tysięcy ma być w przyszłości wyrżniętych ze względu  na chorobę – gąbczastość  mózgu, która jest prawdopodobnie zaraźliwa dla ludzi. Pasły się również stada owiec. Z daleka wyglądały jak niewielkie kamienne głazy rozłożone na zielonym tle. Nie było jeszcze wśród nich tej jedynej, klonowanej.
     W Dover było po deszczu. O 21.00 mieliśmy prom.
Na promie w kawiarni wypiliśmy kawę wzdychając, bo to już i zrobiliśmy zakupy prezentowe w sklepie bezcłowym. Dla Joli wodę toaletową Nina Rici za 27,5 funta, dla Roberta litrową metaksę, dla nas Grants whysky, Gilberts, gin i herbatę angielską. Szpan jak pięciocalowy gwint. Dla miasta cały Londyn. Przyczepiły się też do nas hurtowo torby do pakowania. Na pamiątkę. Bardziej na pamiątkę. Było więcej ochoty niż pieniędzy, a nie dało się zamienić jednego na drugie. Wciąż łakomi na obce produkty...
   Droga powrotna nie była już tak nużąca i długa. Może się wstąpiła, specjalnie dla nas. W Piesztianach nocleg, a w niedzielę do południa – spacer i lody w kawiarni. Im bliżej domu byliśmy, tym bardziej czuliśmy się zniecierpliwieni. Londyn został na razie w tyle, gdzieś za wodą i mglistymi obrazami w wyobraźni.
     Z Chorzowa Batorego taksówką, płacąc za dużo, jak sądziliśmy.
   Zaraz po naszym powrocie zatelefonował syn z synową. Na nowo podekscytowani opowiadaliśmy zapominając o senności…
     Pierwsza noc po podróży wyszła z bajki.
   Otrzymaliśmy od Anglików wszystkie zabytki i ja je osobiście konwojowałem, martwiąc się, gdzie zostaną ustawione w Chorzowie, mniejszym nieco od Londynu. Odtąd cały świat stoi otworem, oprócz Władywostoku.

                                                                           2002
















środa, 25 lipca 2018

Deszczowy koncert


  
    Zainteresowanie Rafała muzyką wzbudzone zostało przez jego mamę, która uczy w szkole muzycznej i radiowe programy muzyczne, nie koniecznie muzyki łatwej i przyjemnej.
     Kiedy jako mały chłopiec poznał nuty i gdy wyjechał z rodzicami na wieś, i zobaczył na pięciu przewodach elektrycznych gromadę jaskółek, mówił do mamy: – Zaśpiewaj mi tę melodię. Mama śpiewała a Rafał się śmiał i mówił: – Wyśpiewaj też dolatujące nuty. Jaskółki przesiadały się z przewodu na przewód, a Rafał mówił: –Zobacz, one komponują.
     Po kilkunastu miesiącach od ukończenia szkoły muzycznej, Rafał zaczął odczuwać coraz większą potrzebę kontaktu z muzyką, której nie uczył się na lekcjach teorii muzyki i gry na fortepianie,     i nie słuchał na szkolnych koncertach. Zaczął intensywniej, niż zwykle kręcić gałką trzeszczącego radia i szukać utworów, które miały w sobie to, co on lubił: rytm i melodię zreformowanej symfonii i dłuższego traktatu muzycznego, zawierającego bogactwo dźwięków – wykwintnych wrażeń słuchowych i znaczeń burzących dotychczasowe przeżycia estetyczne. To miało być coś silnego, wywracającego smak i oczy pod niebiosa, ale nie mogło nieść w sobie bylejakości, tandety, zbytniej prostoty. Rafał wiedział, że to, co jest łatwe na ogół posiada małą wartość i nie jest w cenie. Szukał w płyt w sklepach muzycznych, słuchał Chopina i Mozarta, ale jednocześnie chciał, aby ci wielcy kompozytorzy zrozumieli w zaświatach, że on chce jeszcze czegoś – muzyki drażniącej słuch w szerokim zakresie – uzbrajającej, usypiającej, wzniosłej i podniecającej, co wydawało się niemożliwe, bo za dużo w jednym.
     Wiedział, że szkoła, którą skończył, to jakby dodatkowe oczy i uszy do nowego świata wrażeń, budujących i unoszących go na dźwiękach, w przestrzeń muzyki wzbogacającej przeżycia. Muzyka stała się nośnikiem myśli, wrażeń i obrazów. Najpierw miał adapter  i komplet płyt, następnie magnetofon taśmowy, by móc nagrywać, później jeszcze doskonalszy adapter i całą szafę płyt analogowych najsłynniejszych zespołów i orkiestr, potem  magnetofon kasetowy, wreszcie odtwarzacz płytowy z zapisem cyfrowym. Na płyty analogowe zbudował z ojcem szafkę na kółkach i drugą na kasety, wykorzystując szczątek miejsca przy drzwiach pokoju – szafkę regałową od podłogi do sufitu.
     W radiowej trójce Piotr Kaczkowski popularyzował dobry rock w muzycznej poczcie ukf, jego odmiany i możliwości wysłuchania całych krążków studyjnych lub koncertowych. Jego propozycje muzyczne wciągały, Rafał chłonął więc aksamitne czy śpiewne dźwięki i wzbogacał się muzycznie, szukał oryginalności w nadawanych utworach i porównywał zespoły według już dość wybrednego gustu i jakości grania. Deszcz mógł szumieć, ściekać z liści drzew i spływać rynnami szemrząc, to Rafała nie zniechęcało, a nawet nie czuł, że moknie gdy był na koncercie i padało. Muzyka była najważniejsza. Jeśli zespół lub utwór zdobył jego serce, nie przeszkadzało mu recenzenckie łzawienie w magazynie muzycznym, jakby płynące z lambrekinowych ozdób dachowych rynien, ostrych jak szpilki, niebezpiecznych na wiosnę. Sople oceny się wypłakały albo zostały strącone, za kilka dni recenzja straciła moc i było po burzy, a muzyka pozostała. Rafał nie czuł się jak zagrożony przechodzień. On stał się fanem nowoczesnej kompozycji i już sam wiedział, jaka muzyka jest dobra..
     Prywatnie rock symfoniczny był rzadziej grany na wysokiej jakości sprzęcie. Rafał posiadający już dość dobry sprzęt odtwarzający i nagrywający, dorobił się sporej fonoteki muzyki rockowej, którą lubił. Były to utwory dłuższe, bardziej złożone muzycznie, rytmiczne, melodyjne, również odpowiednio twarde i ostre, ale nie raniące… Zawsze potrafił znaleźć w niej nowe wartości, potrafił wejść w muzykę głębiej, nie delektował się dźwiękami zbyt łatwo wpadającymi do ucha. Barwa, bogactwo, wymyślne łuki melodyjne, nie płaskość i dodatkowe szmery zakłóceń, psujące efekt przeżywania. Specyficzna melodyjność, rozbudowane kompozycje, to lubił. Są w tej muzyce również spokojniejsze fragmenty, pozwalające na skupienie i jakby wejście w siebie, są chwile dobre i takie, że muzyka spokojna przeplata się z bardziej dynamiczną, o ładnym, miłym dla ucha brzmieniu, ale nie prostackim, na co ma wpływ odpowiedni zbiór instrumentów i niebanalny projekt kompozycyjny.
     Taką muzykę może grać tylko grupa ambitna i pozbierana muzycznie, wyróżniająca się talentem. Właśnie chodzi o taki zespół jak Genesis. Genssis, który objawił się Rafałowi dość niespodziewanie, w tle dźwię-kowego nieba jak tęcza. Trochę się zdziwił. Pierwsza księga biblijnego Pięcioksięgu – oni Księgą Rodzaju? Tak się dali nazwać. Początkowo było to dla Rafała trochę zaskakujące i niepokojące, że można grać i grać, i nikt na to granie nie zwraca uwagi, ale i pocieszające, że potem prawie gwałtownie fala zainteresowań zaczyna wzrastać. Tak się dzieje nie tylko z muzyką, ale i z malarstwem i literaturą…
     Było to w latach kiedy Rafał nie miał jeszcze pojęcia, że istnieje taki zespół. Dopiero dorastał do muzycznych wzlotów i potrąceń w locie.
W 1967 roku pianista Banks, wokalista Gabriel, basista Rutherford i gitarzysta Phillips nagrali w studio pierwszą taśmę i przekazali znanemu piosenkarzowi Jonatanowi Kingowi, który odniósł już sukces, jako producentowi nagrań. Podpisali z nim kontrakt, który poobcinał ich muzyczne ambicje, popchnął w kierunku muzyki przebojowej, co było nieco bolesnym ograniczeniem, ale w ten sposób mieli okazję wyjść z mgły w klarowniejszą przestrzeń. Tak powstała nowa płyta singlowa, która ukazała się w 1968 roku, już z nazwą zespołu Genesis, ale wymyśloną przez Kinga a nie przez nich. Wówczas Genesis, jako kolejny zespół, niemal raptem stał się dla Rafała najważniejszym.                  
     W ich muzyce płynie symfoniczny rock, od elementarnej melodii do rozbudowanej, a nawet rozbudowywanej instrumentalizacji w trakcie wykonywania utworu. To coś nowego i pasjonującego.
Były to jednak lata, że nie było szerokiego dostępu do takiej muzyki i pełnej analizy składu instrumentów, czy oceny głosu solisty i to co oni wyczyniali na instrumentach na scenie lub w studio. Ale Rafał lubił zamykać oczy i wyobrażać sobie jak oni grają. 
     Genesis miał początkowo zestaw instrumentów, składający się z gitary, perkusji, gitary basowej, instrumentu klawiszowego oraz wokalisty, który tylko śpiewał. Rafał dowiedział się, że zanim doszli do ustalenia składu podstawowego, prześcigali się w pomysłach. W końcu ustalili, że w zestawie orkiestrowym będą dwie gitary i gitara basowa, perkusja oraz wokalista czyniący atmosferę muzyczną, w której chce się przebywać. Czasem dodawali jeszcze jednego muzyka z instrumentem klawiszowym. Nie wpatrywali się w orkiestrę symfoniczną, by policzyć instrumenty muzyczne i zwiększyć ich liczbę, ale symfonia była dla nich inspiracją. Oni uważali, że są symfoniczni przy mniejszej liczbie instrumentów wcale nie pasujących do wielkiej orkiestry.
     Rafał doszedł do wniosku, że najlepiej i najpełniej wyraża jego gust muzyka takich zespołów (rockowych), jak: Pink Flojd, Genesis, Yes, King Crimson (Karmazynowy Król) i Led Zeppelin.
Powoli dorastał do muzycznej pełni.  
     Zapamiętał z dzieciństwa, a były to końcowe lata sześćdziesiąte XX w., jak zaczęli stawać się popularni Beatlesi, jak tańczono stojąc i wykrzywiając nogi w kolanach – obserwował tańczących twista i z kolegami naśladował ich; oglądał w czarnobiałej telewizji, która migawkowo pokazywała niektóre zespoły, jak Rolling Stonesi ruszyli w drogę, skandalizowali i zdobywali fanów, a Mick Jagger ukradł mu kawałek pamięci, i grasowali po świecie hipisi, muzyka pop zdobywała słuchaczy, a słabi i ulegli – protestujący przeciwko wszystkiemu, palili haszysz, zaś męski Londyn cieszył się modą minispódniczek, które w mig rozlazły się po starym kontynencie.
     Do pasji muzycznych powoli doszła także ciekawość dziejów zespołów – kim oni są, co robią, gdy nie grają, kiedy się kłócą i gdzie się przygotowują do koncertów.
     Kiedy Rafał już wszedł w środek muzycznej głębi, doszedł do muzycznych egzaltacji, stał się jeszcze dociekliwszy. Szperał, więcej czytał i słuchał. Wokalista Peter Gabriel przed laty odszedł z Genesis. Rafał był ciekaw, dlaczego odszedł i czytał, dlaczego. Dowiedział się, że długo szukali wokalisty aż został nim perkusista tego zespołu, Phil Collins. Póżniej odszedł z zespołu gitarzysta i pozostało ich trzech. Tak więc do następnych koncertów zmuszeni zostali do najmowania muzyków z zewnątrz. Collins grał na perkusji i śpiewał, Mike Retheford grał na gitarze a Tony Banks na instrumentach klawiszowych. Z tego Rafał był zadowolony i czasem miał ochotę napisać do nich, że tak jest okey. A czasem sam chętnie wszedłby w skład ich zespołu. Tony pisał też teksty i komponował muzykę. Bo można nie tworzyć, ale gdy zajdzie potrzeba, może okazać się, że drzemią w człowieku możliwości o jakich mu się nie śniło. I wtedy warto je oczyścić z rdzy i wykorzystać. Czasem wystarczy spróbować, by uchylić drzwi do innego świata. Chodzi oczywiście o stwarzanie bogactwa miłych przeżyć dźwiękowych, łączących słuchacza z tym, co nieuchwytne a cudowne, wyzwalające namiętności, także z przeszłością i niebem i ziemią. Żyć radośniej. Zgrzyty lekceważył.   
     Światła uzupełniają muzykę, tak uważali członkowie zespołu, opierając się na doświadczeniach innych grup muzycznych, więc byli przekonani, że ją wzbogacają, dodają jej jakby skrzydeł, bo światło ich zdaniem ułatwiało rozprowadzanie dźwięków, światło olśniewa i zatrzymuje ruch kołowy, jeśli potrafimy je pobudzać odpowiednio do drgań i wywoływać zjawisko stroboskowe. Światło ułatwia słuchaczom kontakt z zespołem, pozwala na wchodzenie w tę muzykę, wyzwala dodatkowe emocje.
Tak uważali. Muzycy filharmonicy mówią, że to efekciarstwo. Najważniejsza jest czysta muzyka, a nie jakieś dodatki odwracające uwagę od zasadniczego muzycznego tematu. W życiu codziennym wzrok odrywa pierwszorzędną rolę, słuch jest na drugim miejscu, natomiast gdy idziemy do filharmonii na koncert, wzrok staje za słuchem.
     Wpadli też na kolejny pomysł – na uzupełnienie występów przebieraniem się do koncertów albo w czasie występów, co powodowało, że ich gra to na rozłożystej scenie prawie przedstawienie muzyczne, chociaż na pewno nie musical, który raczej ich denerwował niż wyzwalał psychicznie.
     Rafał doskonale już znający zespół, zafascynowany również jego  historią, wybrał się z przyjaciółmi na występy Genesis do Monachium.   
     To było 2 lipca 1992 roku. Sabina i Jakub – przyjaciele z lat szkolnych, mieszkający w Monachium, kupili bilety na występ na Stadionie Olimpijskim, dla siebie oraz Ewy z Rafałem i Ewy z Andrzejem.
     Andrzej pojechał swoim samochodem i dzielnie wytrzymał trudy kierowcy. Podróż mieli dobrą, bez przeszkód, jak na początki demokratycznych przemian w byłych państwach socjalistycznych. Tak im się dobrze jechało i gawędziło, że nawet się nie spostrzegli a już byli na granicy. Na granicach polsko-czeskiej i czesko-niemieckiej nikt ich o nic nie pytał, bagaży nie kontrolowano, nie przypatrywano się ich twarzom w sposób podejrzewający o nielegalny przewóz towarów. Żartowali, że mogliby przewieźć kilka kilogramów narkotyków. Ale to nie był udany żart.
     Aż do momentu, gdy straż graniczna zatrzymała ich pewnie ze sto kilometrów od granicy, już w głębi Niemiec. Wtedy nie uśmiechali się i nie żartowali. Celnicy sprawdzili bagaże, pytali o narkotyki, chociaż pies, który ich obwąchał, niczego nie wyczuł.  

     Już na miejscu okazało się, że Genesis nie będzie grał.
     – Słuchajcie, jest nam przykro, ale Genesis nie wystąpi – powiedziała po przywitaniu zmartwiona Sabina.
     Usiedli nie wypowiadając słowa. Na brzegu tapczanu, na podłodze, na taborecie i krześle miękkim jak poducha. A przecież nie chciało im się  siedzieć. Dość  się  nasiedzieli w samochodzie. Ponad tysiąc kilometrów i zespół nie wystąpi. Ten przykry fakt zwaliłby z nóg także byka. Wybrali się za zespołem taki kawał drogi, a zespół nie wystąpi. Po prostu nie wystąpi. No tak, nie wystąpi! Niech to szlag! Dlaczego?
Nawet się nie rozebrali gotowi natychmiast wrócić, ale przecież przyjechali do przyjaciół.
Odpoczęli, zwiedzili Monachium.
     Kuba pocieszał ich: – Prawdopodobnie za dwa tygodnie znowu się zobaczymy.
     – No, nie wiadomo, nie wiadomo.
     – Musicie się zdecydować – powiedziała Sabina. Bilety na pewno da się sprzedać, ale szkoda by było.
     – Zaczekaj aż wrócimy do domu – odparł Rafał. – Zadzwonię.
     Po dwóch dniach wracali, jadąc z pełnymi głowami muzycznej pustki. Milczeli z pół drogi. Piękno i atrakcyjność miasta nie przesłoniły im do końca zawodu, jakiego doznali przez Genesis. Nie ważny był koncertowy ubiór, jak to u młodzieży. Ubrani swobodnie, w sztruksach i dżinsach, rozpinali koszule i tylko od czasu do czasu coś powiedzieli. Na szczęście nikt z nich nie palił i mieli przynajmniej czym oddychać. Silnik równo pracował, nie trzęśli się na dobrych drogach.
     Wracali. Pędzili, nawet nie zauważyli, że znowu są na granicy.    I nawet nie marzyli, że może jednak kiedyś wysłuchają muzyki tego zespołu. Lepiej nie mieć złudzeń. To w tych długich chwilach, liczonych w godzinach a potem w dniach, było nieważne. Genesis, taki Genesis i nie wystąpił. Po prostu. Niech to cholera. Nie wiadomo czy oni jechali, czy to drzewa się przesuwały, pchając ich w kierunku domów w Chorzowie.
     Nie grał w nich żaden instrument muzyczny z zestawu zespołu. Mieli żal do muzyków, że się nie liczą ze słuchaczami. To świadczy o braku odpowiedzialności. Ale starali się zrozumieć zespół, artyści mają prawo do kaprysów. A poza tym w życiu zdarzają się niepożądane przygody. Właśnie. To nie był kaprys. Bo za dużo by kosztował. Przeszkody techniczne, być może. Nie wierzyli, że to jakaś awaria jak w starym samochodzie. Usprawiedliwiali ich i w ten sposób starali się uspokoić.
     W końcu nie zrezygnowali z koncertu w przyszłości. Nie byli jeszcze pewni czy się zdecydują i w ogóle mieli wątpliwości, kiedy będą ich słuchać, ale powoli wiara zaczęła w nich narastać.    
     Gdy byli już w Chorzowie, Sabina zatelefonowała, że wszystko wie, zna termin koncertu i mają przyjechać za dwa tygodnie.
     Tym razem zespół pozostawił przeszkody na wcześniejszym przystanku i udało się, czara muzyki była pełna, goście na Stadionie Olimpijskim z zadowoleniem i ufnością zebrali się na płycie i na miejscach wokół boiska. Pogoda była znośna. Wśród fanów barwnie i nastrojowo. Oczekiwanie na wrażenia słuchowe narastało i wyzwalało niecierpliwość.
     Występ przebiegł zgodnie z planem. Program koncertu, który ich w pełni satysfakcjonował, Rafał schował głęboko do plecaka i potem nie potrafił go znaleźć.
     Starali się wyssać maksymalnie wszystkie dźwięki ułożone w piękne muzyczne poematy, poczuli wreszcie zadowolenie z przeżycia czegoś nadzwyczajnego. Wstawali, mało kto siedział, falowali rękami, publiczności wydawało się, że śpiewa. Po koncercie długo milczeli i wracali do domu znajomych jakby przepełnieni. Mieli wrażenie, że koncert trwał za krótko. Nareszcie stało się...
     Wyjeżdżali z Monachium spełnieni, zrealizowani, niemal... dźwięczni, ukołysani dźwiękami głęboko tkwiącymi w ich pamięci. Samochód jakby specjalnie ucichł, silnik starał się nie zakłócać w głowach muzycznych uniesień. Nucili w drodze powrotnej niektóre fragmenty melodii. Nie tylko, żeby nie poczuli się zmęczeni i śpiący.
   Obudził się w nich też krytycyzm. Po pewnym czasie. Nie wszystko było takie arcy. To była też okazja, aby poszarpać zespół i muzyków w ogóle, muzyków niesłownych i kapryśnych, tych z ich ulubionego zespołu, oczekiwanych. Jeżeli kogoś się lubi, to nie znaczy, że trzeba być ślepym. Nastroje człowiek ma różne. To im się też należało. Zadra po skonsumowaniu muzycznego piękna, przestała wreszcie kłuć ich dusze. Dusze zostaną umyte, wyczyszczone.
      Ewa swoim dziewczęcym głosem, jak zwykle uśmiechnięta, powiedziała do Rafała: – Nie wszystko mi się  podoba, co gra Genesis. W muzyce rockowej łatwo trafić na cegłę. Jeżeli muzyka jest ostra, agresywna, nie ma w niej melodii, wtedy nie słucham, oddalam się myślami albo zamykam źródło muzyki, ale jeśli jestem na koncercie, nie wychodzę z koncertu. Widzieliście mnie obok was? Nie wyszłam. Bo Genesis grał i we mnie. Z innych zespołów lubię Yes, a w nim wokalistę Johna Andersena. Jeśli chodzi o Led Zeppelin, to już sprawa ma się gorzej. Oni są zbyt trudno strawni. Wolę coś lżejszego. Lekka jest wata, ale tą niektórzy zatykają uszy.
     – Ewa, dziewczyno, coś ty… – zaoponował Andrzej, ale nic więcej nie powiedział.
     Andrzeja podniecała kariera finansowa Genesis. – Dochody ich urosły do tego stopnia, że założyli własne studio nagraniowe. Najważniejsze były albumy, one przynosiły najwięcej pieniędzy.
Na początku lat osiemdziesiątych XX w. weszli w drugie dziesięciolecie istnienia. Już doskonali muzycznie wchodzili albumami na listy ważnych utworów. W 1980 roku sprzedali pół miliona biletów na swoje koncerty. – Chciałbym mieć tę forsę. To robi wrażenie. To było pod koniec ich tourne, jak policzyli… przed powrotem do Wielkiej Brytanii. Chyba tak… 
     – Jak uczęszczałem do podstawówki – mówił Rafał – napisałem taką prostą melodię i sam sobie zagrałem. W pewnym momencie  pomyślałem, że może mógłbym grać i występować… Chciałbym chociaż ze dwa razy… A w 1983 roku Genesis był na wielkim tournee w Ameryce, wystąpił ponad siedemdziesiąt razy. Po zawieszeniu stanu wojennego, jako studenci mieliśmy ograniczone możliwości zajmowania się muzyką w ogóle, nie tylko ze względu na brak czasu. Wiecie jak było. Dorwanie się do dobrej taśmy było sukcesem. Wtedy mieliśmy największą ochotę na taką muzykę.
     – A my chcieliśmy wystąpić i wystąpiliśmy… na miejscach dla widzów – śmiejąc się wtrąciła Ewa Andrzeja, prowadząca samochód. Po chwili powiedziała: – Ich muzyka czasem zbyt gwałtownie naciera na słuch, chce wyrwać z nas łagodność, przenika do wszystkich zmysłów jako konstrukcja muzyczna, ale czy jeszcze coś? Można by  rzec, że doskonale przewodzi ją deszcz, wtedy mknie w grzmot i błyskawice, tak  uważam. Słuchaczy ogarnia zmysłowe szaleństwo albo upojenie, albo gniew. To może mała przesada, ale te ułożone w szeregi dźwięki są jak dym, który zajmuje miejsca dla widzów i wciska się słuchaczom w oczy poprzez światło i dopiero wpada do uszu.  
     – Dysonans to niepozorne zakłócenie. Oni programowo doprowadzali do pewnych zaburzeń. Ale jednorazowe czkawki są do zniesienia. Może to takie ozdobniki – wyjaśniała Ewa Rafała. – Polifonicznie zdarli się aż do zaczerwienienia rąk. Taki jest ten zespół. Gra z pasją. Ale obrastają też w mgiełki i zamglenia.
     – Oczywiście – przytaknął. – Z muzycznego sprzeciwu, podporządkowanego uczuciom, sterowanym chociaż częściowo świadomością, może  powstać  ciekawa  muzyka, której  się chce nie  tylko słuchać, ale chce się uczestniczyć fizycznie w zjawisku, jeśli nie wejść na estradę, to przynajmniej  być  w  pobliżu i gestami, ruchem ciała dawać znać muzy-kom, że staramy się uczestniczyć w koncercie w sposób czynny, a oni niech grają, wyrywają nas z krzeseł do postawy stojąc i przenoszą do innego, bywa, że fantastycznego, nierealnego bytu.
  – Rzeczy odważne mogą być sprzeciwem wobec lichoty codzienności, ale mogą też być objawem naszej tęsknoty do czegoś jeszcze nieokreślonego, piękniejszego niż ta gromada dźwięków wzlatujących nad estradę – dodał Andrzej.
     – Ulepszeni duchowo możemy stać się doskonalszymi, służącymi ludziom tuż obok nas – mówiła Ewa Andrzeja.
     – Oni jeszcze jako młodzi muzycy byli zaczynem, tchnieniem, awangardą nacierającego rocka, już umieli zbudować rockową suitę, wzniecić muzyczny zachwyt. Gdy jakość wykonywania i lotność po niebie wykonywanych utworów spadała w dół, przeżywali wstrząs i mobilizowali się ponownie, przebudowując zespół - rzekła Ewa Rafała.
     – Genesis ukształtował więc odkrywcze brzmienie muzyki rockowej. Zgadzacie się ze mną? – zapytał Rafał. Nie usłyszał „tak”.   
     – Chcąc zdobywać muzyczną przestrzeń – mówił dalej – nauczyli się wykorzystywać na estradzie kostiumy i aktorskie gesty, a zastosowanie doskonałych efektów świetlnych dało w rezultacie nieznaną jeszcze widowiskową obwolutę programową. Muzyka brzmiała jakby dopasowana do ich ucharakteryzowanych twarzy i kostiumów, a kostiumy do muzyki. Śpiewali świetne literacko teksty na tle wymyślnej a czasem zupełnie prostej dekoracji i stwarzali nieziemski świat, którym fascynowali się fani zespołu, tak jak my.
     – Myślę, że tak genialnie to znowu nie wyglądało – skorzystała z okazji Ewa Andrzeja i uzupełniła wypowiedź: – Ale trzeba zaznaczyć, że ich pomysły czasem powstawały w czasie koncertu. Najbardziej jednak zwracali uwagę na wartość granej muzyki, to było ich celem, zwłaszcza, że tę muzykę nagrywano na płyty, które nie zawierały przecież ani scenografii, ani części technicznej czy świetlnej.  
       – No tak – mówiła Ewa Rafała. – Wyobraźcie sobie, że w czasie słuchania wyrastają konstrukcje stalowe, pełno ich nad sceną i zaczynają świecić reflektory… Jeżeli ich muzyka byłaby szkodą dla naszego słuchu, mogliśmy wyjść z koncertu. Jeżeli światło by nas oślepiało, również moglibyśmy postąpić w ten sposób. Ale tak nie uciekliśmy. Te konstrukcje potęgowały wrażenia.  
     – A ja niczego sobie nie wyobrażam – powiedział Andrzej. – Śpiewali, trochę recytowali, tło zapełniali melodyjnymi akordami.
Potrafią wykorzystać obficie instrumenty klawiszowe i gitary od kilku do dwunastostrunowych, jak ulał dopasowanych do partii słownej. Tak się gra. Chcą być super i to im się udaje. To mi się podoba i niczego dodatkowo nie widziałem.
     – Święci nie byli – mówiła Ewa Rafała. – Od czasu do czasu fundowali sobie alkoholowe nokturny. Potem po koncercie krzyczeli na siebie, aż do śmiechu włącznie, ciesząc się, że nie było aż tak źle, jak alkoholowa zamieć im się przedstawiała. Wtedy to nie był rock-and roll – trzęś się i kołysz. Trzęś się i kołysz.   
     – Co ty mówisz. Jeśliby… to nie wiem, czy powinniśmy słuchać ich z takim zaangażowaniem – powątpiewał Andrzej. – Bywało, że najpierw ulegali muzycznemu wariactwu, stawali się agresywni, patrzyli na publiczność jak na zgraję narkomanów, wyrzuconych z nieba, tak jak oni… zwracali się do publiczności słowami epitetami, atakującymi fanów, nawet rzucali instrumentami muzycznymi, zdaje się tamburynem i któryś miał taką moc, że rzucił fortepianem, a może gitarą, nie pamiętam już… Może mi się zdawało. Czuli się zbyt pewni siebie, prawie jak święci-grzeszni, ale wtedy ich nie słuchałem.
     – Szaleli do czasu aż zmądrzeli – mówiła Ewa Andrzeja. - Aż pojawiła się symfoniczna dojrzałość. Całe szczęście, bo mogło być źle i nie wiedzielibyśmy, że ono istnieją. Po nizinach dochodzili do delikatności. Ich oblicze muzyczne długo trudno był odgadnąć. Tak mi się wydaje. Jakby nie mieli twarzy albo posiadali dwie twarze, albo ta twarz była ukryta pod podwójnym makijażem. Jak to wśród gwiazd. Prawdziwe gwiazdy rodzą się i umierają. U nich też się to da zauważyć. Chociaż bardziej może wśród innych gwiazd. Gwiazdy pop-music powstają i umierają…
     – Oni zdobyli w historii tej muzyki trwałe miejsce – mówił Rafał. Mają po ponad sześćdziesiąt a jeszcze się odradzają. Jeszcze budują sławę. Grają tak, że  cały czas wiemy, co to za zespół, rozpoznajemy ich nie widząc. Zawsze mieli charakter – chwalił Rafał .
     – Jak tak długo występowali, a są przecież utalentowanymi muzykami, to kiedyś wreszcie musiała się uformować pełnia muzycznego kształtu i powstać prawie idealna technika wykonawcza – mówiła Ewa Rafała. – Zaczęli się szanować i to dało wspaniały efekt. Zachwyt zespołem był różny w różnych częściach świata. Ale trzeba też powiedzieć, że nikt się nie nudził na ich występach. Właśnie, czasem to były występki. Najwyżej fan się wściekał, co też się zdarzało. Niektórzy krytycy mówią, że oni
stają się nieśmiertelni bezpośrednio. Nie wiem, co mają na myśli. A niektórzy i tak ich nie lubią. Normalne.
     Ewa popatrzyła na Rafała i rzekła: – Połączyli wyobraźnię z Salwadorem Dali i muzyką pop. Wciąż posiadają strzeliste zapędy. Żyją chyba według nierdzewnego kalendarza. Nie zdarza się im co drugi dzień wsypa, może co trzeci… Żartuję.    
     – Powiew ich możliwości jest wciąż odczuwalny. Piszą teksty na komputerze i atrament z ubiegłowiecznego kałamarza nie plami ich nowych kompozycji – dodała Ewa Andrzeja.
     –  Ja wam powiem – rzekł Rafał – to nie sztuka zagrać, ale zagrać akordy i kilka wokalnych harmonii, tak, żeby światło gasło, to jest sztuka. Ich kariera ma cechy wielkiej muzyki. Ale trzeba też zauważyć, że oni są już zabytkami. I to nie szkodzi ich graniu. Jeszcze zobaczymy… Gdy 9 lutego 1973 roku wystąpili w Rainbow Theatre, to był najważniejszy koncert na całym przebytym szlaku. No i Genesis nadal gra jak sprawnie obracająca się maszyneria. Ale dekoracje, wariacje świetlne, to nie ich pomysł. Lubię jak muzyka mną szarpie. Ultrafioletowe światło z granicy widzialnego i zaświatowego dodawało występom dramatyczności, to skupia uwagę fanów. Światło  roznieca płomień. Peter kiedyś ubrał na głowę czerwone pudełko… Pamiętacie? Błaznował i otwierał swoją duszę. Przed nimi znikały bramy światła. A publiczność została uwiedziona ich muzycznymi możliwościami, akurat bez ekscentrycznych wybiegów i podskoków, a połączone dźwięki płynęły niemal pierzastymi obłokami. To była poezja. I na tym zakończmy, bo jeszcze to ktoś nagra, a może nagrał, oni wysłuchają i staną się zarozumiali. Ale i tak będę ich słuchał.
     Jakby przejęli się dogłębnie tym, co usłyszeli. Poruszyli się recenzencko, poprawili dobrze zapięte pasy. Każdy z nich chciał coś rzec, ale z kolei Ewa Andrzeja nie dopuściła ich do głosu:

    – Jak kiedyś dolecieli do USA, to Nowy Jork przyjął ich po królewsku… To były któreś kolejne występy, szereg sukcesów i parcie dumy w piersiach – wykrzyknęła niemal. – To super instrumentaliści, co pewien czas dodawali wymyślone elementy widowiskowe, żeby więcej zamącić w widzach. Najlepszy dowód na to, że nasze zdanie nie jest takie jednoznaczne. Chcieli nadal mówić. 
     – Każdy może pokazać swoje możliwości i osiągnąć szczyty i oni to zrobili, szli po nich czasem skacząc i sięgając do obłoków – udało się powiedzieć Rafałowi. – Ich  sukcesy pogasiły w nich poczucie rzeczywistości, tej powszechnej, rozumicie, wicie… Gdy się opamiętali, zawrót głowy mijał, stawali się normalni, jednak pełni pasji i chęci do grania. Niebezpieczeństwo porażki czaiło się w różnych miejscach, ale muzycy jakby intuicyjnie potrafili je omijać albo wygaszać.  
     – Wiecie, że przez to nasze gadanie, ja lepiej czuję ich muzykę – zakończyła Ewa Rafała.   
     Po wielu latach, gdy nikt z nich nie przewidywał, że zdarzy się jeszcze raz taka możliwość, 21 czerwca 2007 roku zespół przyjechał na kilka godzin do Chorzowa. Pewności nie było, przynajmniej na początku, że dostaną bilety. Zrobił się w kraju spory szum i trudno było przewidzieć, co dalej. Zadziwiające było to, że po tylu latach od występu w Monachium oni zdecydowali się wystąpić w Chorzowie. To tak, jakby specjalnie i podświadomie uczynili to dla nieznanych im osobiście przyjaciół, bo Sabina i Jakub z Monachium (już mieszkali w Chorzowie) oraz Ewa i Andrzej też byli z Ewą i Rafałem na tym koncercie.
     Ewa Rafała powiedziała: – A może pójdziemy obejrzeć te zabytki? – wcale nie myśląc o tym, że będzie ich słuchać i oglądać.
     Wystąpili tylko w ten jeden wieczór. Obojętnie jaki on mógłby być, ale tylko raz. Artyści nawet nie nocowali w Katowicach. Nie dali zarobić hotelarzom ani jednego euro. To fanów nie interesowało.  Kiedy dowiedzieli się wiele miesięcy wcześniej o występach zespołu, czytając ogłoszenia i notki prasowe, kupowali drogie bilety w pośpiechu i bez zastanowienia. Ewa i Rafał zrobili sobie nawzajem niespodzianki.  
     Burze w tych dniach nie ochłodziły oczekiwań i nastrojów przed koncertem jak i w czasie grania. Najtrudniejsza była niepewność, czy czasem nie odwołają koncertu, bo przecież burze straszyły jak mogły i przewalały się nad miastem z błyskawicami, grzmotem i obfitym deszczem nie tylko w tym dniu. Opady już o piętnastej trzydzieści zmoczyły zapaleńców, atmosfera zaczęła zwisać z nosów i twarzy czekających na otwarcie bram Stadionu Śląskiego. Już po spacerze po koronie stadionu albo jak niektórzy gadali: wokół kotła cudów, można było zająć wyznaczone biletami miejsca. Zmokli wszyscy i dopiero wtopieni w muzykę przestali sobie zdawać sprawę, że pada. Z chaosu zaczęła się rodzić harmonia. Ludzie po otwarciu bram walili między sektory i każdy oceniał, gdzie najlepiej usiąść.  O dwudziestej był taki moment niepewności. Może się nie odbędzie? Odsunęli czarną kotarę i ukazała się scena. Menager Genesis wyszedł na scenę zmartwiony gotów zgarnąć tę burzę poza teren koncertu, chociażby rękami, gdyby to było możliwe.  
     W tym dniu o dwudziestej zaczęło się lato.
Była chyba 20.47, gdy Mike i Phil z Tonym oraz Darylem i Chesterem wyszli na scenę. Rafał spojrzał na zegarek.
     Burza postarała się i dodała pęk efektów wizualnych. Chociaż deszcz zaszkodził instrumentom. Mogły zachorować na chrypkę. Faceci jednak się pozbierali i było okey.
Najpierw w chmurach błyskało słowami z rozterek, aż po pewnym wahaniu wybuchł późnowieczorny, mokry koncert w Chorzowie na Stadionie Śląskim.  
     Wszyscy, którzy wcześniej gromadzili się na murawie i w sektorach przez kilka godzin, a niektórzy przyjechali z głębi kraju i byli na stadionie już po południu, spacerowali po rozmokłym parku, a  deszcz nie ustawał i chowali się głębiej pod peleryny i parasole, i siadali na plastikowych siedzeniach przymocowanych do betonu stadionu, najpierw je starannie wycierając gazetami, a niektórzy posiadali nawet ręczniki; czytali mokre programy i krótką historię zespołu aż doczekali się występu. Czuli w sobie ogromną potrzebą słuchania muzyki i usatysfakcjonowania za pieniądze wydane na bilety. Dwie godziny przed koncertem nie wyglądało, że stadion będzie pełny. Spoglądali na wielki ekran o wysokiej rozdzielczości,  umieszczony na tyle sceny, jeszcze ciemny, martwy, a potem rozświetlany przez miliony diod, i nikt w to nie wierzył, że jest ich tyle… tych diod.  Kto niby je policzył. A z prawej i lewej strony dwa wysokiej rozdzielczości ekrany pokazujące muzyków na scenie i publiczność; pięć kamer chwytało przestrzeń i spłaszczało ją w obraz telewizyjny.  
     Tłum na Stadionie Śląskim rozżarzał się powoli, wciąż chłodzony opadami deszczu, wcale nie żartującego. Ruszali się z uniesionymi, poruszanymi nad sobą rękami, niektórzy dodawali do muzyki zespołu swój entuzjazm wyrażany krzykiem i śpiewem zbuntowanego morza.
     Ewa, zawsze chętna do wysłuchania koncertu, tym razem miała pewne opory. Może nie była w odpowiednim nastroju. Uznała, że zespół już jakby  się starł,  poszarzał, że  wyblakł i nie odzyska świeżości.
Jakby zauroczenie mijało. Na pewno aura była w tym pomocna. Musiała mieć coś na zachętę.
     Jeszcze dwa dni przed koncertem Ewa nie wiedziała o biletach. Rafał na wszelki  wypadek  Ewie nic nie  powiedział, chcąc sprawić jej niespodziankę, a potem opowiadał cudy niewidy. – Wiesz, grają dynamicznie. Lepiej niż dotąd. Ty lubisz taką muzykę. Taki dźwięk zapewniany jest przez aparaturę nagłaśniającą o mocy 42 tysiące watów, wyobrażasz sobie! A 470 sterowanych reflektorów umożliwia pokazywanie znakomitych efektów świetlnych, to będzie nie tylko koncert, ale widowisko. Lubisz światło. Zasilanie zapewnione jest przez 6 agregatów o łącznej mocy, która mogłaby zasilić w energię elektryczną 2600 domów mieszkalnych, nie wiem czy nie całe Osiedle Irys, Klimozowie i Tysiąclecia… Usta mu się nie zamykały. – Nie wiem, może tak, a długość kabli wynosi, wiesz, niesamowite, prawie osiem kilometrów. Jak z Chorzowa do Katowic. Trudno nie ulec zaskoczeniu i zadziwieniu. Mówisz czasem agregat. Te agregaty to specjalne zasilacze. A konstrukcja sceny będzie wysoka na ponad 28 metrów. Nawet nie drgnie, nawet gdyby była zawierucha burzowo-deszczowa i nie ugnie się w czasie toczenia beczek w niebie, chociaż sięgnie do chmur.
I jeszcze dodał: – A wiesz, oni w tym roku odbędą trasę koncertową po Europie o długości 75 tysięcy kilometrów. To miała być zachęta.
     Rafał dotrzymał postanowienia i zrobił Ewie niespodziankę, i o biletach na koncert powiedział jej dopiero dzień przed występem zespołu. Kto komu fundował bilety? Rafał posiadał dwa po 160 zł., a otrzymał za darmo dwa po 500 zł. Swoje sprzedał za pół ceny. Można powiedzieć, że została nagrodzona jego sympatia do Genesis.
Ewa westchnęła.
   – Nie szkodzi – powiedziała. – I też sprawiła Rafałowi niespodziankę: – Wiadomo, że chętnie ich wysłucham i obejrzę. Zwłaszcza za taką cenę. Wezmę namiot – żartowała – albo targowy parasol i ty się pod nim zmieścisz i ja.. 
     – O, ale wiadomość. Ja pójdę w nieprzemakalnej kurtce z kapuzą na głowę. Pod kurtki ubierzemy ciepłe swetry. Tobie wystarczy parasol mniejszy od namiotu. No i tata nas zawiezie.
     Fani drżeli, ale nie z zimna, lecz czy koncert się odbędzie. Bo to wciąż była niewiadoma. Jeszcze przez dłuższą chwilę nie było pewności, a ktoś próbował zasiać panikę, ale deszcz ją szybko zmył. Na dłuższe opowieści nikogo nie było stać. Siedzieli cicho jak mysz pod miotłą.
Znowu: Koncert się odbędzie, nie odbędzie… Czyżby powtórka… Nie myśleli źle, myśleli pozytywnie.
     Oczekiwanie dobiegło do mety. Powiało muzyką przeszywaną deszczem:  rozpoczął  swoje występy  legendarny  zespół muzyczny Genesis, którego trzech członków miało dopiero po około 65 lat, o czym uszczypliwie ktoś powiedział, ale warto było przypomnieć, zwłaszcza, że  tego w świetle reflektorów, przez szarość deszczu nie było widać. Rafał od razu przypomniał sobie to, co już kilka razy wyświetliło mu się w pamięci, że 2 lipca 1992 roku z Ewą i przyjaciółmi Ewą i Andrzejem, jechali na występy Genesis do Monachium.  Wówczas też w sześcioro byli na koncercie, ale razem, teraz każda para miała inne miejsca. To przecież wielka przygoda. Właśnie. Tyle już czasu minęło… Teraz ten deszcz. Też się na przełożenie zanosiło… Już się przysposobili, byli gotowi płynąć na falach dźwięku i światła. Chcieli posłuchać w sposób nieprzeciętny i nieniszczący zarazem muzyki rockowej sprzed lat. W tej sytuacji może najczystszy dźwięk byłby gdzieś w okolicy ostatniego pietra konstrukcji scenicznej zespołu. Dobry rock jest jak dobry bigos – powiedział Rafał.
     – Im starszy tym lepszy, myślisz. I oni też wydają się być utrwaleni w mistrzostwie. Ewa mimo pewnego niezadowolona z pogody, pełna była muzycznego ducha. Pomyślała: Można głośno myśleć i nikt nic i nikogo nie usłyszy. Muzyka zajmie wszystkie miejsca ciszy, wypełni je i nadmucha maksymalnie. Można się uśmiechać niczemu nie dziwiąc. Zdecydowałam się i nie będę żałować. Nie będę.
     I Rafał z Ewą usiedli w sektorze dla VIPÓW. Ojciec Rafała zawiózł ich pod stadion. Sznur samochodów jak w piosence. Jak Paryż w latach sześćdziesiątych, zupełnie zmoknięty, ochlapany, szarość i przebitki sodowego światła. Na skrzyżowaniach czerwone, zielone, żółte, przyspieszone, raczej pospieszne. Fani spieszący ze wszystkich stron, policja regulująca ruch w dwóch kierunkach. Ręce w kieszeni albo z parasolem. Deszcz nieustannie padał i moczył ludzi. Może Ewa najpierw nie wykazywała entuzjazmu, natomiast później była bardzo ukontentowana po staropolsku, a Rafał wyraźnie podekscytowany i podenerwowany. Z dziećmi został dziadek Genek, za babcię Danusię, bo babcia poszła na koncert absolwentów szkoły muzycznej. Po koncercie wróciła i została do następnego dnia. A deszcz padał i szukał luk przydatnych do zepsucia koncertu.
     Tony Banks, Phil Collins, Mike Rutherford dawali z siebie dużo, ale czy mogli więcej? Oni byli głównymi aktorami na scenie.
     Pod koniec występów burza ponownie pojawiła się nad stadionem. Wróciła, tak jej się ten koncert podobał. Błyskawice dodawały emocji i akcentowały niektóre momenty muzyczne. Muzyka narastała, perkusja coraz głośniejsza i nagle błyskawica nad stadionem. To robiło wrażenie. W pewnym momencie Ewa i Rafał zostali pokazani na wielkim ekranie teledimu zainstalowanego przy estradzie. Ponad 40 tysięcy widzów, również z różnych stron Polski, zobaczyło nieznanych sobie miłośników Genesis… Błyskawica, grzmot. Akcent. Nowy obraz.   
     Po występach Rafał myślał: – Genialnie. Przypomnijmy sobie.    Chcesz wiedzieć? Zagrali najsłynniejsze przeboje „Mama”, „I Can’t Dance”, „No Son of Mine” i „Land of Confusion”, i przy ostatnich akordach tego utworu niebo zajaśniało, błyskawice rozwarły wrota, stadion pełen jasności. Grano też utwory z lat siedemdziesiątych, wtedy zespół był głównym roznosicielem rocka progresywnego.
     – Colins popisywał się na perkusji – mówiła Ewa. – Dobrze to wypadło, gdy przyłączył się drugi bębniarz Chester Thompson. Nie  można powiedzieć, że publiczność dała się porwać namiętności aktywnego słuchania, ale, ale… Drugim uzupełniającym był gitarzysta Daryl Stuermer – uzupełniła Ewa.  
     – „Home By The Sea” to jeden z najsłynniejszych utworów – dwie części, jak powiedział Colins „Stragchny dom”.
     – Na ekranie przechadzały się postaci z przebojów i okładek płyt. Raz dniało a raz atmosfera różowiała. Wysoko nad poziomy ulatywały muzyczne dokonania gitary Rutherforda i Tony Banksa na keyboardzie, Phil świetnie się popisywał na zestawie bębnów i talerzy. Czystość dźwięków wysoka, jakby kąpanych w czystej deszczowej, zachwycająca. Kto ma takie ucho do wyłapywania delikatności, takich muzycznych niuansów? Ja myślę, że nasz Kubuś...
     – Ciała widzów nagrzewały się od tej muzyki, wysychały koszule, za chwilę znowu mokły, ale atmosfera muzyczna była niezmienna. Doskonała, prawie idealna do wtopienia się w dźwięk, do stania się dźwiękiem. Stali z podniesionymi, poruszanymi w poziomie rękami. To już znany rytuał. Słuchacze byli mocni w krzykach, ale nie przeskoczyli muzyki zespołu.
     – Właśnie. Jak pamiętam, a wciąż pamiętam, na stadionie olimpijskim  pewnie  sto  tysięcy  gardeł wznosiło swój krzykliwy śpiew w wie-
czorne niebo. Wypływał z gardeł i ust melodyjny refren a na ekranie pojawiły się dawne zdjęcia i film zespołu Steve’a Hacketa i Petera Gabriela, zdaje się z lat siedemdziesiątych XX w.  
     – „Trowing It All Awal” i fani rozśpiewali się na całą szerokość płyty boiska i pod pułap ciężkich chmur, a one unoszone na dźwiękach nie śmiały zniżyć lotu, by zalać fanów, a wokalista zespołu zachęcał publiczność do rozmowy z nim. Chciało mu się mówić. Dobry muzyk gra dobrą muzykę i jeżeli meloman umie słuchać, nic więcej mu nie jest potrzebne. Tak się uważało… Tymczasem on chciał porozmawiać… Niech idzie do baru – trochę zniecierpliwiła się Ewa. – Co to za rozmowa… Chociaż na pewno wielu przybliżyła do muzyków, ale mogło być też odwrotnie. Fani na taki układ się godzili i nikt nie protestował.   
     – Następnym hitem koncertu było „Domino”. Nie pamiętasz.  Przypomnij sobie. Collins wykorzystał publiczność do zademonstrowania domina. Utwór porażał, czy też powalał dynamiką, zmieniał nastroje, zachwycał rytmem i piękną melodią. Jakby się wszystkie kostki waliły, jedna za drugą, a muzyka płynęła wartkim strumieniem. Galopowałem razem z instrumentami w utworze „In The Cage”. Heca, stałem się magiem, gdy słuchałem „Afterglow”. Porażenie zniosłem, jako elektryk…   
     – Zagrali też świetny przebój z dawna „No Son Of Mine”… Ale                o tym już mówiliśmy. Tak. To był koncert dla wszystkich. Wszystkich? Ach, także dla nas…   
     – Oczywiście, się wygłupiasz – stwierdził Rafał. – A co powiesz o „Mamie”?
     – Albo ten pierwszy bis „We Can’t Dance” –  powiedziała Ewa.
     – Na mnie wrażenie zrobiła również strona techniczna. Zapadłem się razem z tą maszynerią.
     – Zapadłeś? Tak, rzeczywiście, można się zaprzepaścić w tym żelastwie i świecących diodach.
     – Chyba nie było rozczarowanych. Mimo wszystko. Było głośno, ale ekstra. Ich pomysły scenograficznie są kosmiczne. Doprawdy, to było koncertowe przedstawienie.
      – Byli wyluzowani, pozwól, żartowali nie na żarty.
     – Wokalista Collins potrafił nawiązać z nami kontakt. Ze mną. Widziałeś? Kiwał do mnie, ja nawet myślałam, że wziął gitarę i uniósł… Gdyby ją rzucił gotowa byłam ją złapać i zagrać razem z nim. Udawał. Zasiadł za bębnami i śpiewał. Ewa śmiała się serdecznie.
    – Jest cały instrumentalistą. Powiedział po polsku „deszcz” i stadion wiedział, że pada deszcz. Zrozumieliśmy. Inaczej nikt by nie czuł, że jest mu mokro.
     A jeszcze później: – Po spektaklu przez godzinę grałem w tym deszczu na wszystkich instrumentach Genesis… Poważnie. Byłem przejęty do szpiku mówił Rafał. – To znaczy one grały we mnie. Taka ulewa, a taki piękny wieczór, do zapamiętania na długo. I deszcz bębnił razem z muzykami. Będzie nam przypominał, że byliśmy tam, w samym środku słuchając muzycznego początku lata.      – Zielona murawa pod nami zachowywała się przyjaźnie. Widziałam trochę latającego trawnika, ale nikomu nie szkodził. Nie zbierały się na trawie kałuże wody. Tak na marginesie powiem, że to ostatnie miesiące zielonej trawki na stadionie. Będzie nowa, trwalsza, podgrzewana. To będzie! Tę chyba sprzedadzą, przecież to kawał historii piłki nożnej. Teraz tylko czekać na następny występ, byle nie był na księżycu, bo jeśli w Europie, ale Europie z naszego sąsiedztwa, to kto wie… – dodała Ewa.
     – Przemiany w ich muzyce mają wspólny mianownik, czyniący ich gwiazdami na kolejne lata, ale można powiedzieć, że inni muzycy są też do nich podobni, i zupełnie inni, czasem nam się wydaje, że to zespół całkiem obcy, a po chwili pojawia się w nas nazwa Genesis, nawet gdy ich nie widzimy i nie ma na niebie napisu Genesis. O charakterze ich muzyki decyduje w znacznej mierze głos wokalisty. Ważna jest barwa głosu. Powiedzmy piękniej: tembr. Rozpoznajemy i odróżniamy ich muzykę od muzyki podobnie grających zespołów, jak tysiące fanów już nieco pomarszczonych, bo słuchamy tego zespołu na przestrzeni ponad trzydziestu lat, to wielki sukces jednych i drugich – wyjaśnił Rafał.
     – Kto ją rozpoznawał? Żartuję. Nie był potrzebny żaden detektyw – mówiła Ewa. - Zmienili się na twarzach, ale i przez twarze są rozpoznawalni. Postarzeli się i ich słuchacze, ale to w niczym nie przeszkadza. Są jakby przyrośnięci do fanów z dawnych lat. Ja do tamtych się nie zaliczam, i ty chyba też… Określani jako meganci pośród innych zespołów rockowych, z wielkim kontem osiągnięć, na pewno zasłużenie mają czołowe miejsce w historii tej muzyki. A my powinniśmy się teraz wyspać. Nasze dzieci niedługo wstaną, razem ze świtem, a my będziemy ziewać – powiedziała Ewa zamykając oczy. Nie chcę ich rozpoznawać.
     Zadzwonił telefon.
     – Rafał, odbierz.
     – Słucham, Rafał.
     Po chwili Ewa otwarła oczy i zapytała: – Kto dzwonił?
     – Nie zgadniesz. Tomek, ten z firmy zajmującej się wymianą murawy na Śląskim. Proponuje kupno fragmentu trawnika z boiska. Będą sprzedawać za kilka tygodni i powinniśmy skorzystać z okazji.
Cała murawa zostanie pocięta na kwadraty, będzie ich ponad tysiąc. Za stówkę będziemy mieli własny, historyczny skwerek – żartował Rafał.
     – To nie będzie w ogóle murawy na płycie boiska? – żartowała Ewa.
     – Będzie nowa, lepsza, zwijana, podgrzewana.
     – O! Wiedziałam, ale nie wierzyłam.
     – No to co? Kupimy?
     – Tak? I zainstalujemy ją może na balkonie? A może w kuchni na parapecie?  Zresztą, jak chcesz…
     – Oczywiście. Żartuję. Ojej, najwyżej zawieziemy na wieś do rodziców. To żywa pamiątka – powiedział Rafał i też ziewnął. – Muszę mu oddzwonić.
                                                                                                              2007
                                                                                                2007