czwartek, 11 grudnia 2025

 


                                             Uczniowie w ławce szkolnej, tak było dawniej… 

                                              


Eugeniusz Rychlicki

 

          Szkoła nad Wisłą

 

            Długo wpatruję się w czarno-białą fotografię

            Szkoły nad Wisłą. Zgrabna dziewczyna,

            Jak dama z gronostajem.

            Powoli otwierają się wrota przeszłości.

            Przechodzę przez nie, wnikam w czasoprzestrzeń.

 

            Przerzucam most pokoleń i zjawiam

            Się nad Wisłą, gdzie szumią dawne lata

            I stoją urodziwe dziewczyny jak modelki.

            Przemycam pułk wspomnień, komponuję

            Z nich obrazy jak zagony warzyw i kwiatów.

 

            Wchodzę w głąb szkolnego ogrodu

            I przyglądam się rzepom, rzucanym

            W naszą niesforność. Ilu nas jest?

            Patrzę w oczy Wisły i widzę, że

            Woda płynie, ale czas jakby nagle stanął.

            To dla nas, dla naszych spakowanych bytów.

 

            Zatrzymujemy się na skwerze,

            Jesteśmy na moście.

            Wędrujmy po latach i miejscach.

            Widzimy wszystkich, których znaliśmy

            Chociaż raz, jak chodzą pośród sprzętów,

            Zajęci problemami dnia – pracą i zabawą.

 

            Wykonują doświadczenia

            Albo karczują przeszkody. 

            Teraz dopiero spostrzegamy, że cena młodości

            Zwyżkuje z wiekiem i jest bankiem

            Bez możliwości wypłat, my gotowi jesteśmy

            Coraz więcej za nią zapłacić.

 

            Chcielibyśmy znowu nie zdawać sobie sprawy

            Z upływającego czasu mgnień wiosny

            I zawrotów głowy, z dostojeństwa profesorów.

            Wykreowani z głębi dnia i nocy,

            Oświetleni wiedzą, gładcy, na ogół

            Nie lękamy się nieprzebytych ciemności.

 

            Przeszliśmy zrównanie dnia z nocą,

            I głębię jeziora, i gładkość jak policzek dziewczyny.

            Przeszłość jest coraz dłuższa,

            Zajmuje coraz więcej przestrzeni,

            To tu, to tam zapala gwiezdne latarnie.

 

            Czy jutro nie będzie padał deszcz.            

            Nie tylko tyle, bo i pewien niepokój

            Nie chce ustąpić. Pojawia się w śnie.

            Wykonujemy pliki zdjęć, lecz

            Nigdy nie otrzymamy pozytywu.

 

             Nikt nie potrafi wywołać tego filmu.

            Perły młodzieńczej radości,

            Zebrane w grona,

            Sprzedajemy na targowisku próżności.

            Próżność nie wzbogaca,

            Próżno szukać kupców.

 

            Czym zapłacić za te piękne lata?

            Czy całkowity koszt życia da się

            Rozłożyć na raty? A lata niech lecą...       

            A szkoła? Wówczas Włocławek kwitł

            Jak konwalie w lesie za Wisłą.

 

            Jak ukochana, która była kwiatem wiśni.

            Młodzież taka sama,

            Pełna skrzyżowań szkolnych

            Interesów, ze ściągami pod ławkami

            Lub w rękawach, na przerwie z kanapką.

 

            Dawniej Miasto pachniało paloną kawą zbożową

            I celulozą, rumieniło się

            Zachodzącym słońcem,

            Złociło gdzieś za matką naszych rzek.

            Dziś te zapachy przywołują osoby nam

            Bliskie i nagle drogie.

 

            Jakby pochodziły od

            Znakomitego jubilera.

            To koledzy z ławy szkolnej.

            Pamiętamy każde imię i nazwisko,

            A pamięć kojarzy przyjaciela

            przynajmniej z jednym wydarzeniem.

            

            Nawet na pobliskim podwórku

            Wyje pierwszy nasz amatorski

            Silnik rakietowy...

            Chcieliśmy wystartować z prędkością

            Co najmniej jednego macha

            I przeskoczyć świat.

 

            Nad Wisłą drzewa jeszcze śpiewają

            Hymn namiętności.

            Wzbudzeni indukcją własną,

            Poruszani wyobraźnią, nie

            Rezygnujemy z siebie, chociaż

            Jesteśmy tak daleko od lat szkolnych.       

           

            Naprzeciw ogólniak, sale 219 i 220

            Zapełniają się do

            Ostatniego miejsca.   

            Ktoś w oddali gra optymistycznie

            na akordeonie. 

            W auli szkolnej otwarte okna,

            Wylatują pierwsi absolwenci.

 

             To ulica Sempołowskiej 2.

            Słyszymy nasze myśli,

            Murmurando młodości.

            Może nie żałujemy, że nie ma

            Tamtych materialnych dowodów

            W podstawie czasu teraźniejszego...

 

            Profesorowie schodzą do auli,

            Przyglądają się absolwentom.

            Czy to możliwe, czy nas nie ma –

            zdają się mówić.

            Szkoła zapełnia się również tamtymi dniami

            Z drogich kamieni w szlachetnej oprawie.

 

            Panie i panowie profesorowie

            W niezapomnianym orszaku,

            Który otwiera dyrektor Witold Statkiewicz,  

            Za nim Eugeniusz Frąckiewicz z przykładnicą,

            Zofia Czarnicka z elipsą w ręce,

            Tadeusz Kwapiński z podwójną całką,

 

            Wacław Derdzikowski z „Weselem”,

            Bolesław Pękala wśród pozytywistów,

            Wanda Domanowska z historią w tle,

            Julian Guzowski przy mostku Wheatstonea,

            Roman Kohucki z napędem jednostkowym,

            Jan Sadowski z klasą w marszu na poligon,

 

            Paweł Bojakowski z chórem i orkiestrą szkolną,

            Tadeusz Dąbrowski z psychologią,

            Jerzy Lota z siłami rozciągającymi,

            Pan Buraczak z regulaminem internatu,

            Dawny woźny z dzwonkiem

            Dyrektor Jan Radomski  

            Zamyka orszak.        

          

            Słyszymy słowa  

            Naszych profesorów.

            Po maturze poszliśmy na lody,

            I nie szaleliśmy na balu maturalnym.

 

                                                                                            Eugeniusz Rychlicki

                                              25 czerwca 2005

                                                50 lat po maturze

  



 
     Budynek szkolny ZST od strony warsztatów szkolnych.
     Fot. E. Rychlicki, 16. 10. 2010.

                                         

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz