Uczniowie w ławce szkolnej, tak było dawniej…
Eugeniusz Rychlicki
Długo wpatruję się w czarno-białą
fotografię
Szkoły nad Wisłą. Zgrabna
dziewczyna,
Jak dama z gronostajem.
Powoli otwierają się wrota
przeszłości.
Przechodzę przez nie, wnikam w
czasoprzestrzeń.
Przerzucam most pokoleń i zjawiam
Się nad Wisłą, gdzie szumią dawne
lata
I stoją urodziwe dziewczyny jak
modelki.
Przemycam pułk wspomnień, komponuję
Z nich obrazy jak zagony warzyw i
kwiatów.
Wchodzę w głąb szkolnego ogrodu
I przyglądam się rzepom, rzucanym
W naszą niesforność. Ilu nas jest?
Patrzę w oczy Wisły i widzę, że
Woda płynie, ale czas jakby nagle
stanął.
To dla nas, dla naszych spakowanych
bytów.
Zatrzymujemy się na skwerze,
Jesteśmy na moście.
Wędrujmy po latach i miejscach.
Widzimy wszystkich, których
znaliśmy
Chociaż raz, jak chodzą pośród
sprzętów,
Zajęci problemami dnia – pracą i
zabawą.
Wykonują doświadczenia
Albo karczują przeszkody.
Teraz dopiero spostrzegamy, że cena
młodości
Zwyżkuje z wiekiem i jest bankiem
Bez możliwości wypłat, my gotowi
jesteśmy
Coraz więcej za nią zapłacić.
Chcielibyśmy znowu nie zdawać sobie
sprawy
Z upływającego czasu mgnień wiosny
I zawrotów głowy, z dostojeństwa
profesorów.
Wykreowani z głębi dnia i nocy,
Oświetleni wiedzą, gładcy, na ogół
Nie lękamy się nieprzebytych
ciemności.
Przeszliśmy zrównanie dnia z nocą,
I głębię jeziora, i gładkość jak
policzek dziewczyny.
Przeszłość jest coraz dłuższa,
Zajmuje coraz więcej przestrzeni,
To tu, to tam zapala gwiezdne
latarnie.
Czy jutro nie będzie padał
deszcz.
Nie tylko tyle, bo i pewien
niepokój
Nie chce ustąpić. Pojawia się w
śnie.
Wykonujemy pliki zdjęć, lecz
Nigdy nie otrzymamy pozytywu.
Nikt nie potrafi wywołać tego filmu.
Perły młodzieńczej radości,
Zebrane w grona,
Sprzedajemy na targowisku
próżności.
Próżność nie wzbogaca,
Próżno szukać kupców.
Czym zapłacić za te piękne lata?
Czy całkowity koszt życia da się
Rozłożyć na raty? A lata niech
lecą...
A szkoła? Wówczas Włocławek kwitł
Jak konwalie w lesie za Wisłą.
Jak ukochana, która była kwiatem
wiśni.
Młodzież taka sama,
Pełna skrzyżowań szkolnych
Interesów, ze ściągami pod ławkami
Lub w rękawach, na przerwie z
kanapką.
Dawniej Miasto pachniało paloną
kawą zbożową
I celulozą, rumieniło się
Zachodzącym słońcem,
Złociło gdzieś za matką naszych
rzek.
Dziś te zapachy przywołują osoby
nam
Bliskie i nagle drogie.
Jakby pochodziły od
Znakomitego jubilera.
To koledzy z ławy szkolnej.
Pamiętamy każde imię i nazwisko,
A pamięć kojarzy przyjaciela
przynajmniej z jednym wydarzeniem.
Nawet na pobliskim podwórku
Wyje pierwszy nasz amatorski
Silnik rakietowy...
Chcieliśmy wystartować z prędkością
Co najmniej jednego macha
I przeskoczyć świat.
Nad Wisłą drzewa jeszcze śpiewają
Hymn namiętności.
Wzbudzeni indukcją własną,
Poruszani wyobraźnią, nie
Rezygnujemy z siebie, chociaż
Jesteśmy tak daleko od lat
szkolnych.
Naprzeciw ogólniak, sale 219 i 220
Zapełniają się do
Ostatniego miejsca.
Ktoś w oddali gra optymistycznie
na akordeonie.
W auli szkolnej otwarte okna,
Wylatują pierwsi absolwenci.
To ulica Sempołowskiej 2.
Słyszymy nasze myśli,
Murmurando młodości.
Może nie żałujemy, że nie ma
Tamtych materialnych dowodów
W podstawie czasu teraźniejszego...
Profesorowie schodzą do auli,
Przyglądają się absolwentom.
Czy to możliwe, czy nas nie ma –
zdają się mówić.
Szkoła zapełnia się również tamtymi
dniami
Z drogich kamieni w szlachetnej
oprawie.
Panie i panowie profesorowie
W niezapomnianym orszaku,
Który otwiera dyrektor Witold
Statkiewicz,
Za nim Eugeniusz Frąckiewicz z
przykładnicą,
Zofia Czarnicka z elipsą w ręce,
Tadeusz Kwapiński z podwójną całką,
Wacław Derdzikowski z „Weselem”,
Bolesław Pękala wśród pozytywistów,
Wanda Domanowska z historią w tle,
Julian Guzowski przy mostku
Wheatstonea,
Roman Kohucki z napędem
jednostkowym,
Jan Sadowski z klasą w marszu na
poligon,
Paweł Bojakowski z chórem i
orkiestrą szkolną,
Tadeusz Dąbrowski z psychologią,
Jerzy Lota z siłami rozciągającymi,
Pan Buraczak z regulaminem
internatu,
Dawny woźny z dzwonkiem
Dyrektor Jan Radomski
Zamyka orszak.
Słyszymy słowa
Naszych profesorów.
Po maturze poszliśmy na lody,
I nie szaleliśmy na balu
maturalnym.
Eugeniusz Rychlicki
25 czerwca 2005
50 lat
po maturze
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz